czwartek, 10 stycznia 2019

"Kamizelka" Bolesław Prus

Rok pierwszego wydania: 1904
Ocena: 5/6


Króciutka nowelka. A jaka wymowna. Jak pobudzająca do myślenia, do pytań: a co ja bym zrobiła?
To historia miłości, pięknej, spokojnej, takiej, jaką dziś tak już rzadko można spotkać. Ona-nauczycielka. On-urzędnik. Popołudnia i wieczory lubią spędzać razem. Wspólnie jedzą obiady, spacerują, rozmawiają, nawet zajęci swoją pracą. Jednak na ich szczęśliwym, poukładanym życiu kładzie się cień choroby. Wyniszczającej, prowadzącej do nieuchronnej śmierci. Żadne z małżonków nie chce martwić tej drugiej osoby. Oboje chcą żyć nadzieją i nawzajem się nią karmić. On-zaciąga coraz mocniej pasek kamizelki, a ona- w ukryciu po troszku ją zwęża, by on nie zauważał jak bardzo chudnie...
Kłamstwa w imię miłości. Ale jakże szlachetne. Czy słuszne? A może lepiej było w tych ostatnich tygodniach żyć inaczej? Czy to by coś zmieniło? Czy lepiej jednak żyć, jakby "to nic takiego"?
Mnóstwo pytań. Tekst uderzający w emocje.
Dawno nie czytałam Prusa. Dziś utwierdziłam się w tym, że to wspaniały pisarz. Miał niesamowitą umiejętność obserwowania świata, ludzi i pisania o otaczającej rzeczywistości bez zbędnego zadęcia. Muszę wrócić do innych jego utworów. Przypominam sobie, że kiedyś bardzo je lubiłam:)

środa, 9 stycznia 2019

Pamiętniki L.M. Montgomery

Uwielbiam książki o Ani z Zielonego Wzgórza. Od czasów dzieciństwa pierwszy tom przeczytałam dobrych kilka razy, znam go już prawie na pamięć, a przez całą serię przebrnęłam co najmniej dwa razy i na pewno jeszcze do niej wrócę.
Dlatego też wielką niespodzianką było dla mnie natrafienie na dwa tomy dzienników L.M. Montgomery. Dziwię się, że wcześniej nawet o nich nie słyszałam!


Tom pierwszy, zatytułowany "Krajobraz dzieciństwa", ukazał się drukiem dopiero w 1985 r, a w Polsce kolejne 11 lat później. Opiewa nastoletnie lata Maud (na co dzień pisarka posługiwała się drugim imieniem). Może nieco rozczarowywać i nudzić, gdyż głównym tematem jest tu życie towarzyskie dziewczynki-spotkania z koleżankami, niewinne ploteczki podlotków, spacery, nabożeństwa itd. Montgomery była wychowywana przez dziadków (być może to oni byli pierwowzorami Maryli i Mateusza?) , po tym jak została osierocona przez matkę w wieku niespełna dwóch lat, a ojciec założył drugą rodzinę w innym mieście. Jednak w pamiętnikach nie znajdziemy zbyt wielu wzmianek o życiu rodzinnym, o relacjach z opiekunami. Niewiele pisze też Maud o macosze i przyrodnim rodzeństwie, z którymi mieszkała przez rok. Wspomina jedynie, że trudno jej było żyć w zgodzie i przyjaźni z drugą żoną ojca. Jednak z tatą do końca jego życia łączyła ją bliska i głęboka więź, mimo odległości, jaka ich dzieliła.



