czwartek, 14 grudnia 2017

"Wieści" William Wharton

Rok pierwszego wydania: 1987
Ocena: 3+/6


Za pasem kolejne Święta. Jak co roku, mam ochotę w tym okresie sięgnąć po książki o tematyce bożonarodzeniowej, ciepłe, urokliwe, magiczne. "Wieści" Whartona pamiętam sprzed wielu, wielu lat, jako powieść, której akcja dzieje się właśnie w czasie Bożego Narodzenia. Inne szczegóły zupełnie uleciały z mojej głowy.

Will, pięćdziesięciodwuletni nauczyciel, nieśmiały, skryty filozof, przyjeżdża do starego młyna na głębokiej francuskiej prowincji, by stworzyć w nim świąteczny klimat za pomocą gałązek ostrokrzewu i wielu czerwonego materiału. Nie jest to zadanie łatwe, biorąc pod uwagę bardzo spartańskie warunki i surową zimę za oknem. Ma tu spędzić te kilka wyjątkowych dni w roku ze swoją żoną (będą właśnie świętować trzydziestą rocznicę ślubu) i trójką z czwórki dorosłych dzieci.
Autor subtelnie i stopniowo wprowadza nas do rodziny Kellych. Poznajemy miejsce ich pobytu, zwyczaje, upodobania, codzienne czynności, ale także rodzinne tajemnice, konflikty. Nie jest to rodzina idealna, ale czy takie w ogóle istnieją?
Pierwszoosobowa narracja powoduje, że czytelnik może mieć wrażenie uczestniczenia w wydarzeniach i ciągłego obserwowania życia bohaterów. A okazji tych obserwacji Wharton dostarcza aż pod dostatkiem. Opisuje wszystko z wielką skrupulatnością i szczegółowością. Czasem aż przesadnie (jak choćby wizytę Willa w toalecie czy dokładny opis mycia się w misce).
Czy powieść zaspokoiła moje pragnienie odnalezienia świątecznego klimatu? W dużej mierze tak. Opisy są bardzo sugestywne, można bez mała poczuć zapach choinki i zimno panujące w młynie;) Dwudziestostopniowy mróz za oknem, mała lokalna społeczność, zakupy na targu.
Jednak ta szczegółowość, czytanie o każdym kroku bohaterów, każdym spojrzeniu, każdym ruchu-chwilami nuży.
Jest to na pewno lektura sprzyjająca wyciszeniu. Nie ma tu wartkiej akcji, momentów zwrotnych, wzlotów i upadków. Między kartkami snuje się zwyczajne życie zwyczajnych ludzi, zwyczajne radości i zwyczajne problemy, których doświadcza chyba większość z nas. To plus. Element, pozwalający na slow reading w tym zabieganym, przedświątecznym zamieszaniu.

wtorek, 21 listopada 2017

"Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" Katarzyna Kolska

Rok pierwszego wydania: 2011
Ocena: 5/6

Urodzenie, wychowywanie dziecka jest dla pary, małżeństwa naturalną potrzebą. Często warunkiem poczucia pełności rodziny. Jednak coraz więcej kobiet i mężczyzn ma problem z zajściem w ciążę i doczekaniem się potomstwa. Gdy mija kilka lat uciążliwych, bolesnych badań i terapii, odarcia z intymności, nadziei przeplatanej z rozpaczą, rodzi się pytanie: co dalej. Niektórzy rezygnują z posiadania dziecka, by swoje życie czynić pełnym i wartościowym na innych płaszczyznach. Jednak wiele serc jest tak pełnych rodzicielskiej, niespełnionej miłości, że budzi się w nich myśl o przyjęciu i pokochaniu obcego maleństwa. Myśl o adopcji.
Katarzyna Kolska przytacza wiele historii par, które zdecydowały się na tą drogę przyjęcia dziecka. Nie są to opowieści słodkie, pełne optymizmu i złudnych nadziei, że potem to już tylko "żyli długo i szczęśliwie". Bo tak nie jest. Wręcz uważam, że przedstawianie takiego obrazu kandydatom na rodziców zastępczych czy adopcyjnych jest oszustwem. Przedstawione w książce historie są bardzo realistyczne, prawdziwe. Autorka pisze w sposób  rzeczowy, zdystansowany, nie "gra" niepotrzebnie na emocjach czytelnika. Rodzice opowiadają o trudnych początkach wspólnej z dzieckiem drogi, o miłości, która wcale nie jest natychmiastowym wybuchem, a rodzi się stopniowo, o budowaniu więzi. O latach walki o "normalność", o rozwój i przyszłość. O tym, że dzieci adoptowane to nie aniołki z blond loczkami, a mali ludzie o pokiereszowanej przez dorosłych psychice, skrzywdzeni, porzuceni, nieufni. Często z różnego rodzaju deficytami, opóźnieniami w rozwoju, których nie widać w momencie adopcji, bo ujawniają się dopiero po latach.
Znajdziemy tu również historię kobiety, która była zabrana nastoletniej matce i oddana do adopcji ponad 40 lat temu. Oraz wypowiedzi matek, które z różnych względów musiały podjąć traumatyczną decyzję oddania dziecka obcym ludziom. Autorka zwraca uwagę na to, jak łatwo nam oceniać negatywnie takie postępowanie. Nie mamy wyobrażenia o tym, przed jak trudnym wyborem stają rodzice zmuszeni nie raz przez życie do oddania dziecka obcym ludziom...
To piękna, ważna książka, pisana w duchu chrześcijańskim (stąd brak poparcia np. dla in vitro, ale to nie jest temat, wokół którego toczą się opowieści). Uważam, że powinna być lekturą obowiązkową dla kandydatów na rodziców zastępczych i adopcyjnych. A rodzicom biologicznym, wychowującym swoje pociechy, uświadamia, jakiego cudu tak naprawdę doświadczają każdego dnia...

poniedziałek, 20 listopada 2017

"Najlepiej w życiu ma Twój kot. Listy" Wisława Szymborska, Kornel Filipowicz

Rok pierwszego wydania: 2016
Ocena: 4/6


Ona-poetka, noblistka, on-znany, choć niedoceniany pisarz. Poznali się gdzieś "przy okazji", w końcu należeli oboje do artystycznego, pisarskiego światka. Oboje - ludzie po przejściach. Ona po 40-tce, on dziesięć lat starszy. Stopniowo znajomość zaczęła się zacieśniać, stawać bardziej zażyła. Zostają parą, ale nietypową. Mimo, że uczucie połączyło ich na ponad dwadzieścia lat, nigdy nie zamieszkali razem. Byli jak dwie połówki jabłka, które się odnalazły. Mieli ten sam sposób patrzenia na świat, podobny rodzaj wrażliwości.
Dużo czasu spędzali w podróżach, dłuższych, krótszych, ona spędziła pół roku w sanatorium, on ma zwyczaj wyjeżdżać kilka razy w roku na biwak połączony z łowieniem ryb. Z każdego wyjazdu piszą do siebie. Czasem krótkie karteczki, czasem długie listy. O wszystkim, o codziennych sprawach, o życiu. Jedynie jeśli chodzi o uczucia, nie są w listach zbyt wylewni, ograniczają się do krótkich słówek (całuję, kochana) lub pojedynczych zdań (czekam na ciebie, tęsknię). Czasem prowadzą ze sobą grę, zabawę. Wcielają  się w hrabinę i jej plenipotenta, albo w niewykształcone osoby, piszące z koszmarnymi błędami, donoszące na tą drugą osobę. Niektóre listy opatrzone są rysuneczkami, kartki zdobywane czasem z trudem w różnych zakątkach Polski są świadectwem minionej epoki. Pierwsze listy zatytułowane per pan/pani, w kolejnych już zwracają się do siebie po imieniu, by w końcu dodawać do tych imion ciepłe przedrostki.
Czasem korespondencja jest bardzo częsta, listy wędrują dzień po dniu. Czasem następuje kilkumiesięczna przerwa. Nie wiadomo (trzeba by zagłębić się w jakąś dobrą biografię), co się działo między listami, kartkami. Trochę mi tej ciągłości zabrakło. Listy są jakby zawieszone w próżni. Ale taki zamysł i charakter tej książki.
To rodzaj nietypowego pamiętnika. Możliwość zajrzenia w życie prywatne tak wybitnych  ludzi. Niesamowite było dla mnie przyglądanie się charakterom ich pisma na fotografiach niektórych listów.
Po śmierci Filipowicza Szymborska napisała piękny, wymowny wiersz: "Kot w pustym mieszkaniu".

czwartek, 16 listopada 2017

"Tryptyk rzymski" Jan Paweł II

Rok pierwszego wydania: 2003
Ocena: 4+/6

Piękne, poetyckie medytacje na temat Księgi Rodzaju, Sądu Ostatecznego, przemijania. Rozważania mają charakter filozoficzny. Dotyczą człowieczeństwa, poszukiwania Boga, początku i końca ludzkiej egzystencji. Ciekawym elementem są nawiązania do przyrody.
To jak mowa duszy. Lek dla tych, którzy nie mogą się odnaleźć w świecie, szukają Źródła, chcą się zatrzymać i zadumać.
"Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków
Jeśli chcesz znaleźć źródło
musisz iść do góry, pod prąd.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj
wiesz, że ono musi tu gdzieś być.
Gdzie jesteś źródło?.."

"Jest życie po końcu świata" Joanna Kos-Krauze,

Rok pierwszego wydania:
Ocena: 5+/6


Nie jestem miłośniczką biografii celebrytów wydawanych w formie wywiadów-rzek, których sporo ostatnio na księgarskim rynku. Jednak tym razem skusiłam się kierowana tematyką rozmowy. Trafiłam na książkę rewelacyjną...
Ostatnie lata były bardzo trudne dla Joanny Kos-Krauze. Wieloletnia choroba męża Krzysztofa, będącego równocześnie jej partnerem zawodowym i jego śmierć. Ostatni film, który zaczęli produkować razem, a nad którym praca spadła głównie na nią. I wreszcie Rwanda po ludobójstwie, miejsce, w którym Joanna bywała często w ostatnim czasie, nie tylko ze względu na "Ptaki śpiewają w Kigali", ale także na przyjaciół, których tam ma.
Tych wszystkich traumatycznych wydarzeń dotyczy wywiad. Bardzo szczery. Z rozmowy wyłonił mi się obraz Joanny Kos Krauze jako osoby mądrej, zdystansowanej, pewnej swoich wyborów, decyzji.
To nie jest łatwa książka. Wiele w niej emocji, wyrażanych w oszczędnych słowach. Emocji, które udzielają się czytelnikowi. Które chwilami aż bolą.
Ale jest to też opowieść o życiu, po prostu. O poprzednich filmach, o ich genezie i przyjęciu przez opinię publiczną. O małżeństwie, rodzicielstwie, choć sprawy dotyczące innych są tylko wspomniane.
Ciekawa jest forma książki. Wywiad przeplata się z bardzo obrazowymi, koszmarnymi wręcz relacjami z wydarzeń w Rwandzie, komentarzami do filmów. Bardzo wymowny dla mnie jest brak jakichkolwiek zdjęć, co wyróżnia tą autobiografię od wielu innych. Co ciekawe, nie ma tu za bardzo powrotu do czasu dzieciństwa, autorki skupiły się zdecydowanie na konkretnym odcinku życia Joanny Kos-Krauze. 
To nie jest książka, którą można szybko przeczytać i równie szybko zapomnieć. To słowa, które przynoszą zadumę i zostają w pamięci na długo.
To chyba najlepsza pozycja, jaką przeczytałam w tym roku.

