środa, 21 października 2026

"Wielkie nadzieje" Charles Dickens

 Rok pierwszego wydania: 1860

Ocena: 5/6

"Wielkie nadzieje" zaczęłam czytać wiosną. A raczej słuchać, głównie w aucie, w drodze. Szybko się okazało, że lektorem jest AI, co mnie mocno zirytowało, bo jakość takiego czytania pozostawia wiele do życzenia. I tak zaczęłam robić przerwy, kiedy poziom mojego zniechęcenia rósł, a potem wracałam, i znów przerywałam...Po jakimś czasie wątki zaczęły mi umykać. Bohaterowie zaskakiwać tym, że już powinnam ich znać, a ja ich nie pamiętam...W kalendarzu adwentowym dostałam piękną papierową wersję tego klasyka, ale jak przeniosłam się do niej, to było jeszcze gorzej z połapaniem się w akcji...I tak zniechęciłam się do Dickensa po raz kolejny, bo wcześniej trafiałam na tragiczne wydania innych powieści.

Jednak wraz z nadejściem jesiennych długich wieczorów i w trakcie lektury "Czytaj jak profesor" zakiełkowała w mojej głowie myśl, żeby dać "Nadziejom" jeszcze jedną szansę. I tak ... zaczęłam czytać od początku, powolutku, delektować się klimatem i językiem. I...popłynęłam!

Osierocony Pip jest wychowywany przez surową, apodyktyczną siostrę i jej męża, kowala. Wszystko wskazuje na to, że kiedyś chłopak zostanie uczniem swojego opiekuna i będzie pracował razem z nim. Pewnego dnia Pip pomaga przypadkowo spotkanemu zbiegowi. Kradnie na niego jedzenie ze spiżarni siostry i pilnik z kuźni, dzięki któremu więzień ma szansę uwolnić się z okowów na nodze. Przez długie lata głęboko skrywana tajemnica budzi w chłopcu strach przed potencjalnymi konsekwencjami.

Gdy Pip zostaje zawezwany do zdziwaczałej pani Havisham by umilać jej czas swoim towarzystwem, poznaje śliczną Estellę. Zakochuje się pierwszą niewinną miłością, jednak wie, że nie ma szans na odwzajemnienie uczucia ze względu na swój status materialny, pocodzenie i rodzinę. 

Jednak pewnego dnia los Pipa diametralnie się zmienia. Anonimowy darczyńca przekazuje chłopakowi ogromną sumę pieniędzy. Stawia jednak warunek: chłopak ma wyjechać do Londynu i uczyć się. To wydarzenie budzi w sercu młodzieńca ogromne nadzieje: na nowe życie, na wyrwanie się z kuźni, na zdobycie wykształcenia, awans społeczny, a wreszcie na miłość Estelli.

Tym razem powieść mnie pochłonęła! Jej akcja toczy się dość wolno, bez gwałtownych wzlotów i upadków. Jednak ponury klimat moczarów, domu Pipa, tajemniczego zamku pani Havisham, dziewiętnastowieczny Londyn - robią swoje! Świetnie wpisują się w jesienną aurę. 

Niestety i w tym wydaniu nie obyło się bez błędów, literówek, dziwnych zwrotów. Nie wiem, czy to ja mam takiego pecha do powieści Dickensa, czy w Polsce są one traktowane po macoszemu. Mam wrażenie, jakby omijała je jakakolwiek korekta....

Cieszę się, że dałam panu Dickensowi jeszcze jedną szansę!

czwartek, 15 października 2026

"Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych" Susan Gloss

Rok pierwszego wydania: 2015

Ocena: 4/6



 Tym razem na swoją kolej doczekała się książka znaleziona kiedyś na bookcrossingowej półce przy bibliotece i wzięta stamtąd pod wpływem chwili i nastroju ;) Przeleżakowała jakiś czas, aż wreszcie znów miałam nastrój by po nią sięgnąć.

Słodka aż do przesady okładka długo mnie odstraszała. Spodziewałam się, że środek będzie równie ociekający lukrem i różowościami. Ale nie było aż tak źle. 

Violet jest rozwódką dobiegającą czterdziestki. Gdy wreszcie "wyleczyła się" z kompulsywnego ratowania męża alkoholika i odeszła od niego, spełniła swoje marzenie i otworzyła sklep ze starymi ubraniami w stylu vintage w odległym mieście. Pewnego dnia w jego progach staje April, nastolatka w ciąży, której mama niedawno zginęła w wypadku, a narzeczony odwołał ślub pod naciskiem swoich rodziców...Namówiona przez Betsy, staruszkę o wielkim sercu otwartym dla wszystkich potrzebujących, Violet zatrudnia April na staż. Kobiety szybko się zaprzyjaźniają mimo różnicy wieku. Dołącza do nich Amithi, hinduska mieszkająca kilka dziesiątków lat w Ameryce, która dowiedziała się o zdradach męża. I Lane, aktorka, która zrezygnowała z pracy, by wychowywać trójkę niesfornych dzieciaków. A gdzieś niedaleko jest jeszcze Karen, prawniczka na urlopie macierzyńskim, przyjaciółka Violet.

Gdy okazuje się, że właścicielka sklepu Vintage dostaje nakaz eksmisji, a dom, w którym mieszka i pracuje ma kupić deweloper, wszystkie bohaterki tworzą zgrany zespół, by pomóc w uratowaniu biznesu. 

Jest też Sam, dawny kolega Violet ze szkoły średniej, gnębiony w latach nastoletnich przez jej byłego męża. Szybko ich odświeżona znajomość przeradza się w miłość, jednak na jej drodze staje jeden problem: dziecko. To, o którym nadal marzy Violet mimo swego wieku. To, którego nie chce Sam, by nie musiało doświadczać traum, jakie on przeżył...

Jak można się spodziewać po tego typu "babskiej" literaturze, wszystkie wątki kończą się happy endem. Jednak powieść okazała się całkiem przyjemna, nie odstraszała płytkimi scenami, pospolitym językiem czy durnymi dialogami. Płynęłam przez nią przyjemnie przez kilka jesiennych już wieczorów. Okazała się całkiem miłą lekturą przed snem.

wtorek, 13 października 2026

"Rozmowy o książkach" Jarosław Iwaszkiewicz

Rok pierwszego wydania: 1983

Ocena: 5/6


 Oj jaka to przyjemna staroć! 

Po pierwsze dlatego, że mam leciwe, pożółkłe wydanie, pachnące kurzem. Uwielbiam takie!

Po drugie dlatego, że mogę "zajrzeć" do lubianego przeze mnie pana Iwaszkiewicza i podpatrzeć, co czytał w latach sześćdziesiątych, bo o tym traktuje książka.

A czytał różnorodne pozycje. Z reguły ówczesne nowości wydawnicze. Niestety wiele z nich nie przetrwała próby czasu, są dziś nieznane, niedostępne, nie wznawiane. Tylko niektóre można wypożyczyć z magazynu staroci w bibliotece wojewódzkiej....

Iwaszkiewicz czytał zarówno powieści młodych, początkujących autorów, jak i pozycje z klasyki. Wnioskuję, że lubił biografie, pamiętniki, bo przytacza sporo tytułów z tej dziedziny. 

W felietonach, które ukazywały się w latach 60-tych ubiegłego wieku w "Życiu Warszawy" Iwaszkiewicz wspomina też o osobach, z którymi pracował, które znał, podziwiał w młodości. Nawiązuje też do wielkich bieżących rocznic, jak np. do setnych urodzin Żeromskiego czy rocznicy Powstania Styczniowego.

Jak zwykle w utworach Iwaszkiewicza zachwycił mnie język, jakim pisał. Czytając o książkach, czułam się, jakbym słuchała pięknych opowieści pana Jarosława siedzącego w fotelu w Stawisku. Przyznam, że o ile powieści Iwaszkiewicza aż tak bardzo mi się nie podobają, o tyle Stawisko kocham miłością bezwzględną i czytam wszystko, co wpadnie mi w rękę, dotyczące toczącego się tam życia.