Druga część dzienników jest zupełnie inna. Wyłania się tu obraz dojrzewającej i dojrzałej kobiety. Obraz, który przyznam, bardzo mnie zaskoczył. Znając pogodną Anię Shirley, czytając pełne ciepła książki o jej przygodach, miałam wyobrażenie o ich autorce jako osobie pozytywnej, romantycznej i optymistycznej. Tymczasem poznałam kobietę bardzo samotną, zgaszoną, często popadającą wręcz w rozpacz. Być może dziś jej stan zostałby określony jako depresja, jednak 100 lat temu pojęcie to nie było jeszcze znane...
Po kilku latach pracy jako nauczycielka, po burzliwym, utrzymywanym w wielkiej tajemnicy romansie, zerwanych zaręczynach z niekochanym mężczyzną, po śmierci dziadka Maud zmuszona była wrócić do Cavendish, by zaopiekować się babcią. Starsza kobieta była osobą bardzo staroświecką, apodyktyczną i surową. Nie pozwalała wnuczce na spotkania z rówieśnikami, skazując ją praktycznie tylko na swoje towarzystwo. Maud, osoba otwarta, ciekawa świata, pełna młodzieńczej energii i zapału, została "uwięziona" w  domku na Wyspie Księcia Edwarda. Dusiła się w atmosferze  małego miasteczka, w którym prawie nic się nie działo. Jedynym jej ratunkiem i pocieszycielem były książki, które czytała w takich ilościach, jakie tylko trafiały w jej ręce. Niestety, na przełomie XIX i XX wieku nie było to dobro ogólnie dostępne, zwłaszcza na wyspie odciętej często od świata na wiele zimowych miesięcy...
Od wczesnej młodości Maud próbowała swoich sił w pisarstwie. Zaczynała od krótkich opowiadań pisywanych do gazet. Z czasem to właśnie powieści, opowiadania i artykuły stały się źródłem jej dochodu. Poświęcała pracy mnóstwo czasu, którego i tak miała w nadmiarze.
Dziennik stał się wiernym powiernikiem wszelkich smutków i złych nastrojów Maud. Rzadko pisywała o pozytywnych emocjach, raczej był to sposób na radzenie sobie z negatywnymi stanami ducha. Dawała tu też wyraz swojemu zamiłowaniu do przyrody, które później stało się tak charakterystyczną cechą Ani z Zielonego Wzgórza.

Lektura pamiętników była dla mnie niesamowitą, niezapomnianą przygodą. Mimo, że przygnębienie Maud wyziera dosłownie z kartek i wdziera się w duszę czytelnika, warto poznać bliżej tę kobietę, której powieści są wciąż czytane przez kolejne pokolenia.

środa, 5 grudnia 2018

"Śniadanie mistrzów" Kurt Vonnegut

Rok pierwszego wydania: 1973
Ocena: 4/6


Zacznę od tego, że dziwna to książka. Inna. Niebanalna.   Przez wielu określana jako "wielka literatura".
Pierwszoosobowy narrator relacjonuje nam przebieg znajomości dwóch bohaterów: Kilgora Trouta, niespełnionego pisarza, autora fantastycznonaukowych powieści drukowanych w pismach erotycznych oraz Dwayna Hoovera, bogacza cierpiącego coraz bardziej na chorobę psychiczną.
Nie ma tu głównej opowieści. Jest za to mnóstwo równorzędnych wątków, które się non stop przeplatają, przerywają nawzajem. Miałam wrażenie, że nie są ze sobą w żaden sposób powiązane. Za to nie raz autor wracał do tego samego tematu. Jakby chciał jeszcze bardziej podkreślić śmieszność i absurdalność jakiegoś zjawiska czy zachowania.
Vonnegut obnaża wiele ludzkich wad oraz obala mnóstwo mitów. Satyrą przekłuwa napompowane do granic wytrzymałości baloniki amerykańskiej kultury narodowej. Trafnie diagnozuje wiele chorób nękających społeczeństwo Stanów. Prawdopodobnie uderza w psychikę niejednego czytelnika, czy to przedstawiając naturalistyczne sceny erotyczne, czy wyśmiewając sztandar.
To nie tylko satyra, ale i metafora dziwnego świata, w którym żyjemy. Uzupełniona rysunkami autora. Prostymi, trywialnymi. Nie zabraknie tu np. obrazka majtek czy świni.
Doceniam kunszt Vonneguta, bo udało mu się napisać opowieść zupełnie wykraczającą poza kanony powieści. Doceniam pomysłowość autora. Jego wyobraźnię. Ale zmęczyła mnie ta książka. To chyba nie jest rodzaj literatury, który do mnie przemawia...