 "Każdy jest zagadką. Każdy ma w sobie jakiś brylant, tylko nie każdy pozwala mu błysnąć. Nie każdy jest gotowy do poświęceń i cierpienia, żeby dać swojej duszy głos" (str 154)

 " Samotność jest ceną niezależności. A niezależność oznacza zawsze jedno-wysoki poziom lęku, bo wiesz, że możesz się mylić, bo ufasz swojemu instynktowi, bo idziesz za swoją intuicją, czasami inaczej myślisz, masz inne zdanie, czasami jesteś zbyt asertywny, czasami zbyt agresywny, czasami przejmujesz sie czymś za bardzo. Ludzie podziwiają niezależnych, zazdroszczą im, ale robią wszystko, aby takimi nie być. Wtłaczają swoje życie w koleiny wyżłobione przez innych. Dlatego stawiane przez nas pytanie brzmi: ile energii człowiek jest gotów poświęcić, aby obronić swą nieszablonowość? Jaką zapłacić cenę?" (str 152)

środa, 15 listopada 2017

"Pokój" Emma Donoghue

Rok pierwszego wydania: 2010
Ocena: 4+/6


Pięcioletni Jack jest uwięziony ze swoją mamą w Pokoju, utworzonym w starej szopie. Tu się urodził. Pokój jest całym jego światem, a mama jedyną osobą, którą zna. Czasem w nocy pojawia się Stary Nick, ale Jack śpi wtedy w szafie (a przynajmniej udaje). To właśnie ten mężczyzna dostarcza im jedzenie i różne inne drobiazgi, o które proszą na Niedzielną Rozpustę. I tylko on zna kod do metalowych, dźwiękoszczelnych drzwi. Pokój wyłożony jest korkowymi płytami, które tłumią kroki. Ma tylko jedno okno w dachu, przez które widać kawałek nieba.
Mama Jacka została porwana i uwięziona przez psychopatę 7 lat temu. Pokój stał się całym światem dla niej i jej synka, któremu starała się stworzyć namiastkę normalności. Zdesperowana kobieta obmyśla plan ratunku, w którym głównym bohaterem jest Jack. Chłopcu udaje się wydostać i sprowadzić pomoc. Po opuszczeniu Pokoju oboje trafiają do kliniki psychiatrycznej. Próbują się odnaleźć w świecie, który dla Jacka jest czymś niesamowitym, nowym, zbyt zatłoczonym i hałaśliwym. Jednak trzeba spróbować żyć dalej...
Wstrząsająca opowieść, oparta na prawdziwej historii. Wydarzenia obserwujemy z punktu widzenia Jacka czyli pięciolatka. Dlatego i styl, i język dostosowane są do poziomu narratora.
Autorka bardzo wnikliwie opisała emocje obojga bohaterów, psychiczne urazy, jakich doznali przez lata odosobnienia. Świetnie przedstawiła też reakcje otoczenia na kobietę i dziecko (bliscy mieli problem z radzeniem sobie z Jackiem, brakowało im cierpliwości, by oswajać go z nowymi bodźcami. Społeczeństwo zaś traktowało oboje bez mała jak przybyszów z obcej planety, dziwolągi i niesamowite ciekawostki, na których oczywiście można zbić majątek...). Matczyna troska o jak najbardziej prawidłowy rozwój syna nie raz wzrusza i każe docenić to, w jakich warunkach możemy żyć.
Książkę czyta się błyskawicznie, trudno się oderwać zarówno od pierwszej części, w której poznajemy warunki panujące w Pokoju, rytm dnia Jacka i jego mamy, jak i drugiej, opowiadającej o ich wrażeniach po opuszczeniu więzienia.


piątek, 27 października 2017

"Dobranoc, kochanie" Dorothy Koomson

Rok pierwszego wydania: 2008
Ocena: 4+/6


Nova i Mal przyjaźnią się praktycznie od urodzenia. Mieszkają po sąsiedzku, rodzice dziewczynki wielokrotnie opiekowali się chłopcem w dramatycznych momentach jego rodzinnego życia. Jednak wraz z upływem czasu Nova i Mal nie zostają parą, jakby można się było tego spodziewać. Każde z nich wiąże się z innym partnerem. Mal żeni się ze Stephani, neurotyczką z tajemniczą przeszłością. Od początku znajomości wiadomo, że nie będą mieć dzieci, bo Steph jest bezpłodna. Po latach, gdy pragnienie bycia rodzicami staje się bardzo silne, małżonkowie proszą o pomoc Novę. Ma zostać zastępczą matką, urodzić im dziecko. Kobieta zgadza się przez wzgląd na przyjaźń.  Jednak w pewnym momencie Steph nieoczekiwanie  namawia męża do zerwania umowy. Dziecko zostaje z biologiczną mamą, a kontakt Novy i Mala urywa się. Do czasu tragedii. Chłopiec w wyniku pęknięcia tętniaka zapada w śpiączce, a jego życie jest zagrożone. Nova bije się z myślami, czy powinna zawiadomić Mala, dać mu szansę poznania syna.
Narracja prowadzona jest dwutorowo, opowieść Novy i Stephani przeplatają się. Stopniowo poznajemy tajemniczą przeszłość obu kobiet. Sytuacja, która na początku wydawała się prosta i oczywista, z każdą stroną się komplikuje, a czytelnik może na nią spoglądać w coraz to nowym świetle. Wydarzenia z przeszłości układają się niczym puzzle. Powieść chwyta za serce, budzi wiele emocji.
Minusem jest panujący chaos narracyjny i czasowy. Na początku każdego rozdziału trzeba się chwilę zastanowić, by zorientować się, kto jest narratorem tego fragmentu. Poza tym wiele zdarzeń miesza się chronologicznie. Czas teraźniejszy przeplatany jest wspomnieniami, i to raz z okresu młodości, raz dzieciństwa.
Akcja prowadzona jest wartko, ciekawie, autorka pozostawia wiele niedomówień, trzyma czytelnika w napięciu. Dzięki temu książkę czyta się szybko i z zainteresowaniem.

środa, 25 października 2017

"Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły" Mason Currey

Rok pierwszego wydania: 2013
Ocena: 3+/6


Autor zdradza we wstępie, jak powstała książka: był redaktorem w piśmie architektonicznym i miał za zadanie napisanie artykułu na jakiś nużący go temat. Z powodu tejże nudy szukał jak mógł zajęć zastępczych: kolejna kawa, porządki na biurku itd. W pewnym momencie wpadł na pomysł, by poszukać w internecie sposobów na zmobilizowanie się do pisania. Zaciekawiło go, jak pracują inni pisarze. A gdy trafił na pierwszych kilka wpisów na temat znanych osób i ich codziennych rytuałów owocujących wreszcie powstaniem obszernego, często kultowego dzieła, zaintrygował się tematem jeszcze bardziej. I tak zaczął zbierać informacje, na podstawie których powstała książka.
Temat jest ciekawy i można znaleźć tu kilka naprawdę zaskakujących informacji (jak choćby to, że Jane Austen kryła się z pisaniem powieści przed gośćmi i szybko ukrywała kartki, a A. Munro pisała opowiadania wychowując dwójkę małych dzieci i prowadząc dom-wykorzystywała na pracę cenne wolne chwile w trakcie drzemki dzieci albo wieczorami).
Jednak forma pozostawia wiele do życzenia. Jest to rzeczywiście wypis z różnych źródeł krótkich notek na temat tego, jakie codzienne zwyczaje związane z pracą mieli znani pisarze czy naukowcy. Są to naprawdę zwięzłe informacje, często danej osobie poświęcona jest niecała strona. A w całej niezbyt grubej pozycji mieści się ponad stu bohaterów. Na pewno autor poświęcił sporo czasu, wertując biografie i inne teksty źródłowe, których obszerna lista znajduje się na końcu książki (zainteresowani daną osobistością mają z czego korzystać!). I na pewno oszczędził mnóstwo czasu czytelnikowi, który do tylu wiadomości chciałby dotrzeć! Przez ciekawość można przeczytać, można przekartkować, można zapoznać się wyrywkowo z interesującymi nas postaciami. Ale czytanie "od deski do deski" jest nieco nużące, a ogromna ilość punktowych informacji w pewnym momencie zaczyna się mieszać (kto co robił?).

wtorek, 24 października 2017

"Podróż po miłość: Emilia" Dorota Ponińska

Rok pierwszego wydania: 2013
Ocena: 3+/6


XIX wiek, zabór rosyjski. Emilia jest uczennicą w żeńskim zakonie. Trafiła tu jako dziecko po śmierci matki i zsyłce ojca na Syberię. Zakon od dawna traktuje jak dom, mimo, że brak jej ciepła i uczuć ze strony opiekunek. W jej życiu następuje nagły zwrot. Krótko po tym, jak matka przełożona namawia ją na nowicjat i obiecuje w przyszłości zastąpienie jej na najwyższej pozycji w zakonie, Emilię odwiedza nieznajomy Tatar z wiadomością, ze jej ojciec żyje i przebywa w niewoli u indyjskiego księcia. Potrzebne są pieniądze na wykup. Emilia podejmuje bardzo trudną decyzję i wyrusza z Selimem na pomoc ojcu na Daleki Wschód. To początek wielu przygód, prowadzących do całkowitej zmiany życiowych planów.
Jak sugeruje już sam tytuł, głównym tematem powieści jest miłość. Jednak autorka bardzo ciekawie rysuje tło akcji. XIX wiek przeplata się z XIII, mamy okazję poznać wiele faktów i postaci z historii Dalekiego Wschodu. O ile dla mnie jest to temat i klimat zupełnie obcy, być może spodoba się osobom nim zainteresowanym.
Powieść napisana jest bardzo prostym językiem, stylem, co wg mnie mocno ją spłyca. Sprowadza ją do poziomu zwykłego czytadełka o miłości w różnych barwach i krajach. Ot lektura, którą się szybko czyta i pewnie dość szybko zapomina.
Szczerze chylę czoła przed wiedzą autorki na temat historii Dalekiego Wschodu i chęcią zapoznania z nią czytelnika w prosty i przystępny sposób.
To pierwsza część trylogii, jednak po kolejne na razie nie mam ochoty sięgać.

