poniedziałek, 5 sierpnia 2019

"Smuga cienia" Joseph Conrad

Rok pierwszego wydania: 1917
Ocena: 4,5/6


"Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza  teraźniejszość - cudowna ciągłość nadziei, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie. (...) Nawet cienie jarzą się tu od obietnic. Każdy zakręt drogi pociąga inną ponętą.(...) Idziesz na spotkanie losu mieniącego się barwami, a kryjącego w zanadrzu nieprzebrany zasób możliwości."
Jednak przychodzi taki moment w życiu człowieka, kiedy uświadamia sobie, że jego beztroska młodość się kończy. Zaczyna dostrzegać bezsens swoich dotychczasowych działań, pustkę w życiu. "(..) przychodzi chwila, w której spostrzegasz przed sobą smugę cienia ostrzegającą się, że dzień pierwszej młodości dobiegł już do końca. W tym właśnie okresie nawiedzają człowieka (...) chwile znużenia, przesytu, niezadowolenia z siebie. Chwile niezrozumiałego uporu. Człowiek jeszcze względnie młody dopuszcza się wtedy najnierozważniejszych czynów". Szuka nowej drogi, nowych wyzwań. Chce zmienić swoje życie, kierunek, w którym podąża.
W takim punkcie znajduje się narrator i główny bohater książki, alter ego autora.  W jednej chwili porzuca pracę na statku, satysfakcjonującą, wydawałoby się-wymarzoną, u wspaniałego pracodawcy. Postanawia wrócić do kraju z portu na Dalekim Wschodzie. Zaskoczony kapitan nie zatrzymuje go, nie nakłania do zmiany decyzji.
Po dopełnieniu formalności, w klubie oficerskim spotyka kapitana Gilesa, który wkrótce podsuwa pomysł kandydowania na stanowisko kapitana statku znajdującego się w bardzo trudnej sytuacji.Okazuje się, że w Bangkoku zmarł kapitan angielskiego statku i potrzebny jest natychmiast następca. Narrator nie potrafi się oprzeć takiemu awansowi. Tym samym staje na czele załogi, którą w niedługim czasie dopada epidemia cholery. Niestety, ktoś dokonał kradzieży i oszustwa, pozbawiając statek całego zapasu chininy. Tragedię potęguje panująca na morzu cisza, która unieruchamia jednostkę na kilka dramatycznych tygodni, w czasie których kapitan walczy wraz z stojącym u jego boku stewarda Ransomem o życie podległej m załogi.
Powieść jest zapisem dojrzewania człowieka w obliczu traumatycznych przeżyć. Powstała na podstawie doświadczeń autora. Psychologiczne rozważania, przemyślenia narratora zyskują dzięki temu wiele na autentyczności.
Głębokie rozważania na temat odpowiedzialności za swoje decyzje, na temat przejścia z okresu młodości do dojrzałości, tej tytułowej smugi cienia-są niewątpliwym atutem powieści.
"Człowiek nie powinien przywiązywać nadmiernej wagi do tego, co go w życiu spotyka, czy to będzie złe, czy dobre... Słowem, żyć połowicznie (...) Z biegiem lat nauczy się pan cenić umiejętność zachowania równowagi! (...) Obowiązkiem naszym jest stawiać czoło zarówno przeciwnościom losu, jak własnym błędom, a nawet drażliwościom sumienia. Inaczej bowiem z czymże byśmy walczyli?"

wtorek, 30 lipca 2019

"Wspomnienia z domu umarłych" Fiodor Dostojewski

Rok pierwszego wydania: 1860
Ocena: 4,5/6


To książka, która od zawsze stoi na półce w moim domu. Patrząc na rok jej wydania - jest starsza o kilka lat ode mnie:) Jednak dopiero teraz dojrzałam, by po nią sięgnąć i się z nią zmierzyć.
Powieść uznana jest za najbardziej osobistą w dorobku pisarza. Powstała na podstawie doświadczeń z czteroletniego pobytu na katordze. Przyjęła postać wspomnień fikcyjnego byłego szlachcica Aleksandra Pietrowicza Gorianczykowa, skazanego na 10 lat ciężkich robót w twierdzach.
Od początku trudno się było odnaleźć Aleksandrowi w nowych warunkach. Nie przywykły do jakiejkolwiek pracy, po raz pierwszy poczuł trud wysiłku fizycznego. Żyjący dotąd w pełnej wolności, samodecydowaniu o sobie, został zmuszony do dzielenia koszarów i życia przede wszystkim z chłopami, tak różniącymi się mentalnością, zachowaniem, sposobem myślenia, poziomem wiedzy od niego. Przez 10 lat nie doświadczył ani chwili odosobnienia, samotności, wciąż otoczony współtowarzyszami niedoli.  Zakuty w kajdany, śpiący na twardej pryczy, próbował, jak inni, zachować choć minimum godności. Zdobyte gdzie się da choć drobne pieniądze dawały namiastkę wolności-można było samodzielnie dokonywać wyboru, na co je wydać.
Najpierw próbował wypytywać najbardziej mu  życzliwego współtowarzysza, by dowiedzieć się czegoś o innych więźniach, z którymi przyszło mu żyć. Potem sam doświadczał, bo nie sposób było się dowiedzieć czegokolwiek od innych. Z tych obserwacji, rozmów, przeżyć powstały wspaniałe portrety składające się na powieść: skazanych i nadzorców, katów i ofiar, a nawet więziennych lekarzy. Uzupełnia je relacja z codziennych zajęć, pracy, chwil odpoczynku.
Powieści Dostojewskiego charakteryzuje wnikliwość psychologiczna. I tu czytelnik nie poczuje się zawiedziony. Autor zagłębia się w tajniki duszy współwięźniów, szuka powodów ich postępowania, analizuje je.Pokazuje, że rzadko sytuacja jest w pełni klarowna, że jednoznacznie można określić, kto jest dobry, a kto zły.
Mimo, że próżno w tej powieści szukać wartkiej akcji, że mało w niej dialogów, przeważają długie opisy, to czyta się ją dobrze. Skłania nie raz do refleksji, co potwierdza jej ponadczasowość.