Żałuję, że moje stare wydanie książki nie ma wstępu, którym opatrzone jest wydanie nowsze. Trudno, może kiedyś uda mi się trafić i na takie ze wstępem. Na razie moje w pełni mnie satysfakcjonuje i dawkuję sobie felietony w codziennych dawkach leczniczych, żeby za szybko mi się nie skończyły!

piątek, 9 października 2026

"Barbara Tryźnianka" Maria Rodziewiczówna

Rok pierwszego wydania: 1920

Ocena: 3,5/6



 Lubię od czasu do czasu sięgnąć po literaturę pozytywistyczną. Jest dość specyficzna (jak pewnie każda epoka) ale odpowiada mi ten klimat, zwłaszcza dworków XIX-wiecznych. 

Tym razem mój wybór padł na nieznaną mi powieść Marii Rodziewiczówny. Nie jest to literatura zbyt wysokich lotów, na pewno dość schematyczna (zły bohater przechodzi przemianę, propagowanie pozytywistycznych haseł itd) ale mimo to czytało się "Barbarę Tryźniankę" całkiem przyjemnie. 

Już na początku poznajemy dość typową rodzinę ziemiańską ówczesnych czasów. 

"Pan Feliks Gozdawa był pięknym mężczyzną, doskonale tańczył, jeździł konno, pięknie umiał mówić i z talentem bawił damy. Na jakimś karnawale rozkochał w sobie bogatą pannę - otrzymał jej rękę i Zagaje. Zapewniwszy w ten sposób swój los - dalej tańczył, polował, przyjmował i odwiedzał sąsiadów, i po cichu, dyskretnie zabawiał damy. Przy tym bawił się w gospodarstwo rolne i hodowlane, narzekał na warunki i stosunki, na deszcze i susze, brał udział w różnych zjazdach obywatelskich - przemawiał gładko, gdy była potrzeba, łgał, chwalił się i plotkował na potęgę. 

Żona jego, pani Julia, ubóstwiała męża, kochała nad życie dzieci, była wzorem moralności, zasad matrony i obywatelki, i stróżem tradycji domu. Nazywała siebie i była "panią Feliksową", rzeczą, własnością, echem i cieniem męża. Nie miała własnej woli, ani nawet myśli.(...)

Pieniądze na wszystko musiały być, a o spiżarni, ogrodzie, drobiu, trzodzie i nabiale - myślała służba, której w Zagajch było mnóstwo. Ile, co kosztowało, czy się opłacało - nad tym pani Julia nigdy się nie zastanawiała. Zupełnie pod tym względem niefrasobliwy był też pan Feliks. Wydawał, póki było, a gdy brakło, pożyczał. Jako sukurs i fundament dalszego bytu - był brat, stary kawaler, sławny doktor - milioner. (...) Doktor Tomasz rodziny nie uznawał - z kraju się wyniósł, przyjął nawet francuskie obywatelstwo.(...)

Był już najwyższy czas, żeby doktor Tomasz umarł. Najstarszy syn pana Felika, Władek, był powolny, pracowity, ale bardzo tępego umysłu i słabej woli. (...) Ten najwięcej wiedział o złych interesach, ale był podobny do matki, nie troszczył się o nie ani nie myślał samodzielnie. (...) Zagaje, wedle tradycji, miał wziąć najmłodszy, Tomek. Ostatnim dzieckiem państwa Feliksów była dziewczyna - siedemnastoletnia Terka."

W Zagajach działo się coraz gorzej. Długi rosły, Żydzi dopominali się spłat. Wreszcie ziściło się życzenie pana Feliksa: brat Tomasz zmarł! Jednak gdy dziedzic Zagajów dotarł do pokoju, w którym nieboszczyk spędził ostatnie dni życia, znalazł zamiast spadku okrutny list z ostatnią wolą. Nie dość, że Tomasz wyzwał brata od nierobów, leni i utracjuszy, nie dość, że był jak najgorszego zdania o jego dzieciach, to cały majątek zapisał Tomkowi. Jednak był jeden warunek. Ponieważ tylko w tym bratanku wuj widział szansę na poprawę (mimo upartego i hulaszczego charakteru), zadeklarował, że dostanie on spadek tylko wtedy, kiedy się zmieni i stanie "człowiekiem", a ma na to dziesięć lat. Na ten czas wszystkie pieniądze zostały zdeponowane u Barbary Tryźnianki, która oceni postępowanie Tomka i sytuację po dziesięciu latach, i podejmie decyzję o przekazaniu spadku. Niestety nikt nie znał tajemniczej kobiety, nikt o niej nie słyszał, a długie poszukiwania nie przyniosły efektu.

Oczywiście te wiadomości załamały pana Feliksa. W krótkim czasie doprowadziły też do ostatecznego upadku Zagajów i całej rodziny. Jak można się było spodziewać, Tomek z biegiem lat zmienił się w odpowiedzialnego i samodzielnego młodego człowieka, zdobył zawód, uczciwie pracował, spotkał miłość swojego życia i nie chciał już żadnych pieniędzy po wuju.

Niestety mam dość kiepskie wydanie z początku lat 90-tych, w którym występują literówki, gdzieś zdarzyły się urwane zdania. Jednak styl pani Rodziwiczówny jest lekki, przyjemny, ma swoją klasę, dzięki czemu te mankamenty nie popsuły całkiem uroku powieści.


poniedziałek, 28 września 2026

"Święto ognia" Jakub Małecki

Rok pierwszego wydania: 2021

Ocena: 5,5/6


(Wpis zawiera spojler)

 Ta książka mnie powaliła. Wbiła w fotel. Przeczochrała psychicznie. Opis na okładce nijak się ma do treści! Spodziewałam się zupełnie czegoś innego! Czegoś dużo lżejszego i miałkiego. A dostałam majstersztyk. 

Anastazja urodziła się dwadzieścia jeden lat temu z porażeniem mózgowym. Do jej głowy przez chwilę dochodziło za mało tlenu i tak to się stało. Nie chodzi, nie mówi, ciągle się ślini, a jej ciało podryguje i jej nie słucha. Ale Nastka nie narzeka. Ma starszą siostrę, tatę, panią Józefinę, która uczy ją palić fajki i opowiada o facetach, ma komiksy, internet i Mateusza z podwórka, w którym się potajemnie kocha. A to bardzo dużo. I Anastazja umie patrzeć. Czasem tak mocno, jakby wchodziła w głowę i życie innej osoby.

Łucja tańczy w balecie narodowym. Wierzy, że dzięki temu uchroni siebie i siostrę przed kolejną tragedią. I że zasłuży na uwagę taty.

Tata znika czasem w  nocy, jak już myśli, że Anastazja śpi. Ale ona słyszy i "widzi", że tata wychodzi. Idzie do pustego mieszkania, gdzie przywołuje świat, jakim był kiedyś. Przenosi się do dawnego życia, w którym wszystko jeszcze było piękne. A przede wszystkim była Lena, którą może kochał aż za bardzo. Leopold tańczy za szybą, jakby był znów 30 lat młodszy. A w życiu obecnym opiekuje się z oddaniem swoją Królewną, co roku jesienią przynosi jej jednego kasztana, tak jak obiecał, kiedy była jeszcze w brzuchu mamy i pali kartki, które przychodzą co kilka lat w dniu urodzin do Nastki.

A mama? Była niezwykłą osobą. Kolorowym ptakiem. Z tatą byli nierozłączni. Często zapominali o świecie i dzieciach i byli tylko oni. Ale pewnego dnia mama zniknęła. Tylko kilka razy przysłała Nastce kartki z życzeniami urodzinowymi. Te, które tata pali. A potem się okazało, że mama odeszła we śnie pewnej nocy, którą jedna z dziewczynek spędzała u koleżanki, a druga u dziadków. Wzięła za dużo tabletek...Wprawdzie miała za sobą epizod depresji, gdy okazało się, że Nastka nigdy nie będzie sprawna, ale potem wydawała się szczęśliwa! .Czy gdyby Łucja nie pokłóciła się z przyjaciółką i nie wróciła w nocy do domu, tata odszedłby razem z mamą??? To dlatego Łucja stara się pilnować taty i być wzorową córką. A potem okazuje się, że mama była nieuleczalnie chora. Nie chciała czekać biernie na śmierć i ból. Wolała zasnąć w ramionach ukochanego męża zanim straci panowanie nad ciałem i życiem. Tylko o tym nikt nie wiedział...