środa, 18 października 2017

"Buszujący w zbożu" J.D.Salinger

Rok pierwszego wydania: 1951
Ocena: 5/6


Szesnastoletni Holden po raz kolejny wylatuje ze szkoły. Od dawna mieszka w internatach, z dala od domu. Tym razem postanawia nie czekać, aż wiadomość na piśmie dotrze do rodziców  i przyjadą go odebrać, obdarzając po raz kolejny wymówkami. Dysponując pewną ilością gotówki, pakuje swoją walizkę i wyrusza do Nowego Jorku, by przetrwać tu te kilka dni przed powrotem do domu i sfrustrowanych rodziców. Jednak wbrew oczekiwaniom czytelnika Holden nie rzuca się na atrakcje oferowane przez metropolię. Pełen skrajnych emocji, na wszystko reaguje przesadnie. Szuka sensu w swoim życiu i stara się jakoś wypełnić pustkę, by nie poddać się myślom samobójczym.
Akcja powieści toczy się w niedługim okresie czasu. To monolog skierowany od głównego bohatera (równocześnie narratora) do czytelnika. Holden opowiada o teraźniejszości, ale wraca też do zdarzeń z przeszłości, wspomina różne osoby, w tym swoje rodzeństwo, z którym jest mocno związany.
Ale to przede wszystkim opowieść o samotności i zagubieniu nastolatka. O problemie z odnalezieniem się w świecie, o niezgodzie na wiele propagowanych wartości, na pochwalany styl życia.
Czytając książkę nie raz nawiedzała mnie myśl, że nastolatki są w większości takie same, bez względu na miejsce i czas. Wg mnie to lektura nie tylko dla licealistów, ale także dla ich rodziców.

piątek, 13 października 2017

"Z dala od zgiełku" Thomas Hardy

Rok pierwszego wydania: 1874
Ocena: 3+/6


Bathsheba Everdene dziedziczy farmę na angielskiej prowincji. Postanawia, że zajmie się nią sama, a za mąż wyjdzie tylko z wielkiej miłości. O jej rękę konkuruje trzech mężczyzn, wśród nich Gabriel Oak. Był ubogim farmerem, a kiedy stracił stado owiec, został pasterzem. Towarzyszył Bathshebie w wielu trudnych sytuacjach, połączyła ich przyjaźń, z której wreszcie narodziła się w sercu kobiety miłość.
Autor świetnie nakreślił postać samodzielnej, wyemancypowanej kobiety. W XIX-wiecznej Anglii taka postawa niewiasty na pewno nie była popularna. Dziś Bathsheba byłaby na pewno nazwana feministką.
To klasyczna opowieść o miłości. O dwóch zagubionych duszach, które krążąc wokół siebie i nie chcąc nazwać swoich uczuć, wreszcie się odnajdują. Niestety (dla mnie), praktycznie tylko o miłości.
Nie przypadł mi do gustu styl, jakim powieść jest napisana. Zdania są bardzo proste, chwilami mieszają się użyte w nich czasy. Akcja przeskakuje nie raz z wydarzenia na wydarzenie, skupiając się tylko na relacjach między młodymi, a pomijając wszelkie inne aspekty życia.
Od dawna chciałam przeczytać tę książkę i cieszę się, że po nią sięgnęłam, jako kolejną przedstawicielkę angielskiej klasyki. Jednak Hardy'emu daleko do Austen czy sióstr Bronte...

czwartek, 12 października 2017

"Mądrzy rodzice, mądre dzieciaki. Garść rad nepokornego belfra" Jolanta Kucharczyk

Rok pierwszego wydania: 2013
Ocena: 4+/6


Zbiór krótkich tekstów, felietonów na różne tematy dotyczące wychowania dzieci, rodzicielstwa, macierzyństwa. Autorka pisze o sprawach, które wydają się oczywiste, a jednak wciąż zapominane. Jak choćby to, że dzieci są nam "dane" tylko na chwilę, są gośćmi w naszym domu, ukochanymi, mile widzianymi, czasem uciążliwymi;) ale tylko gośćmi, którzy wcześniej czy później wyjdą i pójdą do swojego świata. Rolą rodzica jest wyposażyć je w takie umiejętności, które pozwolą  na szczęśliwe, wartościowe życie. I nie powinni tego oddawać nikomu innemu. Bo to ich dzieci, wychowywane wg ich wartości.
Jak pisze autorka: "Dziecko to nie choroba. Nie ma na nie lekarstwa. Żadne rady, poradniki i filmy nie zawierają na nie recepty.". Dlatego rola rodzica nie należy do łatwych. Za to łatwo się w niej zatracić, zapomnieć o sobie, swoich pasjach, współmałżonku, innym niż wokółdziecięcy świecie. Stąd rodzi się rozpacz, gdy dziecko opuszcza dom. Zostaje pustka. 
Pani Kucharczyk nie teoretyzuje, pisze o swoich doświadczeniach matki dwóch synów (w tym jeden po ciężkim wypadku), zastępczego opiekuna siostrzeńców po śmierci ich mamy, nauczyciela. To wartościowe przemyślenia, niby proste  i oczywiste, a jednak nie raz każące się zastanowić, jak daleko jest moja macierzyńska codzienność od tych oczywistości teoretycznych w mojej głowie...
Pozycja bardzo dobra, dużo wnosząca mimo swej niewielkiej objętości i prostoty. A może dzięki niej właśnie, bo zamiast na zawiłościach językowych czy teoretyczno-naukowych można skupić się na własnych przemyśleniach wynikających z lektury.

środa, 11 października 2017

"Burza w mózgu nastolatka. Potencjał okresu dojrzewania" Daniel Siegel

Rok pierwszego wydania:2014
Ocena: 4/6

Jak trudno jest żyć z nastolatkiem pod jednym dachem, wie pewnie każdy rodzic dziecka w tym wieku;) Huśtawki nastroju, szalone pomysły, awantury, pierwsze miłości...
Autor książki obala w niej pewne mity dotyczące tego okresu w życiu każdego człowieka. Przede wszystkim "winą" za wszelkie nowe zachowania "obciąża" mózg i jego przebudowę, a nie buzujące hormony. Przekonuje też, że wszelkie działania nastolatka, choćby dziś spędzały sen z powiek rodzicom, mają zdecydowanie cel: nabywanie ważnych umiejętności niezbędnych do usamodzielnienia się, wypracowywanie strategii radzenia sobie z wyzwaniami świata.
Książka podzielona jest na kilka części. Pierwsza z nich dotyczy głównie relacji z dorosłymi, tego, jak zachowania nastolatka odbierają rodzice, co wynika z modeli wychowawczych, jaki potencjał kryje się w młodym człowieku i jak się do tego można ustosunkować.
Druga część skupia się na budowie i przebudowie mózgu. Dezintegracją mózgu autor tłumaczy wiele utrudniających rodzinne życie problemów.W tym okresie następuje też zwiększona aktywność ośrodka dopaminowego, co objawia się dążeniem do nagrody bez względu na konsekwencje. Pociąga to za sobą choćby ryzykowne zachowania czy nie zawsze logiczne decyzje.
Część trzecia dotyczy bliskich relacji i bezpieczeństwa lub jego braku, jakie z nich wynikają. Autor sięga tu również do doświadczeń dorosłych, zachęca do zajrzenia w przeszłość, do własnych lat dziecięcych i relacji z własnymi rodzicami. Pokazuje, jak dany model przywiązania wpłynął na rozwój mózgu. Przekonuje, że warto zrozumieć swoje doświadczenia życiowe i ewentualnie zmienić swój model przywiązania na bezpieczny, niezależnie od wieku, by dać swoim dzieciom bezpieczną bazę startową. Prowadzić do tego ma proces autorefleksji, omawiany w książce.
Część czwarta to typowe sytuacje, które mają miejsce w życiu dorastającej młodzieży (autor obejmuje pojęciem dorastania wiek od 12 do 24 lat jako okres przebudowy mózgu): wyprowadzka z domu (choćby na studia), pierwsze miłości, dojrzewanie płciowe itd. Pokazuje, z czego mogą wynikać obawy młodego człowieka i jak sobie z nimi radzić za pomocą technik psychowzroczności.
Każda z części kończy się kilkustronicowymi propozycjami ćwiczeń psychowzroczności. Jest to pojęcie podobne do poznanych przeze mnie niedawno technik ACT, o których pisałam.
Książka jest wg mnie napisana nie najgorzej. Dużo tu informacji teoretycznych, dotyczących budowy mózgu i wynikających z tego konsekwencji. Jednak te elementy są dość chaotyczne przemieszane z pojęciami psychologicznymi (więzi, lęki itp). Jeśli chodzi o omawiane praktyczne techniki radzenia sobie z emocjami, to po książce Smitha trudno będzie mi znaleźć coś równie dobrego:)

poniedziałek, 2 października 2017

"Brudna robota: Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości" Kristin Kimball

Rok pierwszego wydania: 2011
Ocena: 5/6


Autobiograficzna opowieść o tym, jak można zmienić swoje życie o 180 stopni podążając za głosem serca.
Kristin jest typową singielką, hedonistką z NY. Ma trzydzieści kilka lat, wynajmuje małe mieszkanko w centrum miasta, wieczory spędza w knajpkach ze znajomymi i jak sama mówi, nie ma zasad moralnych. Gdy jedzie na spotkanie z Markiem, młodym farmerem, by zrobić o nim reportaż, nawet nie wie, że wydarzenie to tak diametralnie odmieni jej życie. Kristin porzuca NY by u boku świeżo poznanego mężczyzny wyruszyć na amerykańską prowincję i spełnić wraz z nim marzenie o samowystarczalnej farmie. Założenie jest takie, że farma dostarczy wszystkiego, co potrzebne do życia jego mieszkańcom oraz okolicznym mieszkańcom, którzy wykupią abonament na roczne dostawy ekologicznej żywności. W książce Autorka opisuje pierwszy, najtrudniejszy rok zmagań z nowym życiem.
Przyznam, że czytałam opowieść w wielkim zadziwieniu, przede wszystkim dla poczynań Kristin. Nie dość, że zdecydowała się na życie z mężczyzną, którego na dobrą sprawę prawie nie znała, wyjechała z nim na koniec świata i zdała tylko na niego, to jeszcze była gotowa zamienić swój ekskluzywny nowojorski styl na obcowanie z gnojem, użeranie się ze zwierzętami, trwanie w nieogrzewanym domu w siarczyste mrozy itd. Nie raz wątpiła w sens swojego wyboru, tym bardziej, że nie znalazła ani zrozumienia, ani wsparcia w oczach najbliższej rodziny. Jak sama przyznawała nie raz, nie była nawet pewna, czy Mark jest człowiekiem o zdrowych zmysłach, choćby wtedy, gdy podczas pomieszkiwania u jego rodziców przed znalezieniem farmy zbudował toaletę z wiadra i torfu i ustawił ją...na środku pokoju. Przyszło jej żyć z fanatykiem, apodyktycznym i ekscentrycznym, sfokusowanym jedynie na realizacji swojego zamierzenia. Jednak był w stanie zaoferować jej coś, co rekompensowało wszelkie wady. Swoją wiarą w to, co robi, pewnością i siłą był dla Kristin buforem, kompasem i oparciem. Na farmie odkryła swoje prawdziwe pragnienia i wartości. Zagorzała nowojorska wegetarianka błyskawicznie porzuciła swoje upodobania i rozsmakowała się w wątrobie jelenia, fantastycznie przyrządzonej przez Marka. Zrozumiała, że samodzielne wyhodowanie, wyprodukowanie jedzenia daje poczucie wielkiego bogactwa. Poczuła więź z naturą, odnalazła sens życia zgodny z porami roku i  rytmem przyrody. A przede wszystkim znalazła zasady, którymi mogła się kierować.