wtorek, 16 lipca 2019

"Powrót do starego domu" Ilona Gołębiewska

Rok pierwszego wydania: 2017
Ocena: 3/6


Są wakacje. To czas, kiedy chętniej chwyta się po lekturę lekką, przyjemną, taką, której przeczytanie zabierze dwa leniwe popołudnia a treść szybko uleci z głowy.
Taki właśnie jest "Powrót do starego domu". Przewidywalny, banalny, lekki i przyjemny, ale trudno się po nim spodziewać czegoś więcej;)
Alicja Pniewska to kobieta-bluszcz. Opleciona wokół zaborczego męża, pracująca u jego boku, choć wymarzony zawód był całkiem inny...Cicha myszka, zakrzyczana przez mężczyznę, podporządkowana mu, przytłoczona wyrzutami sumienia z powodu niemożności urodzenia dziecka.Taki układ z reguły kończy się dość przewidywalnie: pojawia się ta trzecia, młodsza,piękna, uwodzicielska, która szybko zachodzi w ciążę z cudzym mężem...Alicja zostaje bez pracy, bez męża, bez mieszkania. Postanawia wrócić do starego domu pod Warszawą, który odziedziczyła po dziadkach i rodzicach. Nie widziała go od lat, gdyż mąż zabraniał jej wizyt w rodzinnej miejscowości. Dawno temu dom ten był świadkiem jej szczęśliwego dzieciństwa, dziś mocno podupadły wymaga generalnego remontu. Alicja decyduje się przywrócić mu dawną świetność i w tym cichym i spokojnym miejscu dojść do równowagi psychicznej. Szybko znajduje przyjaciół wśród mieszkańców małego miasteczka, a dawni sąsiedzi otaczają ją opieką. Oczywiście znajdują się też konkurenci do jej serca;) Oraz mały chłopiec, sierota, wychowywany przez babcię staruszkę, z którym Alicję zaczyna łączyć wyjątkowa więź.
Czy trudno się domyślić, co było dalej? Oczywiście, że nie;) Szybko Alicja ma i nowy dom, i pracę o jakiej od dawna marzyła, i nową, wspaniałą rodzinę :)
Żeby nie było tak banalnie i jednowątkowo, autorka dorzuca kilka ciekawych tematów. Pojawia się kryzys małżeński przyjaciółki Alicji-Doroty, choroba nowotworowa byłego męża, tajemniczy Dziad, którego w przeszłości dużo łączyło z dziadkiem kobiety...Ale mimo, że to pierwsza część cyklu, że wątki nie zostały zakończone (czy były mąż Alicji wyzdrowieje?), że na jaw wyszła rodzinna tajemnica, która na pewno zostanie rozbudowana w kolejnym tomie-nie sięgnę po niego.
Czasem potrzebna jest taka odskocznia od poważniejszych książek. Czasem trzeba wyłączyć mózg i z lekkością niewymagającą szczególnego skupienia przerzucać szybko kolejne kartki powieści takiej jak "Stary dom". Ale tylko czasem. I na krótko. Bo tego typu literatura szybko mi się nudzi. Wtedy wracam z przyjemnością i nowymi siłami do klasyki :)

poniedziałek, 15 lipca 2019

"Dom na nowo malowany" Magdalena Grycman

Rok pierwszego wydania: 2006
Ocena:4,5/6


Książka jest kontynuacją "Domu malowanego", którego nie czytałam, ale nawiązania dużo mówią.
Autorka wraz z mężem, po wychowaniu syna, zdecydowali się adoptować maluszka. Jednak z czasem okazało się, że czeka na nich dwóch kilkuletnich braci. O tym etapie ich życia jest "Dom malowany".
Po kilku latach, kiedy powiększona rodzina jakoś pokładała się i wpadła w nowe tory, autorka dostała informację, że w domu dziecka przebywają jeszcze dwie kilkuletnie siostrzyczki chłopców. Po zastanowieniu podjęli trudną decyzję o adopcji dziewczynek. Dodatkowym wyzwaniem była niepełnosprawność jednej z nich (rozszczep podniebienia).
Atutem książki jest to, że pani Magdalena nie ukrywa ciemnych stron macierzyństwa adopcyjnego. Nie lukruje, nie wybiela. Pisze o zmęczeniu, bezradności, łzach. Oczywiście trudności są "nagradzane" wielką miłością, niepowtarzalną więzią. I to te pozytywne emocje stanowią zdecydowaną przewagę.
Z tego, co kojarzę, "Dom malowany" jest zbiorem zapisek autorki na forum Nasz bocian, zrzeszającym pary walczące z niepłodnością, rodziny zastępcze i adopcyjne. Relacje pisane "na bieżąco" są szczere, pełne emocji, tym wg mnie - cenniejsze.
Jako, że temat rodziny zastępczej, dom dziecka jest mi dość bliski, czytałam książkę z dużym zainteresowaniem i emocjonalnym zaangażowaniem. Uważam, że powinna być lekturą obowiązkową dla par starających się o adopcję.