Każde z ocalałych  na swój sposób próbuje obłaskawić przeszłość. Uchronić się przez wpadnięciem w studnię żalu i smutku. 

Jednak taki opis fabuły nie oddaje charakteru książki. Bo powieść jest jedną wielką tajemnicą. Albo kilkoma. Autor odkrywa je po kawałeczku, jakby odkrywał rąbek obrazka, a czytelnik ma zgadywać, co na nim jest. I kiedy już się wydaje, że wie, autor odkrywa kolejny kawałeczek i wszystkie domysły p.t. Jużjestempewnażewiemcosięstałozmamą biorą w łeb. A prawda powala czytelnika na kolana. Przynajmniej takiego jak ja. I dusi w gardle łzami, które siłą są wstrzymywane.

Świetna jest też forma powieści. Trzech narratorów-bohaterów w różnych częściach dodaje coś od siebie. Styl jest oszczędny w słowa. Bo nie potrzeba tu zbyt wielu słów, opisów. Wystarczy krótko i treściwie, żeby czytelnik poczuł te emocje. Nie ma też dialogów. Widzimy świat oczami bohaterów. I to wystarczy. Rozmowy są pewnie gdzieś w kuluarach. Ale nie mają tu znaczenia. Za to jest szczypta realizmu magicznego.

Rewelacyjna książka, od której nie mogłam się oderwać przez cały weekend, aż jej nie skończyłam. A jak skończyłam, to poczułam, że siedzę z wstrzymywanym oddechem.

Dziękuję panu Małeckiemu za emocje, jakich dawno żaden autor we mnie nie wywołał. Dziękuję za ucisk w gardle, za te hamowane łzy. Za tajemnice, które prawie do końca zostały tajemnicami, choć wcześniej wcale się nie wydawały takie tajemne, bo przecież to oczywiste, że...No okazał się całkiem nieoczywiste...I dziękuję za możliwość zajrzenia do świata osoby z porażeniem mózgowym i osoby, która oddała siebie baletowi.

Dawno nie pochłonęłam takiej wspaniałości!


wtorek, 22 września 2026

Dwa lata bez bibliotek!

 



Z bibliotek korzystałam praktycznie od początku podstawówki. Szkolnych,  miejskich, wojewódzkiej. Przez wiele lat to właśnie biblioteki były głównym źródłem książek, które czytałam.

Aż przyszedł czas nadmiaru, o którym pisałam już kilka lat temu. Potrafiłam mieć ponad 20 wypożyczonych książek jednocześnie. I wciąż kompulsywną chęć znoszenia kolejnych. Oczywiście nie było szans, żeby to wszystko przeczytać. Terminy zwrotu były nieubłagane, a we mnie rosło napięcie i frustracja. Zaczęłam czytać szybko, nieuważnie, przeskakiwałam strony, żeby tylko zorientować się o co chodzi w książce i chwytałam za kolejną.

Wreszcie powiedziałam: dość. Pewnego dnia oddałam wszystkie książki, karty biblioteczne schowałam głęboko do szuflady, stanęłam przed swoimi półkami pełnymi książek do przeczytania i zaczęłam nowe życie. Nowe czytelnicze życie w rytmie slow.

I tak minęły już dwa lata. Przez ten czas zdarzyło mi się wypożyczyć coś z biblioteki, zwłaszcza w wakacje nad morzem, ale to były pojedyncze przypadki. 

Co przez te dwa lata osiągnęłam? Co mi dał biblioteczny detoks? 

Nie zliczę, ile  własnych książek przez ten czas przeczytałam. Książek, które czekały latami, a przecież jeśli pojawiły się w moim domu to znaczy, że chciałam je poznać! 

Nauczyłam się czytać powoli. Jedną książkę na raz, a nie kilka jak wcześniej. To sprawia, że dużo lepiej skupiam się na treści, lepiej ją zapamiętuję. Przeczytałam dużo grubych, kilkuset stronicowych klasycznych powieści, które omijałam w bibliotekach, bo wiedziałam z góry, że nie dam rady przeczytać takiego tomiszcza w miesiąc. Nabrałam czytelniczej cierpliwości. Zdarzało się, że jedną powieść czytałam przez trzy czy cztery miesiące! Ba, mogłam sobie robić przerwę, odłożyć jedna pozycję na tydzień czy dwa i znów do niej wrócić. Przestałam czytać "na czas", na ilość. Dzięki slow readingowi zmniejszyła się ilość przeczytanych w ciągu roku lektur, ale na pewno zdecydowanie wzrosła jakość mojego czytania! 

Czy tęsknię za bibliotekami? Za ich klimatem? Czasem tak. Zdarza się, że wstąpię do którejś z nich w drodze z pracy, ale kiedy stanę otoczona tyloma książkami, tytułami, czuję się przytłoczona. Nie wiem już, co miałabym wybrać. I stwierdzam szybko, że wszystko, czego potrzebuję, mam przecież w domu.

Nadal czeka na mnie pewnie ponad 200  nieprzeczytanych książek na domowych półkach. Dlatego nie planuję jeszcze powrotu do regularnych wizyt w bibliotekach. Sama jestem ciekawa, czy kiedyś do nich wrócę. Na razie dobrze mi z domowymi towarzyszkami.

piątek, 18 września 2026

"Miniaturzystka" Jessie Burton

 Rok pierwszego wydania: 2014

Ocena: 5/6



Tym razem zostałam zaskoczona bardzo pozytywnie. Początek książki wydawał mi się nijaki, a styl pisarki niezbyt przypadł mi do gustu (krótkie zdania w czasie teraźniejszym), ale dość szybko tajemniczy i mroczny klimat domu nad kanałem w Amsterdamie wciągnął mnie po uszy. Ba, musiałam zaprzestać czytania wieczorami, bo potem nie mogłam zasnąć!

Osiemnastoletnia Petronella właśnie została żoną prawie czterdziestoletniego Johannesa Brandta, jednego z największych kupców siedemnastowiecznego Amsterdamu. W progu nowego domu w zastępstwie małżonka wita ją mrukliwa, nieprzystępna szwagierka Marin, która, jak się wkrótce okaże, pełni niepodzielne rządy w gospodarstwie i kontrolę nad bratem. 

Mąż nie poświęca Nelli ani czasu, ani uwagi. Dziewczyna czuje się jakby była niewidzialna. Nie tak wyobrażała sobie nowe życie. Jako rekompensatę oziębłości, Johannes daje jej w prezencie ślubnym ogromną replikę ich wspólnego domu. Znaleziona w katalogu rzemieślników miniaturzystka, na zlecenie Nelli, ma ją wyposażyć w meble i figurki mieszkańców. Niebawem okazuje się, że tajemnicza kobieta zaczyna swoimi przesyłkami wyprzedzać dziwne i tragiczne wydarzenia, które wywracają życie rodziny Brandtów. Na jaw wychodzą coraz to nowe tajemnice, a Nella staje się zdecydowaną i odważną młodą kobietą, która próbuje ratować męża, jego interesy, życie Marin i bezpieczeństwo całej rodziny.

Oprócz wątku obyczajowego, kryminalnego, ważnym elementem powieści jest życie siedemnastowiecznego Amsterdamu. Styl życia bogatych kupców, sytuacja homoseksualistów, nazywanych sodomitami czy ciemnoskórych, traktowanych jak dzikusy.

To też opowieść o silnych kobietach, które w tamtych czasach nie miały prawa głosu, nie były samodzielne, praktycznie nie istniały jako odrębne jednostki. Na pierwszy plan wysuwa się Nella ze swoim bystrym umysłem, zdolnościami przedsiębiorcy, wielką tolerancją, wyrozumiałością i emocjami. Zaraz za nią jawi się Marin, kryjąca pod pancerzem siły i despotyzmu wielkie tajemnice. Towarzyszy im służąca Cornelia, zawsze wierna swoim paniom. Mężczyźni w tej powieści są słabi, mściwi, pazerni, ulegający żądzom, zaprzedający duszę mamonie.

Uwagę zwracają też obrazowe opisy budynków, kanałów i...zapachów, które Nella wszędzie czuje. Smród gnijącej wody i ryb miesza się z zapachem piżma czy orientalnych przypraw. 