wtorek, 4 grudnia 2018

"Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell

Rok pierwszego wydania: 1853
Ocena: 4,5/6


Cranford, malutkie miasteczko w XIX-wiecznej Anglii, zamieszkane głównie przez kobiety: stare panny, bezdzietne wdowy w podeszłym wieku, siostry i przyjaciółki. Damy panują tu niepodzielnie. Mężczyźni pojawiają się tylko marginalnie. Cranfordzkie panie to nie wyzwolone emancypantki, czy heroiny. To całkiem zwyczajne, ciepłe osóbki, może chwilami nieco naiwne i dziecinne, borykające się z codziennymi problemami, których najistotniejszym powodem są niezbyt wysokie dochody....Przedstawicielki klasy średniej, i to zubożałej, wciąż pretendują do wyższych sfer, zapominając chwilami, że czasy się zmieniły, a im przybyło lat...Nie chcą się przyznać do swego statusu materialnego, choć jest on wiadomy wszystkim sąsiadkom;) Oszczędzają na podstawowych rzeczach, zmyślnie ubierając tą oszczędność w śmieszne zachowania, mające świadczyć o ich elegancji (np. panna Matty spędzając wieczory przy jednej świecy, zapala na przemian dwie świece, by w razie odwiedzin którejś z przyjaciółek wydawało się, że co wieczór palą się obie ;) ).
W miasteczku trzeba przestrzegać konwenansów, które świadczyć mają o klasie mieszkanek Cranford. Niektóre zachowania urastają do rangi rytuałów, ceremonii.

Powieść napisana jest lekko, z dużą dawką humoru. To świetne świadectwo czasów, w jakich osadzona jest akcja. Nie ma tu wyjątkowych wydarzeń, scen mrożących krew w żyłach. To zestaw scenek rodzajowych z codzienności, opisy strojów, zwyczajów, zachowań. Wszystko to jednak ma swój niezaprzeczalny urok i czar, który poszedł dziś w zapomnienie.

wtorek, 6 listopada 2018

"Syzyfowe prace" Stefan Żeromski

Rok pierwszego wydania: 1897
Ocena: 3+/6


Lektura szkolna, przez którą trudno przebrnąć większości uczniów. Sięgałam po nią z pewną dozą obawy, czy przebrnę, czy nie zanudzi. Było lepiej niż się spodziewałam;)

Marcinka Borowicza, głównego bohatera, poznajemy jako małego chłopca, wiezionego przez rodziców do szkoły na roczne przygotowanie do klasy I. Cóż to były za trudne czasy...XIX wiek, zabory, czas po powstaniu styczniowym, zubożała szlachta i możliwość edukacji tylko dla wybranych, których było na to stać...Rodzice Marcinka byli w stanie dużo zrobić dla swego jedynaka, by go wykształcić i dać mu szansę na życie lepsze niż to, które sami wiedli...
Towarzyszymy Marcinkowi przez cały okres szkoły. Obserwujemy, jak z malca wyrasta na młodzieńca, dojrzewa, zmienia się sposób jego myślenia i zachowanie. Poznajemy jego kolegów, nauczycieli, szkołę i stancje, na których mieszkał.
Żeromski pokazuje w swej powieści system wychowawczy panujący w szkołach, mający na celu rusyfikację od podstaw, czyli dzieci i młodzieży. Tytułowe "syzyfowe prace" mogą obrazować bezcelowość działań zaborców. Młodzi ludzie, świadomi swoich korzeni i historii, nie poddawali się łatwo zabiegom mającym zabić w nich wszelkie ślady polskości. Wiele trudu kosztowała uczniów obrona swojej tożsamości, ale i zaborcy nie raz spotykali się z zaprzepaszczeniem wysiłków mających wieść do celu. To starcie dwóch grup, z których każda musiała, niczym mityczny Syzyf, co chwila podejmować od nowa swoje wysiłki.
Mamy tu całą plejadę ciekawych, wręcz niezwykłych bohaterów, zarówno uczniów (począwszy od Marcina Borowicza, przechodzącego przemiany wewnętrzne, przez Andrzeja Radka, tak bardzo świadomego wartości nauki, aż do młodego patrioty Bernarda Zygiera walczącego o prawo do używania języka polskiego), jak i nauczycieli klerykowskiego gimnazjum. Nawet postacie epizodyczne, matka Marcina, jego kolega Figa, są barwnie przedstawione.
Powieść napisana jest dość trudnym językiem, chwilami nuży. Jednak cieszę się, że sięgnęłam po nią raz jeszcze po wielu latach. Teraz czytałam ją z zupełnie inną wiedzą i nastawieniem niż w latach licealnych.