Opowieść napisana jest bardzo szczerze, prostym, inteligentnym stylem. Autorka nie ubarwia i nie wydelikaca twardej, chwilami brutalnej rzeczywistości życia na farmie (choćby szczegółowy opis stanu krowiego ucha, odgryzionego przez psa, zabijanie i oprawianie zwierząt itd.). Dzięki temu pozwala czytelnikowi wejść w swój świat ze wszystkimi jego kolorami i zastanowić się nad szczerością i prawdziwością własnych wyborów i wartości...
Książkę podarowała mi Modraszka, wielka miłośniczka i propagatorka życia w stylu slow, autorka bloga o życiu blisko natury. Bardzo jej za nią dziękuję, gdyż na kilkanaście wieczorów mogłam się przenieść w zupełnie inny świat, daleki od wielkomiejskiego pędu, jakże często prowadzącego donikąd. I utwierdzić w wegetarianizmie;)

czwartek, 28 września 2017

"Bari, syn Szarej Wilczycy" J.O. Curwood

Rok pierwszego wydania: 1917
Ocena: 4/6


To kontynuacja powieści Curwooda o Szarej Wilczycy, jednak każda z części może być czytana niezależnie.
Bari jest wilkiem, jednak w jego żyłach płynie także krew psa. I to właśnie ta domieszka budzi w nim potrzebę przywiązania, hamuje lęk przed człowiekiem. Jako małe szczenię, Bari oddala się od legowiska, gubi w lesie, wiele tygodni spędza walcząc samotnie o przetrwanie. Aż wreszcie spotyka Nepeese, młodziutką pół- Indiankę. Między nimi nawiązuje się silna więź, która po kilku miesiącach przyczyni się do uratowania życia dziewczyny.
Curwood był wielkim miłośnikiem i znawcą przyrody, co daje się odczuć na każdej stronie powieści. Wędrował samotnie  przez dzikie tereny północnej Ameryki i Kanady, poznawał twarde życie traperów i poszukiwaczy złota, podpatrywał życie zwierząt. Przygody Bariego i Nepeese są owocem tych wędrówek. Opisy pięknej przyrody i zwyczajów bobrów czy niedźwiedzi przeplatają się z brutalnością, do jakiej skłonny jest żądny władzy, pieniędzy i kobiety mężczyzna.
Opowieść o wilku i jego towarzyszce, choć chwilami pełna grozy i zła, snuje się spokojnie i wolno wśród dzikich lasów Dalekiej Północy. Pozwala się przenieść w czasie i przestrzeni.

wtorek, 26 września 2017

"W pułapce myśli. Jak skutecznie poradzić sobie z depresją, stresem i lękiem" S. Smith, S,Hayes

Rok pierwszego wydania: 2016
Ocena: 5+/6


ACT to Terapia Akceptacji i Zaangażowania. Jej celem jest wzmacnianie elastyczności psychologicznej czyli zdolności do zauważania i reagowania na własne myśli, odczucia, wspomnienia w sposób pozwalający na życie zgodne z własnymi wartościami i celami. Ma doprowadzić do podwyższenia jakości życia i uporania się z problemami zarówno u osób przeżywających trudny okres w życiu, borykających się z lękami czy depresją, uzależnieniami, przewlekłym bólem, jak i tych, którzy chcą trenować swój umysł.
Wielu z nas bezskutecznie przez wiele lat walczy z negatywnymi odczuciami, emocjami czy wspomnieniami, by móc żyć pełnią życia. Najczęściej sięgamy po znane sposoby, starając się wypierać to, co powoduje psychiczny ból lub unikając trudnych sytuacji. Nasze życie traci jednak na wartości, nie jest takie, jakie mogłoby być. Autorzy proponują coś całkiem innego: namierz swoje odczucia, myśli, które mają na ciebie negatywny wpływ. Nie uciekaj od nich. Nie analizuj. Po prostu bądź ich świadom, przypatrz się im z boku, a potem...zaangażuj się w to, co jest ważne tu i teraz!
Książka napisana jest w bardzo ciekawy sposób. Najpierw w przystępnych słowach autorzy wyjaśniają, jak funkcjonuje umysł. Teorię popierają wieloma praktycznymi ćwiczeniami, których wykonanie (do czego cały czas namawiają) rzeczywiście odkrywa przed czytelnikiem tajniki i zaskakujące schematy działania umysłu. Kolejne rozdziały to podpowiedzi technik obserwacji własnych myśli i odczuć, zarówno psychicznych jak i fizycznych, które znów praktycznie mają doprowadzić do zmiany nawyków i w efekcie wyższej, bardziej satysfakcjonującej jakości życia. Uważność i akceptacja pozwalają na podążanie w wybranym przez siebie kierunku, zamiast skupiania się na negatywnych odczuciach.
Dla mnie książka była niezwykle ciekawym odkryciem. Przystępny język i bardzo praktyczne podejście do tematu sprawiały, że czytałam ją z wielką przyjemnością i zaangażowaniem.

poniedziałek, 25 września 2017

" Wstań i jedź!. Niemożliwe jest osiągalne" Małgorzata Krasoń, Łukasz Krasoń

Rok pierwszego wydania:
Ocena: 5/6


Historia Gosi i Łukasza jest niezwykła. Ona - zakompleksiona, zagubiona dziewczyna, nie wierząca w siebie i nie lubiąca siebie, niosąca na plecach ciężki bagaż doświadczeń z dzieciństwa. On - od dzieciństwa chory na dystrofię mięśniową, od lat poruszający się tylko na wózku, zależny od innych nawet w najprostszych codziennych czynnościach. Poznali się przypadkiem, w sieci. Zaprzyjaźnili i pokochali. I podjęli szaloną decyzję: chcą spędzić razem resztę życia!
Łukasz, urodzony marzyciel, przekonany, że "chcieć to móc" nawet mając ciało odmawiające współpracy, uczy swego optymizmu Gosię. Ona, w pełni sprawna fizycznie, staje się jego przewodniczką i opiekunką w realiach codzienności. Razem zaczęli spełniać swoje marzenia, które "zwykłemu" człowiekowi wydają się po prostu nierealne. Zamieszkali sami w Hiszpanii, zorganizowali projekt "wstań i jedź" - przejechali z konwojem na specjalnym rowerze 2500 km by w dużych miastach Polski opowiadać swoją historię i motywować innych do spełniania marzeń. Mimo barier, ogromnego wysiłku, zmagania się ze swoimi słabościami - są niepokonani!
W książce swoją opowieścią i konkretnymi radami motywują czytelników, by uwierzyli, że wiele w ich życiu zależy od nich samych. Większość z nas ma marzenia, małe i duże, jednak tak niewielu robi pierwszy (i każdy kolejny) krok, by je realizować. Popadamy w marazm, budujemy wokół siebie mury, coraz wyższe i coraz trudniejsze do przekroczenia. Myślimy, że nic dobrego nas już nie czeka, nie warto marzyć, planować, wyjść ze strefy własnego komfortu.  Gosia i Łukasz przekonują, że nie trzeba być idealnym, żeby być szczęśliwym. Nie oszukują, że wszystko stanie się "samo", ale zachęcają do pracy nad sobą, do mierzenia się ze słabościami, kreowania swoich pozytywnych myśli. By iść coraz odważniej i sięgać coraz wyżej:)
Ta na pozór krucha, drobna dziewczyna ma w sobie niesamowitą siłę, by dzień po dniu iść naprzód w tym niezwykłym tandemie. Ten schorowany chłopak, który sam nie może podnieść nawet szklanki z herbatą, ma taką moc w swoich słowach, że jest w stanie kruszyć skały złych myśli w duszach i umysłach innych.
Łukasz odkrył w międzyczasie swoje powołanie, został mówcą motywacyjnym i wygłasza prelekcje dla bardzo zróżnicowanego audytorium.
Książka napisana jest przejrzyście, prostym, obrazowym językiem, przez co ma szanse dotrzeć do każdego czytelnika. Równocześnie wypowiedzi Gosi i Łukasza nie są nachalne, stanowią raczej zbiór własnych doświadczeń, obraz tego, jak oni budowali swoją samoświadomość oraz podpowiedzi, jak można czerpać radość z codzienności i znajdować szczęście w zwyczajnym życiu. Dla każdego, kto jest zainteresowany bliższym kontaktem czy pomocą, pozostają do dyspozycji w internecie.

sobota, 9 września 2017

Plany i wyzwanie - własna półka

W ciągu ostatnich kilku miesięcy znacząco zmniejszyła się ilość zachomikowanych w biblionetkowym schowku tytułów, określonych jako "poszukiwane". A to oznacza, że udało mi się znaleźć w bibliotece wiele książek, które już od dawna chciałam przeczytać.
Wraz z końcem wakacji, a nawet niestety lata, którego tak naprawdę było bardzo mało, dojrzałam po raz kolejny do powrotu do własnej biblioteczki. Po raz kolejny sama sobie rzucam wyzwanie: przez kolejne miesiące czytać książki jedynie z własnej półki. Nie przynosić nic z bibliotek, nie kupować nic nowego. Rok temu wytrwałam chyba tylko półtora miesiąca. Ale kilka pozycji własnych wreszcie doczekało się swojej chwili:)
Moje półki z książkami pękają w szwach, są na niej przedstawicielki różnych gatunków, wagi i grubości. Znajdzie się na nich coś na jesienną chandrę, coś z klasyki, coś z dawnych szkolnych lektur, coś poważnego i coś lekkiego. Warto zapoznać się z powieściami kupowanymi pod wpływem chwili, nastroju, leżakującymi czasem latami, pełnymi kurzu, ale i tymi pachnącymi nowością:)
Do dzieła:)
Ciekawe, ile się uda w tym roku:)