Naprawdę zachwyciła mnie ta powieść. Daleka od naiwności, utartych schematów. Nie raz zaskoczył mnie zwrot akcji czy ujawnienie tajemnicy. Czytanie "Miniaturzystki" było wielką przyjemnością. Jednak jest to powieść smutna. Momentami przygnębiająca. Ale takie jest życie, a tym bardziej było w XVII wieku...Nie ma tu happy endu. Jest smutek, śmierć, rozpacz, samotność, bezradność, beznadzieja. To nadaje opowieści realizmu i dalekie jest od przesłodzenia, tak popularnego w literaturze współczesnej.

czwartek, 17 września 2026

Chusta



 Duża chusta na szydełku z dwóch motków włóczki akryl plus wełna. Jeden w kolorze miodowym, drugi wielokolorowy.








poniedziałek, 7 września 2026

"Dziewczyna z wrzosowisk" Lucinda Riley

 Rok pierwszego wydania: 1994

Ocena: 3/6



Pięć lat temu czytałam "Dziewczynę na klifie" tej samej autorki. Pozostały mi po niej mgliste wspomnienia klimatu północnej Anglii, Irlandii i mrocznych klifów. To zaważyło nad moim odruchem w bibliotece - sięgnęłam na stolik po kolejną powieść z piękną okładką, barwionymi brzegami i obietnicą wrzosowisk. Nie spodziewałam się po niej zbyt wiele, więc i nie poczułam dużego rozczarowania ;)

To typowe babskie czytadło, z pogranicza romansu i powieści obyczajowej. Proste, ckliwe, łatwe do szybkiego przeczytania i zapomnienia. Czasem i takie jest wskazane, żeby w weekend zresetować głowę. 

Lata 70-te XX wieku. 17-letnia Leah dorastała w małej wiosce w Yorkshire, w cieniu pięknej koleżanki i sąsiadki Mirandy. Gdy w domu tej drugiej pojawia się nieznany dotąd kuzyn Brett, łatwo się domyślić budzącej się miłości, zawiści i zdrady. Po latach to właśnie Leah zostaje znaną modelką, zaś Miranda matką nieślubnego dziecka, polującą na bogatego księcia z bajki. Drogi Leah i Bretta znów przecinają się na chwilę, jednak nic tu nie jest takie proste i oczywiste ;)

Lata 40-te XX wieku. Dawid i Róża stracili rodziców w czasie wojny. Sami trafili do obozu w Treblince, z którego udało im się uciec wraz z przyjaciółką Anią. Wydarzenia te wycisnęły piętno na całym przyszłym życiu nie tylko ich, ale i ich dzieci...

Co mnie raziło w tej powieści? Ogrom blichtru, pieniędzy, luksusu. Po wojnie Dawid szybko staje się jednym z najbogatszych ludzi na świecie, uboga Leah nagle staje się bogatą modelką, która kupuje dom rodzicom, Ross niby nie ma pieniędzy na naprawę przeciekającego dachu, ale jej adoptowana córka ubiera się w najmodniejsze, markowe ciuchy, a domu zatrudniona jest służąca...Być może to znak szczególny lat 90-tych, wtedy tego przepychu, błyskotek i szalonej kasy mnóstwo było w serialach, filmach i książkach...

I wrzosowiska! Gdzie te obiecane wrzosowiska? Są najdroższe hotele, kluby, jachty, ale wrzosowisk nie ma prawie wcale!

Co mnie zachęciło do czytania na tyle, że nie rzuciłam książki w kąt, choć kilka razy miałam na to ochotę? Autorka nieźle poplątała losy bohaterów i splotła je ze sobą w zaskakujący warkocz.

środa, 26 sierpnia 2026

"Na wsi wesele" Maria Dąbrowska

 Rok pierwszego wydania: 1955

Ocena: 4/6



Początek lat 50-tych XX wieku. Czas powojennych przemian społeczno-politycznych w Polsce. "Po wojnie życie się zaczęło piorunem odmieniać. Nastały nowe porządki i obyczaje, które niełatwo było nawet zrozumieć, a co dopiero do nich się przyzwyczaić. Przyszły też nowe strachy, ludzie tygodniami źle spali, ręce im przy robocie latały od tych rozpowiadanych strachów. A życie tymczasem szło swoim trybem, zawsze innym, jak się człowiek spodziewa. Wieś leżała o 45 kilometrów od Warszawy, ale głucha była, zapadnięta w borki, laski, zagaje, od kolei daleko. A tu raptem po miasteczkach okolicznych fabryki jakieś zaczęły powstawać, opodal nową kolej budowano, o parę kilometrów od Pawłowic wielką cegielnia stanęła na odbudowę Warszawy."

Przy okazji ślubu i wesela siedemnastoletniej Zuzi Jasnocianki do domu we wsi  zjeżdża bliższa i dalsza rodzina. Jej członkowie żyją w różnych warunkach. Niektórzy już od kilku lat mieszkają w Warszawie czy Wrocławiu, po wojnie pobierali nauki, mają zawód, pracują w fabrykach czy zakładach państwowych, mieszkają w nowoczesnych mieszkaniach pełnych wygód. Inni zostali na wsi, po wojnie dostali w przydziale więcej morgów po zlikwidowanych dworach i gospodarują mądrze, by móc żyć lepiej niż dotychczas. Jeszcze inni - mieszkańcy wiosek, w których nigdy nie było dworu, więc i ziemi nie było skąd dostać, zatrzymali się jakby wiele lat temu, o czym świadczy ich sposób mówienia czy stroje. 

Wszyscy oni dyskutują przy okazji przygotowań do wesela, gotowania, zbijania ław czy czyszczenia podłóg. A jednym z głównych tematów jest niepokój i nieufność wobec powstających spółdzielni.

Lubię prozę Marii Dąbrowskiej. Jej styl, piękne opisy. A tu wiejskie wesele oddała że szczegółami. Przyjemna, ciekawa lektura.

wtorek, 25 sierpnia 2026

"Uśmiech Giocondy" Aldous Huxley

 Rok pierwszego wydania: 1921

Ocena: 4/6



Książka zawiera dwa opowiadania: "Uśmiech Giocondy oraz "I odtąd już zawsze byli szczęśliwi".

Oba lekkie, jak na Huxleya, ale jednak z drugim dnem. 

Pierwsze z nich to krótki kryminał, ze zdradami i niespełnioną miłością w tle. Jednak końcówka przypomniała mi klimat kafkowski: bezsilność wobec absurdalnych oskarżeń, brak możliwości wybronienia się wobec nieprawdziwych, a jednak możliwych dowodów. 

Drugie to ciekawy obrazek wycinka społeczeństwa angielskiego w czasie I wojny światowej. Z jednej strony doświadczeni na froncie francuskim młodzi ludzie, mający za sobą traumatyczne przeżycia, z drugiej-wykształceni mieszkańcy prowincji, których życie obraca się wokół tenisa, czytania filozofów i "wojennych problemów" w prowadzeniu gospodarstwa domowego.

Krótka lektura, a jednak pozostająca w głowie.

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Mimozami jesień się zaczyna...

Lato minęło nie wiadomo kiedy. Bardzo kapryśne i zmienne było w tym roku. Upalny czerwiec zaskakiwał ekstremalnymi temperaturami, a po nim lipiec przyszedł z zimnem i deszczem. Sierpień za to przeplatał jedno i drugie. 

Niewiele czytałam tego lata. Ot kilka młodzieżówek, ze dwa kryminały. Zabrakło sił, czasu, mocy przerobowych na czytanie. Cóż, czasem przychodzi taki okres w życiu, kiedy głowa zajęta trudnymi sprawami nie mieści już historii spisanych na papierze. Za to odpoczywa medytując nad kolejną robótką. Stąd lato owocne było w bluzeczki i torby.

Niezauważalnie wieczory stały się coraz dłuższe. I zimne. Rankami w ogródku pachnie już jesienią. Wieczorami trzeba zapalać lampy i zakładać cieplejsze bluzy. 

Coraz częściej myślę, jakie książki wpisują się w ten jesienny klimat. Na co mam ochotę. W przyrodzie następuje okres wyciszenia, spokoju. Pasuje mi do niego klasyka. Długie powieści, pełne barwnych opisów, powolnej akcji, ciekawych bohaterów. Moje półki nadal pełne są nieprzeczytanej klasyki. Kilka lat temu doszłam do wniosku, że to ten rodzaj literatury, który lubię chyba najbardziej. I nawet jeśli zrobię sobie przerwę, chętnie do niej wracam.