poniedziałek, 5 listopada 2018

"Śniadanie u Tiffany'ego" Truman Capote

Rok pierwszego wydania: 1958
Ocena: 4/6



Holly Golightly - niespełna dwudziestoletnia gwiazdeczka filmowa, panienka do towarzystwa bogatych, starszych nowojorczyków, których potrafi rozkochać na zabój. Dziewczę radosne, rozrywkowe i bardzo tajemnicze. Femme fatale.
Holly mieszka w zabałaganionym apartamencie w nowojorskiej kamienicy. Kilka pięter nad nią mieszkanie zajmuje początkujący pisarz. Przez przypadek ich drogi się przecinają, zostają przyjaciółmi, a z czasem młody mężczyzna zaczyna darzyć ją coraz silniejszym uczuciem. Jednak Holly nie w głowie ustatkować się. Chociaż...może przystojnemu Brazylijczykowi uda się ją wreszcie usidlić?
Niewiele dowiadujemy się o przeszłości dziewczyny. Jedynie to, że jako 14-latka uciekła z domu w towarzystwie brata. Wygłodniali i wynędzniali trafili na farmę starszego pana, za którego dość szybko zgodziła się...wyjść za mąż i zostać macochą jego dzieci, starszych od niej samej, a potem równie szybko uciec. Tak trafiła do Nowego Jorku, w którego wielkomiejskim klimacie doskonale się odnalazła.
Capote kreśli rewelacyjny obraz psychologiczny Holly ( i to jest największy atut tej książki). Najlepszym podsumowaniem jest wizytówka przy skrzynce pocztowej: "Panna Holiday Golightly. W podróży". Infantylna  Holly, wiecznie uciekająca przed dorosłością i odpowiedzialnością, goni nieuchwytne szczęście. Jego symbolem ma być sklep z biżuterią u Tiffany'ego, symbol prestiżu i zamożności.
Kolejnym atutem tej króciutkiej powieści jest świetnie oddany klimat Nowego Jorku lat 40-tych XX wieku.
Niby nie ma w tej książce nic szczególnego. Ot prosta, wolno tocząca się opowieść młodego pisarza o krótkiej znajomości z sąsiadeczką. Jednak tak jak postać Holly zapadła w pamięć i serce narratora na resztę życia, tak i czytelnikowi nie pozwala przejść obojętnie wobec siebie.

środa, 31 października 2018

"Jądro ciemności" Joseph Conrad

Rok pierwszego wydania: 1902
Ocena: 3/6



Końcówka XIX wieku. Marlow, żeglarz, Anglik, wyrusza do dzikiego serca Afryki, gdzie ma zostać kapitanem parowca pływającego rzeką Kongo. Podczas podróży do celu, Marlow ma okazję obserwować wybrzeże Afryki i ludzi. Skłania go to do wielu refleksji. Gdy dociera do stacji centralnej, dowiaduje się o awarii swojego statku. Zmuszony jest spędzić w tym miejscu kilka miesięcy. Daje mu to niepowtarzalną okazję do poznania prawdziwego oblicza kolonizacji. Pyszni, chciwi biali, myślący tylko o zyskach z kości słoniowej i czarni umierający z głodu i wycieńczenia...Do Marlowa wciąż docierają wieści o tajemniczym Kurtzu, agencie z odległej stacji, który szczyci się ogromnymi ilościami zdobytej kości słoniowej. Teraz leży chory, a Marlow ma pospieszyć mu z pomocą przez pierwotną dżunglę. Kim w rzeczywistości okaże się Kurtz? Geniuszem postępu czy niebezpiecznym szaleńcem?
Historię poznajemy z ust Marlowa, który opowiada ją po latach przyjaciołom zebranym na pokładzie jachtu zakotwiczonego na londyńskim nabrzeżu Tamizy.
Tytuł ma wydźwięk symboliczny. Oznacza zarówno środek czarnego kontynentu, jak i ciemność głębi duszy człowieka.
Ta krótka powieść zmęczyła mnie. Opisy makabrycznych zachowań, pełnej dominacji kolonizatorów nad tubylcami, niskich instynktach, które wyzwalają się w ludziach w tych ekstremalnych warunkach, z drugiej strony- dzikość czarnoskórych, traktowanych gorzej niż zwierzęta -  czynią lekturę  mało przyjemną i trudną.
Z pewnością wiele tu wątków autobiograficznych. Conrad pracował w zawodzie marynarza,  lata spędził na żaglowcach i parowcach. W powieści wykorzystał wspomnienia z sześciomiesięcznego pobytu w Kongu Belgijskim.
Styl pisania Conrada nie przypadł mi do gustu. Brak dialogów, monotonia opowiadania powodowały znużenie. Być może dam jeszcze kiedyś szansę autorowi, ale na pewno minie sporo czasu, zanim sięgnę po kolejną jego powieść.