1.  "Wstań i jedź" 
2. "W pułapce myśli "
3. "Bari, syn Szarej Wilczycy"

czwartek, 7 września 2017

"Irena" Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska

Rok pierwszego wydania: 2012
Ocena: 3+/6



Trzy pokolenia kobiet. Irena-80-letnia, świeżo upieczona wdowa, przyszywana ciotka i babcia dwóch pozostałych. Zawsze rozsądna, opanowana, pełna życiowej mądrości. Dorota-50+, chaotyczna, roztrzepana, od niedawna właścicielka własnego biznesu. Jagoda-25+, córka Doroty, zapracowana menadżerka z korporacji, zżyta ze swoją firmą, wydaje się zadowolona z pracy i swojego  życia, koordynatorka wszystkiego, nie raz  czuje się jak matka swojej matki...
Bohaterki poznajemy w momencie śmierci Felka, męża Ireny, z którą wprawdzie byli jak ogień i woda, ale jednak kochali się bardzo. Dorocie zastępował dawno zmarłego ojca, a dla Jagody był jak najlepszy dziadek.
Powieść to obraz relacji między matką i córką, między małżonkami, relacji nie tylko rodzinnych. Pełnych niełatwych emocji, bolesnych wspomnień i oczekiwań wobec tej drugiej strony, braku zrozumienia, rozczarowania, cienia dawnej tajemnicy. Gorzki chwilami obraz współczesnego świata korporacji, ale i zagubionych kobiet, które kiedyś oddały swoje życie dzieciom, a potem zostały same, bez pracy, zainteresowań, swoich wartości...
W sumie nie wiem, czemu tytuł brzmi Irena, bo o Irenie w tej powieści jest najmniej. Może dlatego, że w niej jest najwięcej życiowej mądrości, którą "karmi" Jagodę i Dorotę w chwilach kryzysów i nie tylko?
Narracja prowadzona jest dwutorowo, na przemian poznajemy punkt widzenia Doroty i Jagody. Różne spojrzenia na tą samą sytuację, na współczesny świat, życie.
Co mnie nieco uwierało, to język, jakim autorka się posługuje. Nie lubię w powieściach słówek typu siema,  no to nara, kolnę wieczorem. Tak mam. I chyba dlatego coraz mniej mi po drodze ze współczesnymi polskimi pisarkami, starającymi się być cool, wyluzowanymi kumpelami czytelniczek. Jednak tutaj współczesny język młodych ludzi można uznać za element podkreślał dzielący pokolenia przepaść.

środa, 6 września 2017

"Cześć, co słychać?" Magdalena Witkiewicz

Rok pierwszego wydania: 2016
Ocena: 4,5/6


Pomimo rozczarowania "Pracownią dobrych myśli" postanowiłam dać jeszcze jedną szansę pani Witkiewicz.  Tym razem się nie zawiodłam!
Zuza, główna bohaterka i narratorka "Cześć..." znajduje się w połowie życia, czyli u progu czterdziestki. Dom, dwie córeczki, ten sam od piętnastu lat mąż, udane małżeństwo, zdrowie, praca, czy można chcieć czegoś więcej? Zuza była pewna, że ma wszystko, co jej do szczęścia potrzebne. Do czasu spotkania z trzema przyjaciółkami z okazji dwudziestolecia matury. W czasie wspominek wypłynęła postać Pawła, wielkiej miłości licealnej Zuzy. Kobieta wróciła pamięcią do tamtego okresu, pełnego emocji, pierwszych pocałunków, odnalazła stare listy i postanowiła odezwać się do Pawła na FB. Od tego momentu, od tytułowego: cześć, co słychać? zaczyna się niebezpieczna gra. Zuza chce tylko znów poczuć motyle w brzuchu, przekonać się, że nie jest jeszcze za stara, że życie jeszcze sie nie skończyło. Jednak stawka, którą ryzykuje, jest bardzo wysoka...Przy okazji kobieta rozlicza się sama przed sobą z wielkiej i tragicznej tajemnicy, którą przez dwadzieścia lat wypychała ze świadomości, a która tak naprawdę cały czas ciążyła nad jej życiem i niszczyła psychikę.
Bardzo dobra powieść o psychice, pragnieniach dojrzałej kobiety, która z jednej strony ma ciężko wypracowany spokój i stabilizację, z drugiej-marzenia, by odżyła młodość.
Na usta cisną się słowa krytyki, na jakie zasługiwało zachowanie Zuzy, tym bardziej, kiedy czytelnik dowiaduje się o dawnych zachowaniach Pawła. Jednak czy tak naprawdę w duszy wielu z nas nie czai się marzenie o takim adoratorze, który wniesie trochę świeżości, uwielbienia i tych motyli w szarą monotonię codzienności? Autorka bardzo ciekawie i rozsądnie prowadzi czytelnika do odpowiedzi, czy warto igrać z ogniem i podpalać fajerwerki dla krótkiego, choćby najpiękniejszego pokazu...

wtorek, 5 września 2017

"Kochanek Lady Chatterley" D.H. Lawrence

Rok pierwszego wydania: 1928
Ocena: 3/6


Młodziutka Konstancja Chatterley wiedzie spokojne, poukładane życie u boku męża-kaleki. Jedyne, czego jej brakuje, to rosnąca potrzeba bliskości z mężczyzną. Coraz bardziej skupiona na swojej kobiecości, przystaje na propozycję męża, by nie rezygnowała z tej strefy życia i znalazła sobie kochanka. Lady Chatterley nawiązuje romans, czysto fizyczny, z gajowym, człowiekiem bardzo prostym, z niższej klasy społecznej.
Wszelkie reklamy powieści podkreślają obecność w niej skandalizujących scen erotycznych. Rzeczywiście, zachowania głównych bohaterów, dialogi-przeczą ówczesnej pruderyjności angielskich wyższych sfer. Jednak nie one stanowią trzon. To raczej opisy zderzenia klas społecznych wysuwają się na pierwszy plan. Bogata, znudzona życiem arystokracja kontra ubodzy górnicy, robotnicy, zdeterminowani, często zgorzkniali, prości.
Powieść nie zachwyca swą formą. Językowo można ją wręcz uznać za całkiem słabą. Warto przebrnąć, by po raz kolejny przyjrzeć się relacjom społecznych Anglii z przełomu XIX i XX wieku.

poniedziałek, 4 września 2017

"Pracownia dobrych myśli" Magdalena Witkiewicz

Rok pierwszego wydania: 2016
Ocena: 2/6

Kamienica przy ulicy Przytulnej 26, należała kiedyś do pani Pelagii, która miała na dole swoją pracownię krawiecką. Wszem i wobec było wiadomo, że suknie ślubne przez nią uszyte są gwarantem szczęścia małżeńskiego. Po jej śmierci pracownię odziedziczyła jej córka Grażyna, ekscentryczna artystka i wnuk Florian,który właśnie porzucił studia inżynieryjne by zając się florystyką. W ten sposób chce, podobnie jak babcia, uszczęśliwiać ludzi.
Autorka stworzyła w swej powieści poczet ciekawych osobowości bohaterów. Oprócz Grażyny i Floriana w kamienicy mieszka od wielu lat sędziwa staruszka, której głównym zajęciem jest wylegiwanie się na poduszce w oknie i zbieranie wszelkich plotek oraz oglądanie nocnych reality show z sąsiadem Zbyszkiem. Wprowadza się tu Giga, młoda dziewczyna, nieco już rozczarowana ludźmi i światem, która właśnie w miasteczku znalazła pracę marzeń.
Jednak powieść jest dla mnie koszmarnie płytka i mdła. Tego, ze nie będzie jakimś ambitnym dziełem-spodziewałam się, jednak oczekiwałam klimatu bardziej jak na ulicy Staromiejskiej, rękodzieła, ciepełka. A zderzyłam się z nudą, małomiasteczkowym zamiłowaniem do plotek i robieniem sensacji z niczego. Nawet tej przytulności jakoś nie odczułam!
Jedyne, bo bardzo mi się podoba, to okładka. Dokładnie oddająca opis kamienicy przy ulicy Przytulnej:)

sobota, 2 września 2017

"Dom w Ulsan czyli nasze Rozlewisko: Korea Południowa oczami ekspata" M. Kalicińska, V.Miller

Rok pierwszego wydania: 2016
Ocena: 4/6


Małgorzata Kalicińska-kobieta na zakręcie i Vlad Miller-ekspat, samotny z daleka od kraju z rodziny. Poznali się w internecie. Coraz lepiej im się rozmawiało. Wreszcie spotkali się na żywo, w Poznaniu, uznali, że to jednak "to" i wreszcie pisarka po 14-godzinnym locie wylądowała w Ulsan, koreańskim mieście portowym, do którego miała wracać kilkakrotnie na sześć miesięcy w roku.
W pięknie wydanej (National Geographic) książce oboje opisują, jak się poznali, jak najpierw Siwy, a potem Małgorzata znaleźli się w Korei Południowej, a potem...o życiu. O codzienności, pracy w stoczni, zakupach, kuchni i wycieczkach. Przytaczają też wiele ciekawostek.
Tekst opatrzony jest mnóstwem pięknych zdjęć.
Czyta się lekko i przyjemnie. To nie jest typowy reportaż o danym kraju, to nie relacja podróżnika, a subiektywna opowieść zwyczajnych ludzi, którzy wiodą całkiem zwyczajne życie na drugim końcu świata. 

czwartek, 31 sierpnia 2017

"Zaklinacz słów" Shirin Kader

Rok pierwszego wydania:
Ocena: 4/6


Nina zostaje przyjęta na studia doktoranckie w The School of Oriental and African Studies. Wyjeżdża do Londynu i zamieszkuje przy Portobello Road. Aby dorobić do skromnego stypendium, zaczyna pracę w znanej kawiarni El Khima, odieedzanej przez zafascynowanych Orientem studentów, arabską bohemę, artystów, dziennikarzy i emigrantów.
Pewnego dnia w kawiarni pojawia się na gościnnym występie tajemniczy hakawaticzyli bajarz, zajmujący ważne miejsce w kulturze arabskiej. Zwraca uwagę swoim czarującym głosem i opowiadaną historią. Okazuje się, że mieszka blisko Niny. Dość szybko dziewczyna wprowadza się do mężczyzny, znacznie od niej starszego (tu następuje przeskok w czasie i przemilczenie, jak doszło do zacieśnienia znajomości).