czwartek, 11 lipca 2019

"Przyślę panu list i klucz" Maria Pruszkowska

Rok pierwszego wydania: 1959
Ocena: 5,5/6


Ach, cóż to za smakowity kąsek dla książkoholików;)
To krótka, już "przykurzona" opowiastka o zaczytanej rodzince. Dwie dorastające (a pod koniec już całkiem dorosłe) panienki, których młodość przypadła na dwudziestolecie międzywojenne, ich rodzice i cały zestaw cioć, wujków i kuzynek, a wszyscy zaczytani! Choć to właśnie Alina i Zosia, na podobieństwo swego ojca, wiodły prym w tej dziedzinie w całej rodzinie! W małym mieszkanku w Warszawie nie tylko czyta się książki, ale książkami się żyje! I to często w dosłownym znaczeniu, bo (głównie) Alina uwielbia odgrywać historie powieściowych bohaterów. Książki można tu spotkać wszędzie, nie tylko w specjalnych szafkach (jedna na pozycje ukochane, druga na "czytadła", które bez żalu można pożyczać innym). Tu każdy przy posiłku czyta swoją lekturę. Panny nie mają czasu na naukę, bo wciąż, z wypiekami na twarzy, czytają Żeromskiego, Sienkiewicza, czy "Trędowatą". W szkole rozmawia się o bohaterach literackich. Ach, co to były za czasy;) Co to był za dom;)

To nie tyle powieść, co zbiór anegdot, prześmiesznych, lekkich, dotyczących sytuacji, w których książka grała pierwsze skrzypce.
Nie raz w trakcie czytania przychodziło mi do głowy skojarzenie z rodziną Borejków. Członkowie obu rodzin rozmawiają ze sobą cytatami i potrafią się tak zaczytać, że zapominają o świecie i wszystkim, co się wokół dzieje:)
Ale...pojawiała się też myśl, czy jednak warto aż tak zagubić się w fikcyjnym świecie książek, by pozwalać realnemu życiu przemykać gdzieś obok?
Mimo tych przemyśleń, czytałam z wielką przyjemnością, delektowałam się, ba, dawkowałam sobie, bo książka taka cienka;) Świetna lekturka na wakacje:)

poniedziałek, 17 czerwca 2019

"Milcząca arka. Mięso-zabójca świata" Juliet Gellatley, Tony Wardle

Rok pierwszego wydania: 2000
Ocena: 4/6


Autorzy są znanymi brytyjskimi działaczami na rzecz ochrony praw zwierząt. W tej pozycji przedstawiają kilka żelaznych argumentów, które wg nich przemawiają za tym, żeby ograniczyć, albo wręcz wykluczyć ze swojego menu mięso.
Gellatley od wieku nastoletniego jest wegetarianką. Książka rozpoczyna się relacjami jej z wizyt  w hodowli świń i na fermach drobiu. Opisuje dokładnie, w jakich warunkach trzymane są zwierzęta, których funkcje życiowe są drastycznie ograniczone. Mają albo znosić jak największe ilości jaj, albo rosnąć w zatrważającym tempie, by jak najszybciej trafić do rzeźni...Tu malowane są okrutne obrazy: wyrywane zęby, ucinane dzioby, połamane nóżki kurcząt itd. Jak dalekie są to sceny od sielankowych wyobrażeń o szczęśliwych kurach, grzebiących w ziemi pazurkami, czy świnek taplających się w błocie...Wstrząsające? Tak. Ale czy naprawdę jesteśmy dziś nieświadomi tego, co dzieje się, zanim kotlet trafi na nasz talerz? Wciąż dajemy się mamić  pięknym opowieściom hodowców o tym, że robią oni wszystko, by zwierzętom żyło się jak najlepiej. Reklamom wmawiającym nam, że soczysty stek jest atrybutem prawdziwego mężczyzny itd.
W dalszej części autorzy przytaczają wiele argumentów zdrowotnych mających pokazać, że schabowy na talerzu nie jest tak oczywiście niezbędnym elementem codziennego obiadu. Powołują się na liczne badania, medyczne pomiary, wskazujące na to, że wegetarianie są zdrowsi niż mięsożercy. Przypominają dietę naszych przodków, a także fakt, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu mięso w menu zwykłego człowieka pojawiało się kilka razy do roku! Było wyznacznikiem dobrobytu, pokarmem najbogatszych. Może dlatego odkąd zaczęto masowo produkować żywność, tak hurtowo zaczęliśmy się zaopatrywać w produkty pochodzenia zwierzęcego??? I chorować na choroby cywilizacyjne..
Do tego dochodzą rozważania na tematy ekologiczne. Autorzy pokazują (znów na podstawie badań), jaki wpływ na zmianę klimatu, środowiska ma tak bardzo rozwinięty przemysł mięsny.