W tym roku, przy okazji licytacji Książek od Koguta, dostałam w prezencie wiele tomików z serii Z kolibrem. To malutkie książeczki, które zawierają dużo dobrej klasyki. Do tej pory stoją na półce i czekają na swoją kolej. Może właśnie teraz to ich czas, osnuty babim latem? Już nie letni, lekki i beztroski, a jeszcze nie do końca jesienny, cichy i melancholijny? 



piątek, 21 sierpnia 2026

Letnia bluzeczka w niebieskościach

 


Bluzeczka wg mojego pomysłu. Rozmiar M.
Zużyłam 1 motek włóczki Drops Safran chabrowej i 3 motki bawełny maceryzowanej melanż. Druty nr 3 i 3.5. 


Bluzeczka stary róż

 


Włóczka Drops Paris, zużyłam 4 motki. Druty nr 5, ściągacz druty 3.5. 

Rozmiar S.

niedziela, 16 sierpnia 2026

"Schronisko, które przetrwało" Sławek Gortych

 Rok pierwszego wydania: 2023

Ocena: 4/6


Tak, jak planowałam po pierwszej części "Schroniska...", przyszła kolej na drugą. Tym razem główną bohaterką jest przyjaciółka Marty, Justyna Skała, kierowniczka schroniska Odrodzenie. I to właśnie tego miejsca historię poznajemy przy okazji. Spotykamy też bohaterów z wcześniejszej powieści.

Tym razem wątek historyczny jest dużo dłuższy i ciekawszy. Dopiero na setnej stronie przenosimy się z lat 1945-47 do roku 2006. Za to wg mnie  wątek współczesny jest mocno przegadany. Dialogi często "o niczym", nic nie wnoszące do akcji sceny i opisy...  Dłużyzny i nuda kazały mi nie raz przeskoczyć kilka stron. Im bliżej finału i rosnąca temperatura akcji, tym...coraz więcej podobnych scen do tych z pierwszej części. A już czytając opis przywiązywania Justyny do krzesła przez napastnika i jego długi, rzewny monolog na temat nieszczęśliwego dzieciństwa, miałam wrażenie, że wręcz cofnęłam się do wcześniejszego "Schroniska..." i scen z udziałem Marty....Jakby autorowi zabrakło nowych pomysłów.

Świetnym dodatkiem są tym razem zdjęcia starych pocztówek czy schronisk na początku każdego rozdziału.

Drugie "Schronisko..." trochę mnie rozczarowało, było nieco wtórne. Ten sam schemat, bardzo podobne sceny. Nawet dość wcześnie wyszło na jaw, kto tym razem jest czarną owcą, bo nawet nie mordercą. 

Czy sięgnę po kolejne? Jeszcze nie wiem. Może w potrzebie krótkiej chwili relaksu i lekkiej powieści, bo przeczytanie każdego z tomów zabiera nie więcej niż 3 dni. 

piątek, 7 sierpnia 2026

"Tomek na wojennej ścieżce" Alfred Szklarski

 Rok pierwszego wydania: 1959

Ocena: 5/6



Wakacje osiągnęły półmetek, lato w pełnym rozkwicie, w związku z tym kolejny "Tomek" w czytaniu. Choć muszę przyznać, że kryzys czytelniczy trwa. Moja zmęczona głowa nadal nie chce nowych historii. Ale Szklarski pisał na tyle lekko i ciekawie, że udało mi się poznać trzecią już część cyklu, w podziale na wiele odcinków ;)

Tym razem Tomek przebywa z Sally i jej mamą w odwiedzinach u wujka dziewczynki, szeryfa Allana, w Stanach Zjednoczonych. Mieszkają na farmie na pograniczu z Meksykiem. Już na pierwszych stronach powieści Tomek galopuje po stepie i natrafia na młodego Indianina, z którym wdaje się w bójkę na śmierć i życie, by za chwilę zyskać wiernego przyjaciela.

Na farmę szeryfa straż indiańska przyprowadza Czarną Błyskawicę, wodza plemienia Apaczów, które zbuntowało się przeciwko zamknięciu w rezerwacie. Czarna Błyskawica jest podejrzany o namawianie Indian do buntu i zamieszek. Tomek z pomocą bosmana Nowickiego i Sally uwalniają Czerwonoskórego i ułatwiają mu ucieczkę. W zamian wódz indiański deklaruje mu dozgonną wdzięczność i mianuje swoim białym bratem. Tomek dostaje nawet indiańskie imię!

Gdy Sally zostaje porwana przez nieznanych sprawców, Czarna Błyskawica wywiązuje się z danego słowa i przybywa na pomoc Tomkowi. Wraz z czerwonoskórymi wojownikami chłopiec wchodzi na wojenną ścieżkę przeciwko Indianom Pueblo. Jednak bosman Nowicki wpada w tarapaty, zaatakowany przez zbuntowanego Palącego Promienia i jego towarzyszy. W nierównej walce bosman zabija jednego z Czerwonoskórych. Zgodnie ze zwyczajami Indian, w ramach zemsty za to, że nie chce poślubić wdowy po zmarłym i zająć się czwórką jego dzieci,  ma zginąć na palu męczarni.

Oj dużo się dzieje w tym tomie! Pościgi, porwania, śmierć czająca się za rogiem, nocne przeprawy przez góry, napady...Akcja nie traci tempa nawet na chwilę. Dzięki temu powieść czyta się bez znużenia, z dużym zaciekawieniem. Ogromnym atutem było dla mnie bogactwo informacji na temat życia Indian, ich zwyczajów, opisy strojów, domostw, rytuałów. O dziwo, ten tom jest ubogi w encyklopedyczne opisy fauny i flory, których dużo było w poprzednich. Podobnie patriotyczne, moralizatorskie wtręty pojawiają się sporadycznie.

Jak na razie każda z kolejnych części cyklu jest dużo lepsza od poprzednich. Ciekawe, czy trend ten zostanie zachowany.

środa, 5 sierpnia 2026

Rok bez Biblionetki....

 


Z Biblionetką związałam się prawie 20 lat temu. To było odkrycie życia! Skarbnica tytułów, recenzji książek. Arcyciekawe rozmowy o książkach, niesamowici ludzie, którzy mnóstwo czytają, piszą o tym, co przeczytali, dyskutują na forum.

 Na początku tylko przeglądałam recenzje książek, które chciałam przeczytać (i już wtedy łapałam się na tym, jak bardzo sugeruję się ocenami biblionetkowymi). Potem przyszedł czas na polecanki, na rosnące z roku na rok listy pozycji, które MUSZĘ przeczytać, bo...ktoś to poleca, bo komuś się podobało, bo wypada to znać. 

Stałam się maniaczką list, osobą uzależnioną od tworzenia książkowych list wszelkiego rodzaju. Klasyka do przeczytania, must read, młodzieżówki, książki z moich półek itd itd. Tworzyłam listy, odhaczałam przeczytane pozycje, kasowałam listy, które z czasem zaczynały być wyrzutem sumienia i za chwilę tworzyłam nowe...Wiele z nich było inspirowanych podobnymi listami innych uczestników Biblionetki.

Oczywiście podstawowym działaniem na Biblionetce było ocenianie książek. Nie pamiętam już, ile ocen wystawiłam w ciągu tych lat, na pewno kilkaset, może ponad tysiąc? Nie raz zaglądałam do serwisu trzymając w ręce nowy nabytek, żeby sprawdzić, czy na pewno tego nie czytałam (zdarzało się, że owszem, czytałam, i nie pamiętam nic a nic...Ale ocena jest! Czasem nawet wysoka!)

Kolejnym etapem wtajemniczenia było forum, godziny spędzone na czytaniu zaległych, długaśnych wątków, setki kolejnych tytułów, które trafiały do mojego puchnącego wciąż schowka (w którymś momencie miałam w nim około 200 książek "do przeczytania"!). Bieżące dyskusje, rady, podpowiedzi...

