czwartek, 17 sierpnia 2017

"Biały Kieł" Jack London

Rok pierwszego wydania: 1906
Ocena: 4/6


Koniec XIX wieku. W Ameryce trwa gorączka złota.
Choć Biały Kieł był wilkiem, w jego żyłach płynęła też krew psa. Nie miał zbyt udanego dzieciństwa, często cierpiał głód i musiał walczyć o przetrwanie. Dalsze lata też nie należały do udanych. Z jednej strony do głosu dochodziła dzika natura, z drugiej-wierność wobec człowieka. Wreszcie za przyczyną opiekuna-bestii Biały Kieł stał się uosobieniem nienawiści, do wszystkich i wszystkiego. Został psem przeznaczonym do walk, psem-mordercą. Uratowany przed człowiekiem przez człowieka, stał się najwierniejszym towarzyszem i obrońcą.
Wnioskując z licznych recenzji i opisów, powieść ma drugie dno, filozoficzno-poglądowe. Dla mnie jest to jednak piękna opowieść o przyrodzie, naturze zwierząt, o wierności i przyjaźni psa i człowieka. O okrucieństwie, jakie drzemie w człowieku i o tym, jak sprzyjające warunki zewnętrzne potrafią je obudzić.  Nie wnikałam w głębsze pokłady, tym bardziej, że udało mi się przeczytać książkę w oryginale.
Nie ma tu zbyt wartkiej akcji, zaskakujących wydarzeń. Jest przede wszystkim piękna, dzika przyroda. I to mnie urzekło.

środa, 16 sierpnia 2017

Lato to czas....

... kolorów




























... wypraw w nieznane














...spotkań z bliskimi


...poznawania nowych przyjaciół

...podróży małych i dużych


















I oczywiście czytania książek!!!

niedziela, 13 sierpnia 2017

"Prawidła życia" Janusz Korczak

Rok pierwszego wydania: 1930
Ocena: 5/6


Stosunkowo niedawno dziecko zaczęto traktować jak człowieka. Z jego prawami, potrzebami, odrębnością.
Janusz Korczak, wychowawca nietuzinkowy, nowatorski, rewolucyjny jak na swoje czasy, już w 1930 roku pisał o tym, jakie są dzieci, jakie mają potrzeby, jak się czują w świecie dorosłych. O tym, że dziewczynki są inne od chłopców, że nikt nie jest gorszy, że trzeba się wzajemnie szanować.Pisał o domu, o rodzicach, o rodzinie, o szkole, o ulicy, o przyjaźni, o zabawie.
To, o czym psychologowie mówią głośno od niedawna, Korczak wiedział już prawie 100 lat temu! Okazuje się, że tak modne w ostatnich latach trendy, szeroko propagowane na parentingowych blogach, w gazetach dla rodziców, w wypowiedziach gwiazd czy psychologów dziecięcych, były mu znane już tak dawno! Tyle, że wtedy nie było chętnych do ich wdrażania...
Okazuje się, że choć zmieniły się czasy, choć teraz dzieci wychowywane są w komfortowych warunkach, mają wszystko, to ich psychika i podstawowe potrzeby nie zmieniły się! Warto zadać sobie pytanie: czy dzięki temu rozwojowi, jaki przeszedł świat w ostatnich stu latach, dzieci stały się szczęśliwsze?
Bardzo, bardzo polecam książkę wychowawcom, nauczycielom, rodzicom, wszystkim, którzy mają do czynienia z dziećmi. Wprawdzie sam Autor kierował swoje słowa do dzieci, to wg mnie dorośli mogą z nich wynieść bardzo wiele! A Prawidła podane są w sposób bardzo prosty, bez tak popularnego dziś "przegadania", "lania wody", moralizowania i poczucia odkrywania prawd o randze światowej! Konkretnie, jasno i bardzo mądrze.