Nie jest to książka, która nachalnie namawia do zmiany stylu życia i zrezygnowania z jedzenia mięsa. Na pewno jest prowegetariańska i proekologiczna. Nie straszy. Głównym aspektem, na jaki zwraca uwagę jest moralność. Stawia czytelnika przed pytaniem: czy rzeczywiście człowiek ma prawo skazywać zwierzęta na tak okrutne, niehumanitarne cierpienia, by zaspokoić swój rozbuchany apetyt i zapełnić rozciągnięty żołądek?
Warto po nią sięgnąć. By poszerzyć wiedzę, horyzonty, inaczej spojrzeć na otaczający nas świat. Być może zmienić nawyki, być może utwierdzić się (jak ja ;) ) we wcześniej obranej drodze.  

czwartek, 13 czerwca 2019

"Armenia. Karawany śmierci" Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń

Rok pierwszego wydania: 2016
Ocena: 3,5/6


Tym razem odwiedziłam czytelniczo Armenię, kraj zupełnie mi nieznany. Kiedyś potężne imperium, sięgające od Morza Kaspijskiego po Śródziemne. Dziś maleńki, górzysty kraj na pograniczu Europy i Azji, porównywany wielkością do powierzchni trzech polskich województw. Pierwszy chrześcijański kraj na świecie. To tu, na górze Ararat osiadła arka Noego.  Ormianie uważają, że wszystko tu jest najlepsze, najpiękniejsze, a oni są wybrańcami Boga. Jeśli tak, to Bóg doświadczał ich w historii niczym biblijnego Hioba. Ludobójstwo w 1915 roku, trzęsienie ziemi w 1988, zamach stanu i strzelanina w parlamencie w 1999...Ciągłe zatargi z sąsiadami, walki o górski Karabach.

Z książki wyłania się obraz społeczeństwa bardzo doświadczonego, które nie uporało się ze swoimi traumami. Wyrosłe w morzu nienawiści i okrucieństwa, zapomniane, skłonne jest dziś raczej do obojętności, apatii niż zemsty. Czuje się oszukane, przez historię, przez sąsiadów...Nawet święta góra Ormian - Ararat znalazła się poza granicami kraju...Wyjścia są dwa: albo emigracja, albo cicha egzystencja w ubóstwie i niepewności.

Autorzy dalecy są od jednoznaczności, od wydawania sądów. W rozmowach, opisach, zachowują bezstronną pozycję obserwatora reportera. Są przewodnikami, poddającymi czytelnikowi tematy do refleksji. Dużo tu polityki. Za mało, jak dla mnie współczesności.
Na pewno wcześniejsza lektura wpłynęła na niższą ocenę tej. Bo jednak tu poczułam niedosyt. I zbyt wielką suchość faktów.

piątek, 7 czerwca 2019

"Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciech Tochman

Rok pierwszego wydania: 2010
Ocena: 6/6

Od lat tyle się mówi, czyta, pisze o Holokauście. O zagładzie Żydów, hitlerowskim reżimie. To historia, dla większości z nas dziś już odległa.
6 kwietnia 1994 roku. Całkiem niedawno. Rwanda. Historia całkiem współczesna. Ludobójstwo porównywane z Holokaustem. Jednak tu niewyobrażalnego pogromu nie dokonywały wyspecjalizowane jednostki. Tu sąsiad zabijał sąsiada, matka-syna, kolega odcinał maczetą głowę koledze. Plemię Hutu skazało na śmierć i niewyobrażalne tortury plemię Tutsi, z którym jeszcze niedawno żyło obok siebie.
Tochman dotarł do Rwandy kilkanaście lat po tych wydarzeniach. Rozmawiał z ludźmi, którzy przeżyli ten koszmar.
Gwałcone kobiety, zarażone wirusem HIV.
Matki, które patrzyły na śmierć swoich dzieci. Albo te, które musiały same te dzieci zabijać.
Żony będące świadkami odcinania głów mężom.
Dzieci, które cudem ocalały, do końca życia okaleczone obrazami rzezi. Samotne sieroty.
Ofiary.
Ale też oprawcy.
Więźniowie skazani za zabicie sąsiada.
Hutu, którzy chcieli ukryć Tutsi i w ten sposób ocalić im życie.
Kobiety, których mężowie zarzynali sąsiadów. Hurtowo. Zaciekle. W euforii...
Jak teraz żyją w koszmarze własnych wspomnień? Przepełnieni traumami?
Fakty. Tylko tyle. Słowa.
Ileż trzeba mieć siły i odwagi, żeby dotrzeć do tych ludzi, żeby ich wysłuchać. Trzeba siły i odwagi, by o tym czytać.
Bo to książka, którą trzeba znać.
I zadać sobie niejedno pytanie.
Choćby to, gdzie byliśmy wtedy my, Europejczycy? Dlaczego zamykaliśmy oczy, zatykaliśmy uszy?
Także to, co robili wtedy katoliccy misjonarze przebywający w Rwandzie...
Ta książka aż boli.
I zostaje w czytelniku na długo.
Po jej zamknięciu zapada cisza.