Kilka lat temu po raz pierwszy trafiłam na spotkanie łódzkich Biblionetek w realu. To kolejny owoc tego portalu. Znajomości, rozmowy, można powiedzieć, że i przyjaźń, która zainspirowała mnie do szeroko pojętej twórczości, w tym powrotu do dziergania.

I nagle-ciach! Rok temu nastąpiła awaria, wielkie bum! i Biblionetka po prostu zniknęła... Nie podniosła się po tej katastrofie do dziś...

Pierwsze tygodnie były dla mnie strasznie trudne! Jak to? Co ja będę czytać? Mimo, że czasami ilość biblionetkowych informacji mnie przytłaczała, to jednak prawie codziennie tam zaglądałam i czytałam kolejne recenzje, wątki na forum. A teraz co???

I moje wszystkie listy, oceny! Mój schowek! Wszystko przepadło! Skąd teraz będę wiedzieć czy daną książkę czytałam czy nie, czy mi się podobała czy nie??? Skąd będę wiedziała, co chcę przeczytać??? Próbowałam odtwarzać jakoś moje listy, póki pamięć mnie nie zawodzi do końca (ale niewiele pamiętałam, bo przecież po to zapisywałam w Biblionetce, żeby nie obciążać pamięci...), próbowałam z innych źródeł czerpać nowe inspiracje. 

Początek był naprawdę trudny. Patrząc z perspektywy-to było jak odwyk od uzależnienia. 

Część Biblionetkowiczów stworzyła grupę dyskusyjną dzięki internetowemu komunikatorowi. Ale nagle przekonałam się, że to osoby, które znają się ze zlotów, ze spotkań lokalnych,  a ja czuję się tam zupełnie obco, nie pasuję. Dokładnie takie samo odczucie pojawiło się na kolejnym łódzkim spotkaniu.

I tak stopniowo Biblionetka mnie opuszczała, a może to ja opuszczałam ją...Po szoku i poczuciu braku nastąpił czas oswajania się z tą sytuacją, zerkania czasem na inne książkowe portale, ale towarzystwo, które na nich pisze i ocenia, dość szybko mnie odstraszyło. Nie ta jakość, szkoda czasu.

Aż w końcu przyszedł etap wolności. Tak, wolności. Pewnego dnia poczułam, że mogę czytać, co chcę. Mogę iść do biblioteki i spontanicznie coś w niej wybrać. Wreszcie nie mam poczucia powinności przy wyborze lektur (bo jak to będzie wyglądało, jak się okaże, że spodobała mi się jakaś słaba książka...) Wreszcie nie mam wyrzutów sumienia i poczucia gorszości, bo nie znam powieści Tołstoja, a Dickens zwyczajnie mi się nie podoba (to poglądy zdecydowanie sprzeczne z tym, co czytałam na Biblionetce...).

Jestem zaskoczona, jak bardzo portal, który miał być dla mnie narzędziem i pomocą, zaczął mną rządzić i uzależnił mnie od swoich opinii. Jak dałam się omotać, oddałam swoją wolność i możliwość samodecydowania.

Dziś czuję się jak dwadzieścia lat temu. Zaczynam czytać (dopiero teraz, po roku!) spontanicznie, decydować sama, na co mam ochotę. Jeśli coś mnie nudzi-odkładam po kilkudziesięciu stronach bez wyrzutów sumienia. Jeśli coś mi się podoba-nie patrzę, że to akurat popularna literatura kobieca. Skończyły się setki inspiracji, rzeka tytułów przestała płynąć do mojej głowy, ucichło milion bodźców.

Poczułam czytelniczą lekkość. Wróciła radość. I spokój. Okazuje się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ;) 

sobota, 1 sierpnia 2026

Sukienka "mrożone owoce"

 

100% bawełna, druty nr 3.5. Prawe oczka z reglanem.

Zużyłam 3 motki włóczki.



Torba w szarościach

 

W ramach wyrabiania zalegających od lat  włóczek i sznurków. Zrobiona szydełkiem nr 4. Uchwyt gotowy. 

Torba shopperka z odzysku

 

To była jedna z pierwszych zrobionych przeze mnie toreb. Miała gotowe uszy do noszenia na ramieniu. Ale jest zrobiona z resztek włóczki i jest bardzo miękka, duża i niewygodna na ramię. 

Znów zostały mi resztki sznurka, sztywnego, więc dostała nowe krótkie uchwyty i będzie idealna na zakupy. 

Torba w czerwieni z gotowym dnem

 




Torba ze sznurka, ślicznego, kolorowego, sztywnego, ale łatwego w pracy. Dno z eko skóry sprawia, że bez problemu można ją postawić. Szydełko nr 4.




sobota, 25 lipca 2026

"Dlaczego kobiety uprawiają ogrody" Alice Vincent

 Rok pierwszego wydania: 2025

Ocena: 2/6



Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie warto kupować nowości, gdyż są zwykle świetnie reklamowaną lekturą jednorazową, a czasem niestrawną i niemożliwą do skończenia. I że nie można oceniać książki po okładce. Ani po opisie na tejże. Rok temu popełniłam wszystkie te błędy jednocześnie. Zauroczyła mnie piękna okładka i grafika na jej wewnętrznej stronie. Zachęcił opis. I kupiłam. Przebrnęłam przez sto stron...I odłożyłam ją na półkę z myślą, że może nie wpasowuje się w mój chwilowy nastrój? Mimo, że zaczęłam ją czytać latem, kiedy ogród kusi swymi kolorami, co powinno sprzyjać czytaniu o ogrodach, jakby nie patrzeć... Przeleżakowała na półce rok i dałam jej drugą szansę, liczyłam, że tym razem ją skończę. Niestety nie dam chyba rady...

Opis na okładce obiecuje wzruszające opowieści kobiet, mające mnie oczarować. Opowieści o ich ogrodach i powodach, dla których je założyły i uprawiają. Niestety w środku znalazłam przede wszystkim neurotyczne opowieści autorki o jej przemocowych związkach, rozstaniach, presji na posiadanie dziecka itd. Jeśli już oddaje głos innym kobietom, to są to mocno streszczone historie, z reguły smutne, bo okazuje się, że ogród ma głównie koić ból duszy. 

Spodziewałam się ogrodów. Pięknych opisów roślin, rozmów w cieniu drzew, zachodów słońca, kropelek rosy. Spodziewałam się pięknej opowieści o kobietach. Siostrzanego ciepła, porozumienia dusz. Przede wszystkim rozmów. Nic z tego nie dostałam.

Książka jest zwyczajnie nudna. Chaotyczna. Bez polotu. Ani styl, ani język kompletnie nie porywają. Nie raz miałam wrażenie, że czytam jakiś feministyczny bełkot pseudoliteracki. Miałam wrażenie, że autorka nie miała co robić w czasie pandemii i po niej i żeby się czymś zająć, zaczęła pisać jakieś notatki. Które potem o dziwo ktoś wydał. Gdyby wycisnąć tekst, z 340 stron zostałoby może kilka kartek.

Wielkie rozczarowanie....A szkoda, bo z tego tematu można by zrobić naprawdę piękną opowieść.

piątek, 24 lipca 2026

"Schronisko, które przestało istnieć" Sławek Gortych

 Rok pierwszego wydania: 2022

Ocena: 5/6



Po raz kolejny tego lata mogę powiedzieć: dawno nie sięgałam po kryminał! Bardzo dawno! Ale to lato rządzi się swoimi prawami i czasem warto zrobić odstępstwo od reguły. Tym bardziej, że jakiś czas temu o "Schronisku..." było dość głośno, ma wiele dobrych recenzji i zbierało nagrody jako książka roku. Tym bardziej, że zbiegiem różnych okoliczności "Schronisko..." znalazło się w moim domu i kusiło, by jednak dać mu szansę. Więc dałam. I nie żałuję swojej decyzji.

Max, młody stomatolog, ma do wykorzystania zaległy urlop. Mimo ponurej listopadowej aury postanawia jechać w Karkonosze, do nieczynnego schroniska Pod śnieżnymi kotłami, które niedawno kupił jego ulubiony wujek. Niestety, kilka tygodni wcześniej mężczyzna zginął w wypadku, spadł w przepaść robiąc zdjęcie. Max nie może sobie wybaczyć, że nie miał czasu wcześniej odwiedzić wujka. 