Oboje postanawiają wspólnie  szukać historii wśród mieszkających w Londynie emigrantów, artystów, nędzarzy i ulicznych kloszardów. Szybko okazuje się, że Gabriel jest zaklinaczem słów, ma zdolność odmieniania ludzkich losów po wysłuchaniu ich historii. Wraz z parą bohaterów poznajemy wiele tajemniczych, baśniowych, czasem strasznych i demonicznych ludzkich opowieści.
Pewnego dnia Gabriel znika, tak samo tajemniczo, jak tajemniczo żył. Okazuje się, że nikt z pytanych przez policję nie pamięta już jego twarzy, nikt nie zna jego przeszłości, jakby wymazał się z pamięci.
Zauroczyła mnie okładka książki. A treść...spodziewałam się czegoś nieco innego. Na pewno opowieść jest bardzo baśniowa, nierealna,  nawiązująca silnie do Orientu, przepojona mistycyzmem, dżinami... Niezaprzeczalnie będzie nie lada gratką i smakowitą ucztą dla miłośników takiego klimatu.
Co ciekawe, imię i nazwisko autorki to pseudonim pisarski mieszkanki Lublina. Oczywiście miłośniczki krajów Dalekiego Wschodu i Baśni z tysiąca i jednej nocy:)

środa, 30 sierpnia 2017

"Siddhartha" Hermann Hesse

Rok pierwszego wydania: 1922
Ocena: 5/6

.Syn bramina, młody Siddhartha, szuka sensu życia, własnej drogi, gdyż "nie znajdował radości we własnym sercu". Zostaje ascetą-samaną. "Siddhartha miał przed sobą tylko jeden cel: wyzbyć sę wszystkiego, wyzbyć się pragnień, wyzbyć się marzeń, wyzbyć się radości i cierpienia. Obumrzeć dla samego siebie, wyzbyć się siebie, znaleźć spokój w opustoszałym sercu, zapomnieć o samym sobie i otorzyć się na cud-oto, do czego dążył. Kiedy jaźń zostanie pokonana i umrze, kiedy ucichną wszelkie zapały i drgnienia serca, musi obudzić się to coś ostatecznego, ten rdzeń istnienia, który nie jest już jaźnią, ta wielka tajemnica". Następnie, zakochany w pięknej kurtyzanie zatrudnia się jako pomocnik kupca. Korzysta tu z bogactw i uroków życia, jednak i one nie dają mu na dłużej poczucia szczęścia. "Wówczas na chwilę uświadomił sobie, iż wiedzie oto jakieś dziwne życie, iż to, co robi, jest tylko czczą zabawą, prawdziwe życie zaś przepływa mimo niego i nie tyka go".
"Przez wszystkie te lata, sam sobie nie zdając z tego sprawy, tęsknił i robił, co mógł, by stać się człowiekiem, jak większość innych (...) i przy tym jego życie było daleko nędzniejsze i nieszczęśliwsze niż ich, bo nie mógł uznać za swoje ich celów, ani ich trosk".
"Wszystko to nie było warte jego spojrzenia, wszystko kłamało, wszystko cuchnęło, cuchnęło kłamstwem, udawało sens, szczęście, piękno, a kryło w sobie zgniliznę. Świat smakował gorzko. Życie było udręką."
Wreszcie zostaje pomocnikiem przewoźnika przez rzekę, wraca do życia w wyciszeniu i skromności. Słyszy rzekę, przez ludzi odbierany jest jako oświecony mędrzec.
Rewelacyjna opowieść dla wszystkich, którzy szukają sensu życia. Skarbnica ponadczasowych myśli. Filozofia życia wpleciona w indyjski świat. Piękny język, na którym dusza płynie jak na fali.


wtorek, 29 sierpnia 2017

Rozpowszechanie czytelnictwa

W moim dużym mieście nie wiedzieć czemu akcja wymiany książek czyli bookcrossing  mocno kuleje. Było kilka miejsc z półkami na książki, jednak te albo się tam w ogóle nie pojawiały, a jeśli już to takie, na które nikt nawet nie chciał spojrzeć...Półki znikały jedna po drugiej:(
Ostatnio wybraliśmy się na wycieczkę do Konstancina Jeziornej i oto jaki wspaniały, arcyciekawy widok ucieszył me oko:


Niezmiernie zaskoczona i zaciekawiona weszłam do środka. Książki, które tam ujrzałam, naprawdę warte były przygarnięcia, przeczytania. Co więcej, do budki co chwila ktoś wchodzi, przeglądał, wychodził z lekturą w dłoni. Pojawiła się również para starszych ludzi, z ogromną torbą, z której wypakowali na półki całe stosy różnej maści czytadeł!
Niech inne miasta i miasteczka biorą przykład! Czyżby naprawdę tak mało osób czytało, że takie miejsce to ewenement?

"W 80 dni dookoła świata" Juliusz Verne

Rok pierwszego wydania: 1872
Ocena: 4/6


Fileas Fogg to przykład angielskiego dżentelmena-ideału. Perfekcjonista, bardzo elegancki, zawsze punktualny, żyje wg ściśle określonego schematu, każdy dzień ma ten sam plan. Wiódł życie samotne, nieco monotonne (ale nie przeszkadzało mu to), aż do momentu, kiedy w ekskluzywnym klubie, do którego należał, podjął wyzwanie. Założył się z kolegami o dużą sumę pieniędzy, że w 80 dni okrąży kulę ziemską korzystając z różnych środków transportu. Fogg wyrusza w podróż w towarzystwie wiernego sługi Passepartouta. Po piętach depcze mu angielski detektyw, przekonany, że Fogg jest złodziejem zamieszanym w kradzież dużej sumy pieniędzy w banku.
Mężczyźni przeżywają różne przygody, wędrując od kraju do kraju. Nie da się nie zauważyć, że na drodze ich podróży znajdują się kolonie angielskie, o których autor miał dużo szczegółowych informacji, które zgrabnie umieścił w powieści.
Jako, że już główny bohater został obdarzony flegmatycznym charakterem, cała opowieść również snuje się dość wolno i majestatycznie. Mimo, że panu Foggowi nie raz grozi przegranie zakładu ze względu na niezależne od niego opóźnienia w podróży, jest to opisane w taki sposób, że na pewno nie wytrąci czytelnika ze stanu błogiego spokoju.
Kolejna lektura w stylu slow, którą bardzo przyjemnie czytało mi się tego lata.

sobota, 26 sierpnia 2017

"Zaplątana miłość. Stacja Jagodno" Karolina Wilczyńska

Rok pierwszego wydania: 2015
Ocena: 4/6


Zarówno okładka, tytuł, jak i podtytuł tej powieści bardzo mnie zmyliły. Wskazywały na typowy w ostatnich latach schemat: młoda kobieta, zawiedziona w miłości, bez pracy, ucieka z miasta na wieś i tam wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienia się na lepsze. Nic z tych rzeczy!
Tamara jest samotną matką nastolatki. Dużo pracuje jako specjalista od PR, aby móc opłacić córce lekcje tańca i zaspokoić jej potrzeby. 16-letnia Marysia właśnie rozpoczęła naukę w angielskojęzycznym liceum w Kielcach. Poznała nowe towarzystwo. Pod wpływem koleżanek i dużo starszego Oskara, z którym zaczęła się spotykać z cichej myszki stała się zbuntowaną, wymalowaną nastolatką w miniówie i na szpilkach. Szkoła zaczyna ją przerastać, ale ona coraz mniej przejmuje się słabymi ocenami, zauroczona tajemniczym chłopakiem. Zapracowana matka nie zauważa zmian w zachowaniu córki, a może woli ich nie widzieć. I ona próbuje sobie ułożyć jeszcze raz prywatne życie. Od wielu lat samotna, sama ze wszystkimi problemami, nie ma w nikim oparcia.
Przy okazji jednej z kampanii przedwyborczej dowiaduje się o tajemniczej staruszce-Marciszowej ze wsi Borowa pod Jagodnem, z którą jakoby miały ją łączyć więzy rodzinne. Jednak matka Tamary zdecydowanie zaprzecza tym informacjom. Mimo wszystko kobieta dąży do poznania przesympatycznej babci Róży, w której odnajduje mądre, ciepłe wsparcie. Potrzebne zwłaszcza w chwili tragedii, gdy świat zarówno Tamary, jak i Marysi wali się w gruzy. Zagubione we wzajemnych relacjach matka i córka postanawiają skorzystać z zaproszenia Marciszowej i w trakcie ferii w Borowej rozsupłaćswoją zaplątaną miłość.
To powieść przede wszystkim o relacji matki i córki, w różnych pokoleniach. O zabieganiu i zagubieniu we współczesnym świecie. O mądrości życiowej. Dużo w niej gorzkiej prawdy, problemów. Na szczęście jest i happy end. Jednak rodzinna tajemnica nie zostaje tu wyjaśniona. Trzeba pewnie na to poczekać do kolejnej części cyklu Stacja Jagodno.
Zdecydowanie większość akcji dzieje się w Kielcach, do Borowej Tamara wpada tylko w chwilach słabości, smutku i rozpaczy, by wtulić się w ramiona babci Róży. Dlatego tytuł serii nieco myli. Zdecydowanie nie pasuje mi do treści również sielankowy letni krajobraz z okładki (akcja dzieje się od października do lutego) i młoda, rozmarzona twarz kobiety, tak daleka od opisywanych emocji Tamary...Ale być może jest to chwyt reklamowy, wg mnie większość czytadeł z ostatnich lat ma bardzo zbliżone okładki...
Powieść dużo lepsza i poważniejsza niż można sądzić na pierwszy rzut oka.

czwartek, 24 sierpnia 2017

"Szeptucha"Katarzyna Berenika Miszczuk

Rok pierwszego wydania: 2016
Ocena: 3/6


XXI wiek. Jednak po tym, jak dawno temu Miszko I nie przyjął chrztu, w naszym kraju nadal panuje pogaństwo. Polska jest Królestwem, jednym z najpotężniejszych w Europie, rządzonym przez Mieszka XII . Bezrobocie bliskie zera, bogactwo...
Gosława, zwana zdrobniale Gosią, właśnie skończyła studia medyczne. Teraz pora na kolejny krok-praktyki u szeptuchy. Dziewczyna ma się na nich nauczyć wielu przydatnych umiejętności, od udzielania pierwszej pomocy przed przybyciem karetki przez rozpoznawanie roślin leczniczych i robienie z nich mikstur, umiejętność przetrwania w lesie po rozpoznawanie gatunków węży i ich ukąszeń. Wcale nie jest z tego powodu szczęśliwa. Gosia to typowy mieszczuch, uwielbia wybetonowaną Warszawę, nie cierpi natury, panicznie boi się kleszczy, a o roślinach nie ma zielonego pojęcia. Jednak nie ma wyjścia, bez praktyki się nie obędzie. Dlatego wyrusza do podkieleckiej wioski, gdzie pod okiem Baby Jagi poznaje tajniki fachu szeptuchy, ale i wiele słowiańskich tradycji.
To trochę taki misz masz. Z jednej strony telefony komórkowe, internet, kina, z drugiej-święte drzewa, gusła, oddawanie czci bożkom...Zamiast Wielkanocy, obchodzonej w Europie-Jare Święto, w którego pierwszą noc na Łysej Górze spotykają się okoliczne szeptuchy i wróżowie. Słowiańskie imiona: Mieszko, Sława, Weles na tle XXI-wiecznych wynalazków.
Lekkie, przyjemne, chwilami śmieszne, jednak niezbyt wysokich lotów czytadełko, idealne na wakacje i chwile bezmyślnego relaksu;)