poniedziałek, 20 maja 2019

"Za zamkniętymi drzwiami" Estera Dominika Kamieńska

Rok pierwszego wydania: 2018
Ocena: 3/6


Każdy rodzic stara się być jak-najlepszym-rodzicem dla swoich dzieci. Wprawdzie codzienność z potomkami nie zawsze jest tak słodka, jak ta pokazywana na instagramowych zdjęciach, albo w gazetkach dla młodych mamuś, ale i tak się stara. Choć czasem już brak cierpliwości. Choć nie raz na usta cisną się niecenzuralne słowa, mające przywołać potomka do porządku.
Autorka, Polka mieszkająca w Norwegii z mężem i trójką małych dzieci, też stara się być najlepszą mamą. Choć czasem brak jej cierpliwości. Ale przecież nikt nie jest idealny, każdemu zdarza się popełnić błąd, podnieść głos, wykrzyczeć emocje.Ogromny szok przeżywa w dniu, w którym okazuje się, że odpowiednie organy państwowe przejęły opiekę nad jej dwoma kilkuletnimi synami i zabrały ich ze szkoły prosto do tymczasowych rodzin zastępczych! Powód: młodszy z chłopców skarżył się w szkole, że rodzice biją go pasem. To wystarczyło. Nikt nie sprawdził tych informacji. Nikogo nie zastanowiło, że dziecko nie ma śladów pobicia na ciele. Od razu oskarżono rodziców o przemoc i wszczęto dochodzenie.
Książka jest zapisem drogi, jaką przebyła zrozpaczona matka, by odzyskać niesprawiedliwie odebrane jej dzieci.
Czytałam już kiedyś o tym, że Skandynawowie się wyczuleni na krzywdę dzieci. Jak wielką wagę przykładają do nietykalności fizycznej, do przemocy psychicznej. Zwłaszcza czujni są w stosunku do dzieci cudzoziemców, w tym Polaków. Jednak w tamtej książce z opowieści nie raz wynikało, że interwencja państwa miała swoje uzasadnienie. My nie jesteśmy przyzwyczajeni do tak szybkich reakcji, zwłaszcza że w Polsce nie raz dochodzi do tragedii z powodu opieszałości i pozostawienia dzieci z rodzicami biologicznymi. Z tego, co wiem w Norwegii i innych europejskich krajach na porządku dziennym są sytuacje, że po jakiejkolwiek skardze dziecka, np. w szkole, jest ono na wszelki wypadek umieszczane od razu w rodzinie zastępczej, a dopiero potem wyjaśnia się sytuację...
Przyznam, że trudno uwierzyć w całkowitą niewinność autorki i jej męża. Nie mogę sobie wyobrazić, że organy państwowe, pewnie porównywalne z polskim MOPSem, nie dość, że bez żadnych wyjaśnień i powodów odbierają dzieci, to jeszcze kilka lat trwa proces ich powrotu do rodziny...Wiadomo, że Kamieńska jest stroną bardzo zaangażowaną w całą sytuację, że trudno jej obiektywnie cokolwiek oceniać. Jednak nie raz nasuwało mi się pytanie: czy rzeczywiście nic się w tym domu nie działo?
Początek książki nie bardzo wprowadza w szczegóły sprawy. Więcej: czytelnik nie bardzo wie, o co chodzi, co się stało. Przez większą część opowieści jest przekonywany, jak bardzo ta rodzina została skrzywdzona nieprawdziwymi pomówieniami i oczywiście-odizolowaniem dzieci i umieszczeniem ich w rodzinach zastępczych. Ma okazję przeczytać fragmenty urzędowych pism. Przekonać się, jakie spustoszenie w psychice młodszego chłopca dokonała kilkuletnia rozłąka z rodzicami. Dopiero na ostatnich kartkach matka przyznaje, że zdarzało jej się wyzywać dzieci, że nie była idealna.
Zabrakło mi tu takich zwyczajnych opisów spotkań rodziców i dzieci, relacji małżonków (o mężu pani Kamieńskiej nie ma prawie nic), relacji z najmłodszą córeczką, informacji o rodzinach zastępczych. Takich elementów, które czyniłyby pewien klimat. Sprawiłyby, że książka stałaby się opowieścią. To, co przeczytałam, to w głównej mierze pełne emocji oskarżenia płynące w stronę urzędników, systemu, potwierdzane kolejnymi argumentami i cytowanymi pismami urzędowymi. Na koniec nurtowało mnie pytanie: dlaczego, po takich przeżyciach, pełni żalu do panującego w Norwegii prawa, rozgoryczeni brakiem jakiegokolwiek wsparcia psychologicznego, autorka i jej mąż nie wyjechali stamtąd zaraz po odzyskaniu dzieci? Dlaczego czekali, aż system znów się nimi zainteresuje? Dlaczego spróbowali się odciąć od przeszłości i zacząć nowe życie dopiero po dłuższym czasie? I dlaczego urzędnicy znów się nimi zainteresowali? Nie znalazłam odpowiedzi na te pytania.
Tytuł książki ma być symbolem tego, że wszelkie decyzje dotyczące dzieci były podejmowane za zamkniętymi drzwiami, praktycznie bez  konsultacji z rodzicami. Matka była jedynie informowana, często listownie, o kolejnych poczynaniach urzędników. Nie miała też wglądu w dokumentację, która, jak się okazało, była w dużym stopniu zakłamana i fałszowana. 
Temat jest bardzo ciekawy, jednak na pierwszy rzut oka widać, że autorka nie jest pisarką. Zapis wspomnień, opowiedzenie ten traumatycznej historii było raczej pewną formą terapii, uzewnętrznieniem emocji. Całość spisana jest bardzo chaotycznie, obraz sytuacji wyłania się niepełny, nie pozwala na obiektywną ocenę wystawioną przez osobę stojącą z boku.