sobota, 12 sierpnia 2017

"Dogonić rozwiane marzenia" Elizabeth Flock

 Rok pierwszego wydania: 2009
Ocena: 3/6


Dawno temu marzeniem Samanthy było założenie rodziny i wychowywanie dzieci. Teraz, po wielu latach, spełnione marzenie przerodziło się w monotonną, nużącą rutynę. Z mężem są sobie coraz bardziej obojętni. Najstarsza córka, 16-letnia Cammy, przysparza wielu kłopotów w domu i w szkole. Bunt okresu dojrzewania potęguje fakt, że dziewczyna wie o tym, że jest adoptowana i nie pasuje do reszty rodziny...
Powieść jest zapisem przeplatających się zapisków matki i córki. Każda z nich na swój sposób szuka sensu życia. Każda z nich nie jest szczęśliwa i próbuje jakoś zagłuszyć swoją samotność. Prowadzi to do złych, wręcz tragicznych rozwiązań. Starsza z pań wikła się w romans, młodsza-wpada w złe towarzystwo. Nie potrafią znaleźć drogi do siebie, oddalają się coraz bardziej...
Sięgnęłam po tę książkę skuszona tematem adopcji, który od dawna mnie interesuje. Jednak znalazłam tu formę typowo amerykańską. I typowo amerykańskie realia, jednak dość dalekie od tych rodzimych...Temat został wg mnie potraktowany powierzchownie, schematycznie.

piątek, 11 sierpnia 2017

"Małe kobietki" Louisa May Alcott

Rok pierwszego wydania: 1868
Ocena: 3+/6


Opowieść o losach czterech sióstr żyjących w Nowej Anglii w czasie wojny secesyjnej. Każda z nich prezentuje inny typ, inny charakter, tak, że każdy czytelnik (a raczej młoda czytelniczka) może się z którąś z nich identyfikować. Margaret, najstarsza, szesnastolatka, piękna, delikatna. Piętnastoletnia Jo -wysoka, chuda, niezbyt urodziwa, przypominała rozbrykane źrebię, zawsze rozwichrzona; żałowała, że staje się kobietą, bo zdecydowanie wolałaby być chłopcem. Trzynastoletnia Elizabeth - delikatna, łagodna, nazywana przez ojca Maleńką Ciszą, żyjąca w swoim szczęśliwym świecie. Amy-najmłodsza, uważała się za najważniejszą; młoda dama o złotych lokach i błękitnych oczach, zawsze dbająca o maniery.
Dziewczęta nie są zamożne, ich ojciec bierze udział w wojnie, matka stara się utrzymywać rodzinę. Po tym, jak rodzice stracili większość majątku próbując pomóc nieuczciwemu przyjacielowi, dwie najstarsze córki zajęły się pracą odpowiednią do ich wieku i możliwości, by wspomóc finansowo rodzinę. Choć wszystkie cztery nie raz w skrytości ducha zazdroszczą koleżankom posiadanych rzeczy, starają się doceniać to co mają i cieszyć życiem takim, jakie przyszło im wieść. Tylko czasami zdarza im się narzekać na "ciężary", jakie przyszło im dźwigać na młodych ramionach, jak choćby dotrzymywanie towarzystwa starej ciotce, czy zmywanie naczyń;)
Na kartach książki poznajemy codzienność panienek, ich młodzieńcze przygody i troski.Przy okazji obserwujemy w tle warunki życia ówczesnej Nowej Anglii.
Powieść jest wg mnie bardzo dziewczęca, skierowana do ówczesnych dorastających panienek z dobrych domów. Pełna dydaktyzmu, moralizatorstwa, starająca się wychowywać czytelniczki w duchu dobroci, łagodności, dobrych manier. Pokazuje, jak być dobrą córką, żoną i matką. Zachowanie czterech sióstr nie raz wydawało mi się pompatyczne i sztuczne. A do kompletu idealna mama!
Atutem jest ciepło, które bije z opisów i duża ilość dialogów, dzięki którym czyta się szybko. Mnie zachwyciło wydanie (MUZA SA i Klub Świat Książki z 1999r), które znalazłam w bibliotece. Duży format, spora czcionka i mnóstwo, mnóstwo ilustracji! Zarówno nawiązujących do tekstu, jak i związanych z daną epoką, opatrzonych dodatkowo krótkimi opisami na szerokich marginesach. Ryciny, akwarelki, portrety, widoczki...Tak, to wydanie to perełka!
Jednak poczułam się "zbyt stara" na tą powieść. A wątpię, żeby współczesne nastolatki, nawet te młodsze, zaczytywały się opowieścią o Meg i jej siostrach, napisaną w tak przesłodzony i pompatyczny sposób...