W opuszczonym schronisku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Okazuje się, że wujek dostał przed śmiercią pocztówkę z pogróżkami. Podobną korespondencję odebrał też właściciel innego schroniska. Czy rzeczywiście we wrześniu wydarzył się w górach nieszczęśliwy wypadek? Czy komuś zależało na tym, żeby Artur zginął? Max zaczyna robić swoje dochodzenie, a atmosfera stopniowo się zagęszcza. Adrenalina rośnie ;)

W międzyczasie wychodzą na jaw rodzinne tajemnice, które mnożą w głowie Maxa kolejne zagadki. 

We współczesną akcję kryminalną wpleciona jest ciekawie opowiedziana okołowojenna historia Karkonoszy, w której splatały się losy Czechów, Niemców i Polaków.

Rzeczywiście powieść wciąga. Nie jest to kryminał podobny do dziesiątki innych wydanych w ostatnim miesiącu. Widać, że autor pasjonuje się historią tego regionu, ma szeroką wiedzę, którą dzieli się z czytelnikami. "Schronisko..." spodobało mi się na tyle, że zamówiłam w bibliotece kolejny tom.

czwartek, 23 lipca 2026

"Myszy i ludzie" John Steinbeck

 Rok pierwszego wydania: 1937

Ocena: 6/6



Wreszcie trafiłam na powieść, która znów mnie zachwyciła, wchłonęła i przywróciła chęć na czytanie! Po raz kolejny Steinbeck okazał się niezawodny!

"Myszy i ludzie" to książeczka dość krótka, ot 120 stron. Ale jaka intensywna, jaka emocjonalna, jaka treściwa!

Lata 30-te XX wieku, wielki kryzys gospodarczy w Stanach. "Kilka mil na południe od Soledad rzeka Salinas zbliża się do wzgórz, a jej nurt nabiera głębi i zielonkawej barwy". George i Lennie wspólnie wędrują od farmy do farmy "za pracą". Przywódcą tego duetu jest George, a wielki, silny, ale upośledzony Lennie jak małe dziecko podąża za nim i słucha go we wszystkim. Nieświadomy swojej siły gigant ciągle pakuje się w jakieś poważne kłopoty i obaj muszą uciekać z kolejnych farm. Marzą o posiadaniu kawałka własnej ziemi, by móc być niezależnymi, pracować dla siebie. Lenny ma w głowie jedno: George obiecał mu, że będzie mógł dbać o króliki. Bo Lenny bardzo lubi głaskać wszystko, co miłe, miękkie, aksamitne i przyjemne w dotyku. Niestety, to upodobanie po raz kolejny prowadzi do tragedii...

Steinebck stworzył niesamowitą atmosferę, aż iskrzącą się od narastającego napięcia. Dość szybko czytelnik spodziewa się, że coś się stanie, tylko nie wiadomo co. Jakaś tragedia wisi w powietrzu. George też się jej spodziewa, dlatego uczy Lenniego, gdzie ma się schować i na niego czekać, kiedy znów coś nabroi...

Powoli Steinbeck staje się jednym z moich ulubionych pisarzy.

wtorek, 7 lipca 2026

"Lawendowy pokój" Nina George

 Rok pierwszego wydania: 2014

Ocena: 3,5/6



Dawno nie sięgałam po tzw babskie czytadła. Od dawna jestem rzadkim gościem w bibliotekach. Jednak urlop rządzi się swoimi prawami. Kiedy więc w nadmorskiej bibliotece w moje ręce wpadła powieść o książkach, nie wahałam się ani chwili! 

Pięćdziesięcioletni Jean Perdu jest właścicielem Apteki Literackiej, czyli księgarni na barce w Paryżu. Dobiera książki dla swoich klientów niczym farmaceuta medykamenty. Umie czytać ludzkie emocje i dobiera tytuły wg potrzeb: pocieszające, wzruszające, odstresowujące, dodające odwagi itd. Tylko sobie nie potrafi pomóc...Dwadzieścia jeden lat temu odeszła od niego ukochana kobieta, a Jean przestał wtedy tak naprawdę żyć i czuć. 

Kiedy w kamienicy pojawia się porzucona przez męża Catherine, której sąsiedzi próbują pomóc, w ręce Jeana trafia przez przypadek list napisany przez ukochaną Manon w dniu jej odejścia. Przez dwadzieścia jeden lat Jean nie chciał go otworzyć, bo po co czytać oklepane, banalne wyjaśnienia...Tym razem zdobywa się na odwagę. Słowa, które czyta, przewracają jego życie do góry nogami, a wydarzenia sprzed lat stawiają w zupełnie innym świetle...

Pewnego letniego dnia Jean podejmuje spontaniczną decyzję: odcumowuje barkę i rusza przez piękną Prowansję do miejsca, w którym mieszkała Manon, by spotkać się  z jej mężem. W ostatniej chwili na pokład wskakuje Max, młody pisarz, który chce uciec przed nachalnymi fankami i poszukać natchnienia na nową powieść. I tak rozpoczyna się długa, pełna przygód, ale też rozmyślań o życiu i przeszłości, podróż przez malownicze rejony Francji.

Początek powieści  mnie zauroczył, jak to się zwykle dzieje, gdy akcja dotyczy książek, a główny bohater jest księgarzem! Książki, wszędzie książki, w mieszkaniu Jeana, na barce! Tyle inspirujących tytułów! Ale im dalej tym robi się mniej książkowo, a bardziej miłośnie i romansowo, zaś zakończenie jest typowym wyciskaczem łez.

To dobra lektura na leniwe, urlopowe dni i wieczory pełne nicnierobienia.

czwartek, 2 lipca 2026

Letnie bluzeczki ażurowe

 



Obie zrobione w zeszłym roku. Obie z włóczki Drops Safran, na drutach nr 3. Robione na około, od dołu, zszywane na ramionach.

Bardzo przewiewne, cienkie, idealne na upały.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Letnia torba niebieska

 


Torba zrobiona ze sznurka Yarn Art, na szydełku nr 6. Dzięki ścisłemu splotowi jest dość sztywna. Krótkie rączki z tego samego materiału. 

Zużyłam niecały motek.

niedziela, 28 czerwca 2026

"Podróże z Herodotem" Ryszard Kapuściński

 Rok pierwszego wydania: 2004

Ocena: 5+/6



Nie wiem, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o "Dziejach" Herodota, ale w mojej głowie ten tytuł tkwi już od dawna. Jednak wciąż podchodzę z wielką nieśmiałością do tej obszernej książki, tym bardziej, że została napisana prawie 500 lat przed Chrystusem! Gdy pojawiła się w moim Kalendarzu Adwentowym w zeszłym roku i tym samym zajęła miejsce na półce z książkami, przypomina mi o sobie coraz częściej. I coraz większą mam ochotę wreszcie ją przeczytać.

Jednak koleżanka, dużo bardziej oczytana niż ja, podpowiedziała mi, żebym najpierw sięgnęła po "Podróże z Herodotem" Kapuścińskiego. A że lato kojarzy się nie tylko z lekkimi powieściami przygodowymi, ale też z podróżami, a Kapuściński na mojej półce czeka już dość długo na swoją kolej, posłuchałam rady koleżanki.

Wybitny polski reportażysta tym razem sięgnął po wątki autobiograficzne i cofnął się do początków swojej pracy. Wtedy to po raz pierwszy został wysłany do Indii. 

"Na koniec tej rozmowy, w której dowiedziałem się, że jadę w świat, Tarłowska sięgnęła do szafy, wyjęła książkę i podając mi ją powiedziała: -To ode mnie, na drogę. Była to gruba książka w sztywnych, pokrytych żółtym płótnem okładkach. Na froncie przeczytałem wytłoczone złotymi literami nazwisko autora i tytuł: Herodot. DZIEJE" (str 14)

Z wielkim zainteresowaniem czytałam o wrażeniach i przeżyciach młodego Kapuścińskiego, którego marzeniem, po podróżach po małych polskich miasteczkach i wsiach, było przekroczyć granicę. Jego marzenie spełniło się w niespodziewanej skali. Znalazł się w zupełnie obcym świecie, bez znajomości języka, zaskoczony, zagubiony, zauroczony. 