środa, 23 sierpnia 2017

"Steczkowscy" Agata Steczkowska, Beata Nowicka

Rok pierwszego wydania: 2017
Ocena: 4/6


To nie tylko opowieść o dziejach rodziny Steczkowskich. To opowieść o wielkiej miłości i o odwadze. O decyzjach i ich konsekwencjach. Po trosze o KK w Polsce. I świecie muzykujących rodzin.
Agata Steczkowska, najstarsza z dziewięciorga dzieci, w prosty i pozbawiony emocji sposób opowiada o swoich bliskich. Bez sięgania w intymne zakamarki duszy i życia kogokolwiek. Bez oceniania. A można by oceniać. Bo ojciec dziewięciorga dzieci, mąż, głowa rodziny, był kiedyś księdzem. Z wielkiego powołania. Księdzem, który spotkał swoją wielką, ziemską miłość. Który czuł się odpowiedzialny za pojawiające się na świecie dzieci, za swoją nową rodzinę. Człowiekiem, który miał odwagę sprzeciwić się tradycji, regułom. Odszedł z kościoła. Jednak Kościół Katolicki takiej zdrady łatwo nie daruje. Przez trzydzieści lat zatruwał życie Stanisławowi, nie zważając na nic i na nikogo.
To także opowieść o kobiecie, żonie, matce, która wytrwała przy swej miłości, mimo wszystkich przeciwności. Kobiecie, która będąc w ciąży z księdzem, z mężczyzną swojego życia, została wyklęta przez swoją rodzinę. Mogła liczyć tylko na siebie.
To temat, historia, która na pewno zdarzyła się nie tylko Steczkowskim. Ale ich córka, w hołdzie złożonym rodzicom, odważyła się ją opowiedzieć.
 Książka jest zapisem wspomnień autorek, ale i wielu postronnych osób, przyjaciół, dawnych znajomych, fragmentów listów.

czwartek, 17 sierpnia 2017

"Biały Kieł" Jack London

Rok pierwszego wydania: 1906
Ocena: 4/6


Koniec XIX wieku. W Ameryce trwa gorączka złota.
Choć Biały Kieł był wilkiem, w jego żyłach płynęła też krew psa. Nie miał zbyt udanego dzieciństwa, często cierpiał głód i musiał walczyć o przetrwanie. Dalsze lata też nie należały do udanych. Z jednej strony do głosu dochodziła dzika natura, z drugiej-wierność wobec człowieka. Wreszcie za przyczyną opiekuna-bestii Biały Kieł stał się uosobieniem nienawiści, do wszystkich i wszystkiego. Został psem przeznaczonym do walk, psem-mordercą. Uratowany przed człowiekiem przez człowieka, stał się najwierniejszym towarzyszem i obrońcą.
Wnioskując z licznych recenzji i opisów, powieść ma drugie dno, filozoficzno-poglądowe. Dla mnie jest to jednak piękna opowieść o przyrodzie, naturze zwierząt, o wierności i przyjaźni psa i człowieka. O okrucieństwie, jakie drzemie w człowieku i o tym, jak sprzyjające warunki zewnętrzne potrafią je obudzić.  Nie wnikałam w głębsze pokłady, tym bardziej, że udało mi się przeczytać książkę w oryginale.
Nie ma tu zbyt wartkiej akcji, zaskakujących wydarzeń. Jest przede wszystkim piękna, dzika przyroda. I to mnie urzekło.

środa, 16 sierpnia 2017

Lato to czas....

... kolorów




























... wypraw w nieznane














...spotkań z bliskimi


...poznawania nowych przyjaciół

...podróży małych i dużych


















I oczywiście czytania książek!!!

niedziela, 13 sierpnia 2017

"Prawidła życia" Janusz Korczak

Rok pierwszego wydania: 1930
Ocena: 5/6


Stosunkowo niedawno dziecko zaczęto traktować jak człowieka. Z jego prawami, potrzebami, odrębnością.
Janusz Korczak, wychowawca nietuzinkowy, nowatorski, rewolucyjny jak na swoje czasy, już w 1930 roku pisał o tym, jakie są dzieci, jakie mają potrzeby, jak się czują w świecie dorosłych. O tym, że dziewczynki są inne od chłopców, że nikt nie jest gorszy, że trzeba się wzajemnie szanować.Pisał o domu, o rodzicach, o rodzinie, o szkole, o ulicy, o przyjaźni, o zabawie.
To, o czym psychologowie mówią głośno od niedawna, Korczak wiedział już prawie 100 lat temu! Okazuje się, że tak modne w ostatnich latach trendy, szeroko propagowane na parentingowych blogach, w gazetach dla rodziców, w wypowiedziach gwiazd czy psychologów dziecięcych, były mu znane już tak dawno! Tyle, że wtedy nie było chętnych do ich wdrażania...
Okazuje się, że choć zmieniły się czasy, choć teraz dzieci wychowywane są w komfortowych warunkach, mają wszystko, to ich psychika i podstawowe potrzeby nie zmieniły się! Warto zadać sobie pytanie: czy dzięki temu rozwojowi, jaki przeszedł świat w ostatnich stu latach, dzieci stały się szczęśliwsze?
Bardzo, bardzo polecam książkę wychowawcom, nauczycielom, rodzicom, wszystkim, którzy mają do czynienia z dziećmi. Wprawdzie sam Autor kierował swoje słowa do dzieci, to wg mnie dorośli mogą z nich wynieść bardzo wiele! A Prawidła podane są w sposób bardzo prosty, bez tak popularnego dziś "przegadania", "lania wody", moralizowania i poczucia odkrywania prawd o randze światowej! Konkretnie, jasno i bardzo mądrze.

sobota, 12 sierpnia 2017

"Dogonić rozwiane marzenia" Elizabeth Flock

 Rok pierwszego wydania: 2009
Ocena: 3/6


Dawno temu marzeniem Samanthy było założenie rodziny i wychowywanie dzieci. Teraz, po wielu latach, spełnione marzenie przerodziło się w monotonną, nużącą rutynę. Z mężem są sobie coraz bardziej obojętni. Najstarsza córka, 16-letnia Cammy, przysparza wielu kłopotów w domu i w szkole. Bunt okresu dojrzewania potęguje fakt, że dziewczyna wie o tym, że jest adoptowana i nie pasuje do reszty rodziny...
Powieść jest zapisem przeplatających się zapisków matki i córki. Każda z nich na swój sposób szuka sensu życia. Każda z nich nie jest szczęśliwa i próbuje jakoś zagłuszyć swoją samotność. Prowadzi to do złych, wręcz tragicznych rozwiązań. Starsza z pań wikła się w romans, młodsza-wpada w złe towarzystwo. Nie potrafią znaleźć drogi do siebie, oddalają się coraz bardziej...
Sięgnęłam po tę książkę skuszona tematem adopcji, który od dawna mnie interesuje. Jednak znalazłam tu formę typowo amerykańską. I typowo amerykańskie realia, jednak dość dalekie od tych rodzimych...Temat został wg mnie potraktowany powierzchownie, schematycznie.

piątek, 11 sierpnia 2017

"Małe kobietki" Louisa May Alcott

Rok pierwszego wydania: 1868
Ocena: 3+/6


Opowieść o losach czterech sióstr żyjących w Nowej Anglii w czasie wojny secesyjnej. Każda z nich prezentuje inny typ, inny charakter, tak, że każdy czytelnik (a raczej młoda czytelniczka) może się z którąś z nich identyfikować. Margaret, najstarsza, szesnastolatka, piękna, delikatna. Piętnastoletnia Jo -wysoka, chuda, niezbyt urodziwa, przypominała rozbrykane źrebię, zawsze rozwichrzona; żałowała, że staje się kobietą, bo zdecydowanie wolałaby być chłopcem. Trzynastoletnia Elizabeth - delikatna, łagodna, nazywana przez ojca Maleńką Ciszą, żyjąca w swoim szczęśliwym świecie. Amy-najmłodsza, uważała się za najważniejszą; młoda dama o złotych lokach i błękitnych oczach, zawsze dbająca o maniery.
Dziewczęta nie są zamożne, ich ojciec bierze udział w wojnie, matka stara się utrzymywać rodzinę. Po tym, jak rodzice stracili większość majątku próbując pomóc nieuczciwemu przyjacielowi, dwie najstarsze córki zajęły się pracą odpowiednią do ich wieku i możliwości, by wspomóc finansowo rodzinę. Choć wszystkie cztery nie raz w skrytości ducha zazdroszczą koleżankom posiadanych rzeczy, starają się doceniać to co mają i cieszyć życiem takim, jakie przyszło im wieść. Tylko czasami zdarza im się narzekać na "ciężary", jakie przyszło im dźwigać na młodych ramionach, jak choćby dotrzymywanie towarzystwa starej ciotce, czy zmywanie naczyń;)
Na kartach książki poznajemy codzienność panienek, ich młodzieńcze przygody i troski.Przy okazji obserwujemy w tle warunki życia ówczesnej Nowej Anglii.
Powieść jest wg mnie bardzo dziewczęca, skierowana do ówczesnych dorastających panienek z dobrych domów. Pełna dydaktyzmu, moralizatorstwa, starająca się wychowywać czytelniczki w duchu dobroci, łagodności, dobrych manier. Pokazuje, jak być dobrą córką, żoną i matką. Zachowanie czterech sióstr nie raz wydawało mi się pompatyczne i sztuczne. A do kompletu idealna mama!
Atutem jest ciepło, które bije z opisów i duża ilość dialogów, dzięki którym czyta się szybko. Mnie zachwyciło wydanie (MUZA SA i Klub Świat Książki z 1999r), które znalazłam w bibliotece. Duży format, spora czcionka i mnóstwo, mnóstwo ilustracji! Zarówno nawiązujących do tekstu, jak i związanych z daną epoką, opatrzonych dodatkowo krótkimi opisami na szerokich marginesach. Ryciny, akwarelki, portrety, widoczki...Tak, to wydanie to perełka!
Jednak poczułam się "zbyt stara" na tą powieść. A wątpię, żeby współczesne nastolatki, nawet te młodsze, zaczytywały się opowieścią o Meg i jej siostrach, napisaną w tak przesłodzony i pompatyczny sposób...