czwartek, 9 maja 2019

"A ja żem jej powiedziała..." Katarzyna Nosowska

Rok pierwszego wydania: 2018
Ocena: 4,5/6


Książka mnie zaskoczyła.
Najpierw podejrzliwie do niej podchodziłam, bo jakaś taka krótka i nietypowa, pewnie jakieś wymysły kolejnego celebryty...Obchodziłam ją szerokim łukiem w księgarni, nawet okładka dziwna, nie w moim guście...Potem o niej zapomniałam. Podobno w internecie jakieś krótkie filmiki krążyły, będące bazą dla książki, ale ja raczej nieinternetowa, więc nie znałam. Ostatnio przeczytałam wywiad z Nosowską w czasopiśmie, w którym były odwołania do tej książki i mnie zaciekawiła. I sięgnęłam. I uległam bardzo pozytywnemu zaskoczeniu.

Trafne, dojrzałe przemyślenia na różne tematy. Po lekturze wywiadu łatwo wyłapywałam nawiązania do dzieciństwa, do własnych trudnych doświadczeń piosenkarki. To nie jest autobiografia. Raczej szczere (mam nadzieję...) dywagacje dotyczące relacji damsko-męskich, życia celebrytów, poczucia własnej wartości. Książka wydaje mi się bardzo kobieca, dotyczy dylematów, słabości, kompleksów bliskich przedstawicielkom płci pięknej. Na pewno niejedna czytelniczka odnajdzie w niej siebie. Obecną lub tą sprzed lat.
Jedynie humoru, o którym czytam w notce wydawcy, mało się w niej dopatrzyłam, ale nawet nie żałuję. W wielu punktach zgadzam się z Nosowską, na wiele spraw mam podobne spojrzenie.  Może dlatego tak mi się spodobało.

Forma tej niezbyt obszernej książki jest łatwa w odbiorze. Każdy z  krótkich felietonów poprzedzony jest hasłowym wstępniakiem i obrazkiem. Odpowiadało mi to, że każdemu tekstowi mogę poświęcić dosłownie kilka chwil, a potem na spokojnie go przemyśleć, odnieść do siebie, swoich doświadczeń, zanim przejdę do kolejnego.
Język, na pewno daleki od literackiej wykwintności, pasuje zarówno do autorki, jak i formy wypowiedzi, nadaje tekstom autentyczności.
Cieszę się, że trafiłam na ten wywiad. W przeciwnym razie nie sięgnęłabym po książkę, która w jakiś sposób stała mi się bliska.

czwartek, 28 lutego 2019

"Zabić ptaka" Ewa Ostrowska

Rok pierwszego wydania: 1990
Ocena: 4+/6


Schyłkowe lata komunizmu, partyjnych układów i układzików. Małe miasteczko Orzelsk. Jerzy Marciniak, dotychczas kierownik służby rolnej, po aferze kłusowniczej i zwolnieniu ze stanowiska naczelnika miasta i gminy, zostaje powołany do pełnienia jego obowiązków. Jest przekonany, że po trzech miesiącach rzetelnej pracy, to on obejmie na stałe to stanowisko, mimo, że nie należy do partii. Dla Marciniaka byłby to wielki zaszczyt i potwierdzenie tego, że nie trzeba się zapisywać "do nich". Tym większe rozgoryczenie i żal przychodzą w momencie, gdy okazuje się, że jednak partia wszędzie wsadza swoich ludzi i stanowisko naczelnika zostaje przyznane komuś innemu...Wściekła jest również córka Jerzego, Ola, uczennica miejscowego liceum. Odkąd przed ojcem otworzyła się droga do stanowiska naczelnika, całe miasteczko inaczej odnosiło się nie tylko do niego, ale i do niej. A teraz pozostał niesmak, drwina i rozczarowanie...
Równocześnie Ola przeżywa żałobę po niedawnej śmierci matki. Za życia niewiele je łączyło. To raczej ojciec był wzorem do naśladowania, autorytetem, partnerem do rozmów. Gruba, niezdarna matka, ukrywająca się za przepraszającym uśmiechem, traktowana była raczej jak służąca lub powietrze.  Zajęta w kuchni od świtu do nocy, usługująca mężowi i córce na każdym kroku. Idealny obiekt do kpin lub wyładowania złości. Żadne z nich tak naprawdę jej nie znało, nie zauważyli nawet symptomów postępującej choroby i zbliżającej się śmierci...Dopiero gdy zabrakło matki, Ola zapragnęła dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Z pamiątek, listów, ulubionych piosenek. Teraz to dziewczyna musiała przejąć na swoje barki obowiązki domowe i obsługiwać wiecznie niezadowolonego ojca. Dopiero teraz ujrzała go w zupełnie innym świetle...Ola uświadamia sobie, ile krzywdy wyrządziła najbliższej osobie. Niestety, za późno już na odkupienie win...
Gorzka to powieść. Wykreowani przez autorkę bohaterowie nie dają się polubić. Są po prostu źli, zadufani w sobie i egoistyczni. W trakcie lektury nie raz gardło ściska żal i narastająca irytacja. Napisana specyficznym, dość suchym stylem,  tym bardziej potęguje emocje.
Warto tę książkę przeczytać. Warto zmierzyć się z psychologicznym obrazem w niej przedstawionym. Być może niejeden czytelnik ocknie się, zanim będzie za późno na dostrzeżenie bliskiego człowieka...