wtorek, 8 sierpnia 2017

"Jeśli tylko potrafiłyby mówić" James Herriot

Ocena: 4+/6
Rok pierwszego wydania: 1970

Autobiograficzna opowieść Herriota o początkach jego pracy w zawodzie weterynarza. Młody James, zaraz po studiach, trafia do wioski Darrowby w Yorkshire w Szkocji. Są lata trzydzieste XX wieku, także opisywane realia już nieco odległe, ale warte poznania!
Szefem Jamesa zostaje roztrzepany doktor Sigfried Farnon, a do współpracy dołącza jego młodszy brat, leniwy wesołek Tristan. James kocha swoją pracę, uwielbia zwierzęta małe i duże, choć wykonanie niektórych czynności medycznych przysparza nieco problemów. Także kontakt z miejscowymi farmerami nie jest wolny od nieporozumień i kłopotów. Życie młodego lekarza obfituje w sytuacje zarówno śmieszne, kłopotliwe, jak i bardzo satysfakcjonujące.
Książka napisana jest w przeuroczy, lekki i pogodny sposób. Czyta się ją z wielką przyjemnością, a chwile z nią spędzone są bardzo relaksujące:) Nie jest to literatura wysokich lotów, ale swym humorem i stylem urzeka czytelnika. Może kartą przetargową Herriota jest prawdziwość tego, co opisuje? Szczegółowe relacje z zabiegów wykonywanych na zwierzętach bardziej wrażliwych czytelników mogłyby pewnie przyprawić o mdłości;)
Mnie klimat Darrowby i opisane relacje sąsiedzkie przypominały te z Avonlea czy Alabamy opisywanej przez panią Flagg:) Na kilka godzin przeniosłam się w magiczny, uroczy świat, którego mieszkańców miałam wrażenie, że znam od zawsze:)
Książka otwiera cykl "Wszystkie stworzenia małe i duże". Chętnie sięgnę po kolejne części dla poprawy nastroju :)

czwartek, 3 sierpnia 2017

"Miasto Śniących Książek" Walter Moers

Ocena: 4+/6
Rok pierwszego wydania: 2004


Wszystko zaczęło się od tego, że Dancelot Tokarz Sylab, ojciec poetycki Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów-umarł. Każdy mieszkaniec Twierdzy Smoków, gdy osiąga dojrzałość czytelniczą, dostaje od rodziców ojca poetyckiego, który jest odpowiedzialny za pisarskie wychowanie młodego dinozaura. Na łożu śmierci Dancelot przekazał swojemu podopiecznemu tajemniczy, acz doskonały rękopis, który jakiś czas wcześniej podarował mu pewien camoński pisarz spoza Twierdzy Smoków. Hildegunst obiecuje opiekunowi, że zapozna się z opowiadaniem, zdobędzie Orma (tajemniczą siłę przenikającą niektórych pisarzy w momentach najwyższego natchnienia) i wyruszy w podróż.
Skutkiem tego dotarł do Księgogrodu. "W Księgogrodzie znajdowało się ponad pięć tysięcy urzędowo zarejestrowanych antykwariatów i, szacunkowo, ponad tysiąc półlegalnych księgarenek, gdzie prócz książek oferowano napoje alkoholowe, tytoń, odurzające zioła i substancje, których używanie wzmagało podobno radość czytania i koncentrację. Istniała także niemal niezmierzona liczba "latających" handlarzy, którzy na regałach na kółkach, drewnianych wózkach, w torbach konduktorkach i na taczkach oferowali słowo drukowane w każdej możliwej formie. W Księgogrodzie istniało ponad sześćset wydawnictw, pięćdziesiąt pięć drukarni, tuzin młynów papierniczych oraz stale rosnąca liczba zakładów zajmujących się wytwarzaniem ołowianych liter drukarskich i czernidła drukarskiego. Były też sklepy oferujące tysiące różnorodnych zakładek do książek i naklejek z nazwiskiem właściciela (...)" (str30).
Czyż nie tak powinien wyglądać raj miłośników książek???
W Księgogrodzie były też Śniące Książki. "Tak w tym mieście nazywano antykwaryczne zasoby, ponieważ z handlowego punktu widzenia nie były one ani już naprawdę żywe, ani jeszcze całkiem martwe, znajdowały się bowiem w stanie przypominającym sen. (...) Jedynie książka chwycona poszukującą ręką i otwarta przez nią, książka zakupiona i wyniesiona stamtąd, mogła ożyć nowym życiem. I to było to, o czym śniły wszystkie te książki" (str. 32).
Walter Moers stworzył niesamowity, fantastyczny świat, w którym panują warunki tak dalekie od ideału, jak w świecie realnym. Wykreował mnóstwo dziwnych postaci o jeszcze dziwniejszych imionach, żyjących w miejscach o równie dziwacznych nazwach;) Mimo wielu pokus, czyhających na rozmiłowanych w książkach stworach, trzeba się strzec zagrożenia płynącego choćby z przeczytania Zatrutej Książki!
Głęboki ukłon w stronę wyobraźni autora!
Opowieść czyta się bardzo przyjemnie, choć chwilami można się pogubić w zmyślnych słowach-nazwach. Napisana jest prostym, ciut nawet infantylnym językiem. Autor stworzył klimat iście baśniowy, który na pewno zadowoli miłośników fantasy! Brak tu wartkiej akcji, opowieść snuje się wolno, leniwie wśród różnej maści stworów i książek. Pewnie wiele moli książkowych utożsami się z którymś z bohaterów;) Ja nie raz, jak narrator i równocześnie główny bohater, "musiałam oprzeć się pragnieniu zaatakowania pierwszej lepszej księgarni w szperania w księgach, ponieważ nie wyszłabym z niej do wieczora" ;)