wtorek, 8 sierpnia 2017

"Jeśli tylko potrafiłyby mówić" James Herriot

Ocena: 4+/6
Rok pierwszego wydania: 1970

Autobiograficzna opowieść Herriota o początkach jego pracy w zawodzie weterynarza. Młody James, zaraz po studiach, trafia do wioski Darrowby w Yorkshire w Szkocji. Są lata trzydzieste XX wieku, także opisywane realia już nieco odległe, ale warte poznania!
Szefem Jamesa zostaje roztrzepany doktor Sigfried Farnon, a do współpracy dołącza jego młodszy brat, leniwy wesołek Tristan. James kocha swoją pracę, uwielbia zwierzęta małe i duże, choć wykonanie niektórych czynności medycznych przysparza nieco problemów. Także kontakt z miejscowymi farmerami nie jest wolny od nieporozumień i kłopotów. Życie młodego lekarza obfituje w sytuacje zarówno śmieszne, kłopotliwe, jak i bardzo satysfakcjonujące.
Książka napisana jest w przeuroczy, lekki i pogodny sposób. Czyta się ją z wielką przyjemnością, a chwile z nią spędzone są bardzo relaksujące:) Nie jest to literatura wysokich lotów, ale swym humorem i stylem urzeka czytelnika. Może kartą przetargową Herriota jest prawdziwość tego, co opisuje? Szczegółowe relacje z zabiegów wykonywanych na zwierzętach bardziej wrażliwych czytelników mogłyby pewnie przyprawić o mdłości;)
Mnie klimat Darrowby i opisane relacje sąsiedzkie przypominały te z Avonlea czy Alabamy opisywanej przez panią Flagg:) Na kilka godzin przeniosłam się w magiczny, uroczy świat, którego mieszkańców miałam wrażenie, że znam od zawsze:)
Książka otwiera cykl "Wszystkie stworzenia małe i duże". Chętnie sięgnę po kolejne części dla poprawy nastroju :)

czwartek, 3 sierpnia 2017

"Miasto Śniących Książek" Walter Moers

Ocena: 4+/6
Rok pierwszego wydania: 2004


Wszystko zaczęło się od tego, że Dancelot Tokarz Sylab, ojciec poetycki Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów-umarł. Każdy mieszkaniec Twierdzy Smoków, gdy osiąga dojrzałość czytelniczą, dostaje od rodziców ojca poetyckiego, który jest odpowiedzialny za pisarskie wychowanie młodego dinozaura. Na łożu śmierci Dancelot przekazał swojemu podopiecznemu tajemniczy, acz doskonały rękopis, który jakiś czas wcześniej podarował mu pewien camoński pisarz spoza Twierdzy Smoków. Hildegunst obiecuje opiekunowi, że zapozna się z opowiadaniem, zdobędzie Orma (tajemniczą siłę przenikającą niektórych pisarzy w momentach najwyższego natchnienia) i wyruszy w podróż.
Skutkiem tego dotarł do Księgogrodu. "W Księgogrodzie znajdowało się ponad pięć tysięcy urzędowo zarejestrowanych antykwariatów i, szacunkowo, ponad tysiąc półlegalnych księgarenek, gdzie prócz książek oferowano napoje alkoholowe, tytoń, odurzające zioła i substancje, których używanie wzmagało podobno radość czytania i koncentrację. Istniała także niemal niezmierzona liczba "latających" handlarzy, którzy na regałach na kółkach, drewnianych wózkach, w torbach konduktorkach i na taczkach oferowali słowo drukowane w każdej możliwej formie. W Księgogrodzie istniało ponad sześćset wydawnictw, pięćdziesiąt pięć drukarni, tuzin młynów papierniczych oraz stale rosnąca liczba zakładów zajmujących się wytwarzaniem ołowianych liter drukarskich i czernidła drukarskiego. Były też sklepy oferujące tysiące różnorodnych zakładek do książek i naklejek z nazwiskiem właściciela (...)" (str30).
Czyż nie tak powinien wyglądać raj miłośników książek???
W Księgogrodzie były też Śniące Książki. "Tak w tym mieście nazywano antykwaryczne zasoby, ponieważ z handlowego punktu widzenia nie były one ani już naprawdę żywe, ani jeszcze całkiem martwe, znajdowały się bowiem w stanie przypominającym sen. (...) Jedynie książka chwycona poszukującą ręką i otwarta przez nią, książka zakupiona i wyniesiona stamtąd, mogła ożyć nowym życiem. I to było to, o czym śniły wszystkie te książki" (str. 32).
Walter Moers stworzył niesamowity, fantastyczny świat, w którym panują warunki tak dalekie od ideału, jak w świecie realnym. Wykreował mnóstwo dziwnych postaci o jeszcze dziwniejszych imionach, żyjących w miejscach o równie dziwacznych nazwach;) Mimo wielu pokus, czyhających na rozmiłowanych w książkach stworach, trzeba się strzec zagrożenia płynącego choćby z przeczytania Zatrutej Książki!
Głęboki ukłon w stronę wyobraźni autora!
Opowieść czyta się bardzo przyjemnie, choć chwilami można się pogubić w zmyślnych słowach-nazwach. Napisana jest prostym, ciut nawet infantylnym językiem. Autor stworzył klimat iście baśniowy, który na pewno zadowoli miłośników fantasy! Brak tu wartkiej akcji, opowieść snuje się wolno, leniwie wśród różnej maści stworów i książek. Pewnie wiele moli książkowych utożsami się z którymś z bohaterów;) Ja nie raz, jak narrator i równocześnie główny bohater, "musiałam oprzeć się pragnieniu zaatakowania pierwszej lepszej księgarni w szperania w księgach, ponieważ nie wyszłabym z niej do wieczora" ;)

środa, 2 sierpnia 2017

"Lolita" Vladimir Nabokov

Ocena: 4/6
Rok pierwszego wydania: 1955


Zdecydowanie te wakacje sprzyjają czytaniu powieści "niespiesznych", takich, w których forma idzie co najmniej w parze z treścią. Nadal uciekam od szybkiej akcji, trywialnych tematów, bestsellerów ostatnich tygodni i polskich lekkich powieści, których dziesiątki w tym samym stylu znajdzie się na księgarskich półkach.
Jakiś czas temu przez przypadek trafiłam na świetną recenzję "Lolity", wychwalającą piękny styl i kwiecisty język. Nie namyślając się długo, sięgnęłam po nią, tym bardziej, że znając jedynie ogólny zarys charakterystyki nimfetki, powieści nigdy wcześniej nie czytałam.
To rachunek sumienia? relacja? 40-letniego Humberta z romansu z 12-latką. Napisana rzeczywiście ładnie -  takie określenie najlepiej oddaje styl, słownictwo, poezję opisów. Jednak ostatnio przeczytany "Wilk stepowy" dość znacząco podniósł poprzeczkę i trudno będzie kolejnym książkom sprostać moim oczekiwaniom...
Z powieści wyłania się portret psychologiczny narratora, będącego równocześnie głównym bohaterem. Nie da się ukryć, że pisząc ten pamiętnik dla bliżej nieokreślonej ławy przysięgłych, stara się możliwie wybielić własne czyny, pięknie, wdzięcznie i subtelnie opisując swe uczucia do dziewczynki. Tu muszę przyznać, że nie raz z kartek książki słowa płynęły niczym  muzyka. Jednak nie dajmy się oszukać słówkom. Tak naprawdę to opis zachowań człowieka, którym kierowały jedynie żądze. Im podporządkował swoje życie i był skłonny zrobić dosłownie wszystko, by dać im upust. Także krzywdzić dziecko. Być może nad wyraz rozwinięte jak na swój wiek, być może zachowujące się wyzywająco, ale jednak dziecko, do którego głębokie uczucie Humbert deklarował. To jedynie kłamliwy, egoistyczny, zepsuty do szpiku kości pedofil i zwyrodnialec, który starał się przedstawić siebie jako czułego, troskliwego "tatusia", uwiedzionego przez małolatę.
Czytałam tę powieść głównie ze względu na język, jednak po jakimś czasie i piękne opisy zaczęły mnie nużyć. Mam wrażenie, że wraz z przerzucaniem kolejnych kartek stawały się coraz bardziej "zwyczajne". Męczyły skrajnie szczegółowe relacje Humberta, choćby z miejsc, w których się zatrzymywali w drodze przez Amerykę, opisy hotelowych pokoi itp. Pisząc ten pamiętnik, mężczyzna zdecydowanie skupiał się na drobnych szczegółach, nie na wydarzeniach, ale dzięki temu czytelnik dowiaduje się, co tak naprawdę było dla niego istotne, na co zwracał uwagę, co zapamiętał. Jednak patrząc z perspektywy, na całość powieści, forma zdecydowanie przerosła treść.
 Trafiłam na wydanie, w którym tłumacz nie pofatygował się przełożyć wielu zwrotów francuskich choćby w przypisach. Jako, że nie znam tego języka, drażniło mnie to.
Mimo wszystko warto było przeczytać. Dla pięknych opisów czułości, subtelnych obrazów namiętności. Nabokov jest mistrzem pióra! Pisze tak delikatnie o rzeczach niemoralnych, odrażających, że czytelnik nie nabiera jednoznacznie i odruchowo wstrętu do Humberta, choć opisana sytuacja zdecydowanie do tego skłania. Autor niesamowicie bawi się z czytelnikiem za pomocą słowa!
Warto też było przyjrzeć się złożonej osobowości tego typu bohatera.

piątek, 28 lipca 2017

"Tego lata w Zawrociu" Hanna Kowalewska


Ocena: 4+/6
Rok pierwszego wydania: 1998


Książkę czytałam już kilka lat temu. Pamiętałam raczej tylko wrażenie, raczej pozytywne, z fabuły-niewiele. Gdy zobaczyłam w księgarni kolejne wznowienie, przypomniało mi się o tym tytule i z ciekawości, jakie tym razem zrobi na mnie wrażenie-przyniosłam z biblioteki.
To książka-puzzle. Z kawałków układamy rodzinną historię.
Matylda, 30-latka, mieszkanka "dziupli" na ostatnim piętrze bloku z wielkiej płyty w dużym mieście, dostaje w spadku po babce dom-siedlisko na prowincji. Dlaczego akurat ona? Pytanie tym bardziej ważne, że wiele lat temu babka wyrzekła się swojej córki i wnuczki, przez co Matylda widziała ją tylko raz w życiu i praktycznie nie znała. Dopiero teraz, z zapisków babki i małomiasteczkowych znajomości, układa obraz przeszłości. Wyłania się z niej postać bardzo kontrowersyjna, która miała odwagę być inna niż wszyscy, miała swoje poglądy, tajemnice i grzechy. Do tego Matylda-osoba o różnych obliczach, zaskakująca.
Powieść zbudowana z pytań. Pisana w formie monologu skierowanego do zmarłej ofiarodawczyni, jako kontynuacja dziennika prowadzonego przez babkę Aleksandrę.Wyjątkowo wnikliwe, bystre spojrzenie na rzeczywistość , świetna analiza psychiki człowieka. Bohaterowie, którzy są tak naprawdę antypatyczni, egoistyczni. Odrzucenie miłości dla ambicji. A to wszystko napisane językiem bardzo plastycznym, poetyckim, bez zbędnego rozwadniania, słodzenia. Prawdziwa uczta!
Jedyny mój zarzut, to nieco momentami nużące powtórzenia, te same pytania zadawane wielokrotnie i brak odpowiedzi na nie. Odpowiedzi wyłaniają się stopniowo, w miarę upływu akcji.
Powieść ma kontynuację w kilku kolejnych częściach. Pewnie stopniowo będę po nie sięgać.

wtorek, 25 lipca 2017

"Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" Andrzej Stasiuk

Ocena: 4/6
Rok pierwszego wydania: 2013


Zbiór krótkich felietonów na temat podróży, które autor ma już za sobą. Opowiastki o polskich drogach, stepach i mrozach dalekiego wschodu. O lotniskach, dworcach, żebrakach. Przepojone melancholią. Autor patrzy na zjawiska i poznanych ludzi w sposób bardzo realistyczny. Opisuje biedę, smród, brzydotę, tandetę świata stworzonego przez człowieka. I pochyla się nad pięknem natury. Wyłuskuje niuanse. Prostym językiem pisze o szczegółach każdego miejsca, które jest warte wspomnienia.
Teksty ukazywały się już wcześniej w różnych czasopismach.