wtorek, 12 lutego 2019

"Dziedzictwo. Historia prawdziwa" Philip Roth

Rok pierwszego wydania: 1991
Ocena: 4/6


Wstrząsająca, bardzo intymna, szczera autobiograficzna opowieść o okresie choroby ojca autora. Rozpoczyna się w momencie, gdy staruszek doświadcza paraliżu połowy twarzy, co lekarze diagnozują jako porażenie nerwu. Jednak okazuje się, że przyczyną niedyspozycji jest rozległy guz mózgu. Autor towarzyszy ponad osiemdziesięcioletniemu ojcu w badaniach, wizytach w szpitalu. To on musi poinformować bliską osobę o diagnozie. Lęk, ból, bezradność zbliżają obu mężczyzn. Między ojcem i synem rodzi się niepowtarzalna więź.
Równocześnie autor wspomina nagłą śmierć matki kilka lat wcześniej. Jest świadkiem wielkiej samotności ojca. Musi mu pomóc odnaleźć się w nowym życiu, ale także w prostych czynnościach niezbędnych w codzienności, które do tej pory wykonywała żona.
To bardzo trudna książka. Autor bez patosu i "owijania w bawełnę" opisuje, jak choroba wyniszcza organizm jego ojca i mienia jego zachowanie. Poznajemy też emocje i odczucia mężczyzny, który musi patrzeć na powolne odchodzenie bliskiej osoby.
Rodzi się pytanie: czy autor miał prawo pisać o tak intymnych sprawach dotyczących drugiej osoby?
Na pewno książka jest ważna dla tych, którzy przeżyły podobną sytuację lub aktualnie w niej trwają. Być może pomaga oswoić emocje, zarówno autorowi, jak i czytelnikowi.
Książka napisana jest stylem pozbawionym zbędnych opisów, zwłaszcza emocji. Jest jak sucha relacja z pewnego okresu w życiu.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

"Nędznicy" Wiktor Hugo

Rok pierwszego wydania: 1862
Ocena: 5+/6


"Nędznicy" trwali w mojej głowie od lat. Od lat chodziłam wokół nich jakoś tak na palcach, bo przerażała mnie objętość powieści. 4 tomy! (są wydania dwutomowe, ale te proponuję obchodzić szerokim łukiem, bo to wydania skrócone, nie warto!) Jakże ja przez to przebrnę? Czasu brak, a w ogóle to pewnie tak napisane, że będzie się mozolnie czytało...
Jednak kiedy zdecydowałam się nabyć bilety na słynny musical, i to bilety, które miały być zrealizowane za ponad 2 miesiące-dojrzałam. Postanowiłam zapoznać się z książką zanim udam się do teatru.
I to był strzał w 10!
To było przeżycie! Uczta!
Arcydzieło. Monumentalna powieść. Cztery tomy, każdy średnio po 400 stron! Ale warto! Jakże warto!
Przez tę powieść po prostu płynie się w zachwycie. Język oczarowuje, jest niczym piękna muzyka, która wprawia człowieka w błogie uniesienie.
A do tego-to powieść tak wielowątkowa, wielopłaszczyznowa, że nawet nie byłabym w stanie wyobrazić sobie, że jest to możliwe, zanim po nią sięgnęłam.
Powieść psychologiczna ( ta warstwa podobała mi się chyba najbardziej)-kilkustronicowe opisy rozterek wewnętrznych głównego bohatera, jego przemiany, po prostu rarytas!
Powieść przygodowa-wszakże kolei życia Jana Valjean wystarczyłoby na kilka utworów!
Powieść historyczna - świetnie nakreślone burzliwe losy Francji końcówki XVIII i XIX wieku (tu jedyny dla mnie minus powieści-opisy bitew i politycznych wydarzeń chwilami były przydługie i lekko nużące. Gdyby nie to ocena najwyższa byłaby murowana!).
Wątki społeczne-rewelacyjnie opisane różne warstwy, ich zachowania, myśli, motywy działań.
I w końcu-historia miłosna, zaczynająca się tak niewinnie, zmuszona przejść przeszkody, które życie ustawiło na jej drodze, by wreszcie dojść oczywiście do wzruszającego happy endu:)
Spędziłam z "Nędznikami" kilka miesięcy swojego czytelniczego życia. Był to czas niezapomniany, na pewno nie stracony. Powieść była dla mnie jak wspaniała uczta, na której smakowałam potraw z najwyższej półki. Wzbudziła sporo emocji, a to chyba najlepiej świadczy o książce;) Dzięki temu ma szanse być niezapomnianą przez wiele lat!