środa, 2 sierpnia 2017

"Lolita" Vladimir Nabokov

Ocena: 4/6
Rok pierwszego wydania: 1955


Zdecydowanie te wakacje sprzyjają czytaniu powieści "niespiesznych", takich, w których forma idzie co najmniej w parze z treścią. Nadal uciekam od szybkiej akcji, trywialnych tematów, bestsellerów ostatnich tygodni i polskich lekkich powieści, których dziesiątki w tym samym stylu znajdzie się na księgarskich półkach.
Jakiś czas temu przez przypadek trafiłam na świetną recenzję "Lolity", wychwalającą piękny styl i kwiecisty język. Nie namyślając się długo, sięgnęłam po nią, tym bardziej, że znając jedynie ogólny zarys charakterystyki nimfetki, powieści nigdy wcześniej nie czytałam.
To rachunek sumienia? relacja? 40-letniego Humberta z romansu z 12-latką. Napisana rzeczywiście ładnie -  takie określenie najlepiej oddaje styl, słownictwo, poezję opisów. Jednak ostatnio przeczytany "Wilk stepowy" dość znacząco podniósł poprzeczkę i trudno będzie kolejnym książkom sprostać moim oczekiwaniom...
Z powieści wyłania się portret psychologiczny narratora, będącego równocześnie głównym bohaterem. Nie da się ukryć, że pisząc ten pamiętnik dla bliżej nieokreślonej ławy przysięgłych, stara się możliwie wybielić własne czyny, pięknie, wdzięcznie i subtelnie opisując swe uczucia do dziewczynki. Tu muszę przyznać, że nie raz z kartek książki słowa płynęły niczym  muzyka. Jednak nie dajmy się oszukać słówkom. Tak naprawdę to opis zachowań człowieka, którym kierowały jedynie żądze. Im podporządkował swoje życie i był skłonny zrobić dosłownie wszystko, by dać im upust. Także krzywdzić dziecko. Być może nad wyraz rozwinięte jak na swój wiek, być może zachowujące się wyzywająco, ale jednak dziecko, do którego głębokie uczucie Humbert deklarował. To jedynie kłamliwy, egoistyczny, zepsuty do szpiku kości pedofil i zwyrodnialec, który starał się przedstawić siebie jako czułego, troskliwego "tatusia", uwiedzionego przez małolatę.
Czytałam tę powieść głównie ze względu na język, jednak po jakimś czasie i piękne opisy zaczęły mnie nużyć. Mam wrażenie, że wraz z przerzucaniem kolejnych kartek stawały się coraz bardziej "zwyczajne". Męczyły skrajnie szczegółowe relacje Humberta, choćby z miejsc, w których się zatrzymywali w drodze przez Amerykę, opisy hotelowych pokoi itp. Pisząc ten pamiętnik, mężczyzna zdecydowanie skupiał się na drobnych szczegółach, nie na wydarzeniach, ale dzięki temu czytelnik dowiaduje się, co tak naprawdę było dla niego istotne, na co zwracał uwagę, co zapamiętał. Jednak patrząc z perspektywy, na całość powieści, forma zdecydowanie przerosła treść.
 Trafiłam na wydanie, w którym tłumacz nie pofatygował się przełożyć wielu zwrotów francuskich choćby w przypisach. Jako, że nie znam tego języka, drażniło mnie to.
Mimo wszystko warto było przeczytać. Dla pięknych opisów czułości, subtelnych obrazów namiętności. Nabokov jest mistrzem pióra! Pisze tak delikatnie o rzeczach niemoralnych, odrażających, że czytelnik nie nabiera jednoznacznie i odruchowo wstrętu do Humberta, choć opisana sytuacja zdecydowanie do tego skłania. Autor niesamowicie bawi się z czytelnikiem za pomocą słowa!
Warto też było przyjrzeć się złożonej osobowości tego typu bohatera.