czwartek, 10 stycznia 2019

"Kamizelka" Bolesław Prus

Rok pierwszego wydania: 1904
Ocena: 5/6


Króciutka nowelka. A jaka wymowna. Jak pobudzająca do myślenia, do pytań: a co ja bym zrobiła?
To historia miłości, pięknej, spokojnej, takiej, jaką dziś tak już rzadko można spotkać. Ona-nauczycielka. On-urzędnik. Popołudnia i wieczory lubią spędzać razem. Wspólnie jedzą obiady, spacerują, rozmawiają, nawet zajęci swoją pracą. Jednak na ich szczęśliwym, poukładanym życiu kładzie się cień choroby. Wyniszczającej, prowadzącej do nieuchronnej śmierci. Żadne z małżonków nie chce martwić tej drugiej osoby. Oboje chcą żyć nadzieją i nawzajem się nią karmić. On-zaciąga coraz mocniej pasek kamizelki, a ona- w ukryciu po troszku ją zwęża, by on nie zauważał jak bardzo chudnie...
Kłamstwa w imię miłości. Ale jakże szlachetne. Czy słuszne? A może lepiej było w tych ostatnich tygodniach żyć inaczej? Czy to by coś zmieniło? Czy lepiej jednak żyć, jakby "to nic takiego"?
Mnóstwo pytań. Tekst uderzający w emocje.
Dawno nie czytałam Prusa. Dziś utwierdziłam się w tym, że to wspaniały pisarz. Miał niesamowitą umiejętność obserwowania świata, ludzi i pisania o otaczającej rzeczywistości bez zbędnego zadęcia. Muszę wrócić do innych jego utworów. Przypominam sobie, że kiedyś bardzo je lubiłam:)

środa, 9 stycznia 2019

Pamiętniki L.M. Montgomery

Uwielbiam książki o Ani z Zielonego Wzgórza. Od czasów dzieciństwa pierwszy tom przeczytałam dobrych kilka razy, znam go już prawie na pamięć, a przez całą serię przebrnęłam co najmniej dwa razy i na pewno jeszcze do niej wrócę.
Dlatego też wielką niespodzianką było dla mnie natrafienie na dwa tomy dzienników L.M. Montgomery. Dziwię się, że wcześniej nawet o nich nie słyszałam!


Tom pierwszy, zatytułowany "Krajobraz dzieciństwa", ukazał się drukiem dopiero w 1985 r, a w Polsce kolejne 11 lat później. Opiewa nastoletnie lata Maud (na co dzień pisarka posługiwała się drugim imieniem). Może nieco rozczarowywać i nudzić, gdyż głównym tematem jest tu życie towarzyskie dziewczynki-spotkania z koleżankami, niewinne ploteczki podlotków, spacery, nabożeństwa itd. Montgomery była wychowywana przez dziadków (być może to oni byli pierwowzorami Maryli i Mateusza?) , po tym jak została osierocona przez matkę w wieku niespełna dwóch lat, a ojciec założył drugą rodzinę w innym mieście. Jednak w pamiętnikach nie znajdziemy zbyt wielu wzmianek o życiu rodzinnym, o relacjach z opiekunami. Niewiele pisze też Maud o macosze i przyrodnim rodzeństwie, z którymi mieszkała przez rok. Wspomina jedynie, że trudno jej było żyć w zgodzie i przyjaźni z drugą żoną ojca. Jednak z tatą do końca jego życia łączyła ją bliska i głęboka więź, mimo odległości, jaka ich dzieliła.



Druga część dzienników jest zupełnie inna. Wyłania się tu obraz dojrzewającej i dojrzałej kobiety. Obraz, który przyznam, bardzo mnie zaskoczył. Znając pogodną Anię Shirley, czytając pełne ciepła książki o jej przygodach, miałam wyobrażenie o ich autorce jako osobie pozytywnej, romantycznej i optymistycznej. Tymczasem poznałam kobietę bardzo samotną, zgaszoną, często popadającą wręcz w rozpacz. Być może dziś jej stan zostałby określony jako depresja, jednak 100 lat temu pojęcie to nie było jeszcze znane...
Po kilku latach pracy jako nauczycielka, po burzliwym, utrzymywanym w wielkiej tajemnicy romansie, zerwanych zaręczynach z niekochanym mężczyzną, po śmierci dziadka Maud zmuszona była wrócić do Cavendish, by zaopiekować się babcią. Starsza kobieta była osobą bardzo staroświecką, apodyktyczną i surową. Nie pozwalała wnuczce na spotkania z rówieśnikami, skazując ją praktycznie tylko na swoje towarzystwo. Maud, osoba otwarta, ciekawa świata, pełna młodzieńczej energii i zapału, została "uwięziona" w  domku na Wyspie Księcia Edwarda. Dusiła się w atmosferze  małego miasteczka, w którym prawie nic się nie działo. Jedynym jej ratunkiem i pocieszycielem były książki, które czytała w takich ilościach, jakie tylko trafiały w jej ręce. Niestety, na przełomie XIX i XX wieku nie było to dobro ogólnie dostępne, zwłaszcza na wyspie odciętej często od świata na wiele zimowych miesięcy...
Od wczesnej młodości Maud próbowała swoich sił w pisarstwie. Zaczynała od krótkich opowiadań pisywanych do gazet. Z czasem to właśnie powieści, opowiadania i artykuły stały się źródłem jej dochodu. Poświęcała pracy mnóstwo czasu, którego i tak miała w nadmiarze.
Dziennik stał się wiernym powiernikiem wszelkich smutków i złych nastrojów Maud. Rzadko pisywała o pozytywnych emocjach, raczej był to sposób na radzenie sobie z negatywnymi stanami ducha. Dawała tu też wyraz swojemu zamiłowaniu do przyrody, które później stało się tak charakterystyczną cechą Ani z Zielonego Wzgórza.

Lektura pamiętników była dla mnie niesamowitą, niezapomnianą przygodą. Mimo, że przygnębienie Maud wyziera dosłownie z kartek i wdziera się w duszę czytelnika, warto poznać bliżej tę kobietę, której powieści są wciąż czytane przez kolejne pokolenia.