Tak rozpoczęły się jego podróże na daleki i bliski Wschód czy do Afryki. W tych podróżach towarzyszyły Kapuścińskiemu "Dzieje" Herodota. Stąd też tytuł książki. Autor przytacza fragmenty "Dziejów" nawiązujące do rejonów, w których był i je czytał, ale też do jego przemyśleń i wrażeń. Fragmenty te komentuje, czasem streszcza. Daje wspaniałą lekcję historii starożytnej, nawiązując do "Dziejów". Zawsze byłam na bakier z tym przedmiotem w szkole, a i później jakoś nie było za bardzo czasu i okazji nadrabiać zaległości. Tym bardziej czytam książkę z wielkim zaciekawieniem i już planuję kolejne lektury dotyczące Antyku. 

U Kapuścińskiego więcej Herodota niż podróży nawet!

"Wtedy, w Kongu, historie opisywane przez Herodota tak mnie wciągnęły, że chwilami bardziej przeżywałem grozę narastającej wojny między Grekami i Persami niż tej aktualnej, kongijskiej, na której byłem korespondentem" (str. 157)

Między wierszami przewijają się realia głębokiego PRL-u, warunki podróżowania w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego wieku. Ale...

"Wracam do Herodota. Częste czytanie jego dzieła i nawet pewne zżycie się, swoisty rodzaj obycia się i przyzwyczajenia, odruchu i nawyku zaczęły wywierać na mnie dziwny wpływ, którego nie umiem dokładnie zdefiniować. Na pewno wprowadza mnie on w stan, w którym przestaję odczuwać, że istnieje bariera czasu, że od wydarzeń opisywanych przez Greka dzieli mnie dwa i pół tysiąca lat, przepaść, w której spoczywa i Rzym, i średniowiecze, narodziny i istnienie Wielkich Religii, odkrycie Ameryki, Odrodzenie i Oświecenie, maszyna parowa i iskra elektryczna, telegraf i samolot, setki wojen, w tym dwie światowe, odkrycie antybiotyku, eksplozja demograficzna, tysiące i tysiące rzeczy i zdarzeń, które - gdy czytamy Herodota- znikają, jakby ich nie było albo zeszły z pierwszego planu, z czoła sceny, i cofnęły się w cień, skryły za kotarą, za kulisami" (str 206) 

To moje pierwsze spotkanie z Kapuścińskim. Bardzo udane. Piękny język, spójne zdania, przemyślana konstrukcja. 

I na pewno zachęcił mnie do sięgnięcia wreszcie po "Dzieje"! Mam nawet może takie samo wydanie z 1959 roku, jak to, które dostał Kapuściński u progu swych podróży! 



piątek, 26 czerwca 2026

Książki i włóczki



 Jakiś czas temu w szafie z książkami przyczaiły się włóczki. Na początku sięgałam po nie nieśmiało, zachwycona kolorami i miękkością. Musiałam sobie przypomnieć podstawy robienia na drutach czy szydełku, których nie używałam od wieku nastoletniego. Jednak moja artystyczna dusza coraz bardziej wyrywała się do miękkich dzianin, a w głowie rodziły się kolejne kreatywne pomysły. 

I tak wpadłam po uszy. Coraz szybciej przerabiam kolejne oczka, coraz częściej zamawiam paczuszki z nowymi motkami. Wskazówki z tutoriali i filmików przerabiam na swoje pomysły.   To doskonałe zajęcie dla rąk podczas długich rodzinnych rozmów. A gdy w domu panuje cisza, włączam audiobooka, który umila dzierganie. W czasie panujących właśnie afrykańskich upałów dzierganie jest jedną z niewielu czynności, na jakie mam siłę. Umysł bardzo zmęczony emocjami i wydarzeniami ostatnich miesięcy, nie chce już nawet czytać, za to doskonale odpoczywa przy robótkach, które są jak medytacja. 

Chciałabym gromadzić na blogu wspomnienia zrobionych bluzeczek czy toreb, żeby móc wracać do nich w przyszłości. Tym bardziej, że obie moje pasje przeplatają się i dają równie dużo radości.

Wszystkie prezentowane robótki i wyroby są moimi autorskimi pomysłami. Do tej pory nie robię nic wg schematów czy wzorów. 

niedziela, 21 czerwca 2026

"Pani Dalloway" Virginia Woolf

Rok pierwszego wydania: 1925

Ocena: 5/6


Kolejna powieść, o której myślałam od wielu, wielu lat. Jej tytuł wciąż gdzieś wpadał mi w oko, opisy kusiły, a jednak wciąż było mi z nią nie po drodze. Aż przyszedł jej czas.

Pewnego czerwcowego dnia w 1923 roku pani Dalloway wychodzi rano z domu po kwiaty na wieczorne przyjęcie. Tego samego dnia wraca z Indii Peter Walsh, młodzieńcza miłość i niedoszły kandydat na męża Clarissy. W tym czasie Rezia prowadzi na spacer  swojego męża Septimusa, ogarniętego powojenną traumą i planującego samobójstwo. Ścieżki tych postaci przecinają się, choć sami o tym nie wiedzą. 

Akcja powieści dzieje się w ciągu jednego dnia. Na pierwszy rzut oka niewiele się tu dzieje. Ale to nie ma znaczenia. Bo tym, co mamy poznać, obserwować, to strumień myśli bohaterów, ich wspomnienia, przemyślenia, wizje. 

Jednym z głównych bohaterów powieści jest też Londyn okresu międzywojennego. Miasto tętniące życiem, skupione wokół królowej. Miasto kontrastów, pełne energii, leczące rany po wielkiej wojnie. 

Powieść jest smutna, chwilami wręcz przygnębiająca. Clarissa myśli o przemijaniu, nieubłaganym upływie czasu, straconych szansach, o tym, jak nasze decyzje decydują o reszcie życia. Bardzo szczegółowe, wręcz schizofreniczne wizje Septimusa, które podobno autorka znała z autopsji, zapierały mi dech w piersiach. 

Cechą stylu Woolf są długie, wielokrotnie złożone zdania. Początkowo nieco mnie męczyły, ale szybko wpadłam w ten rytm i dałam się ponieść ich poezji.

środa, 17 czerwca 2026

"Przygody Tomka na Czarnym Lądzie" Alfred Szklarski

 Rok pierwszego wydania: 1958

Ocena: 4/6



 Kolejna przyjemna, letnia, wakacyjna lektura. Tym razem wędrowałam wraz z łowcami dzikich zwierząt po upalnej afrykańskiej dżungli. 

Tomek jest starszy i poważniejszy niż w pierwszej części. Uczestnicy wyprawy powierzają mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania, pozwalają na uczestniczenie w niebezpiecznych polowaniach. Chłopiec chce być coraz bardziej samodzielny, co nie raz stawiało go w sytuacji zagrażającej jego życiu. 

Z zaciekawieniem czytałam opisy zwyczajów panujących wśród rdzennej ludności Afryki. Nie zrażały mnie zachowania białych mężczyzn, które dziś byłyby na pewno oceniane jako rasistowskie. Pamiętam, kiedy i w jakim świecie powieść została napisana. A jej akcja toczy się na samym początku XX wieku, więc jeszcze wcześniej niż rok wydania!

Akcja biegła trochę nierówno. Były momenty, że nic się nie działo, przeważały opisy, np. jazdy koleją. Za to końcówka przybrała niesamowitego tempa, jakby Autor nagle przypomniał sobie, że napisał już za dużo stron! Mrożąca krew w żyłach scena atakującego Tomka nosorożca urwała się w połowie,  kilka stron przed końcem powieści, by potem jedynie być wspomnianą w liście do Sally. 

Mam też trochę zarzutów do dość sztucznych dialogów. Ich pompatyczny ton nie pasował za bardzo do rozmów bliskich przyjaciół, toczących się przy ognisku czy w trakcie monotonnej, wielogodzinnej przeprawy konnej.

Mimo to książkę czytało się szybko i przyjemnie. Lubię wracać do klasyki, zarówno tej dorosłej, jak i młodzieżowej. Odpowiada mi dużo bardziej niż płytkie powieści współczesne, o czym nie raz już wspominałam.

piątek, 29 maja 2026

"Telemach w dżinsach" Adam Bahdaj

 Rok pierwszego wydania: 1979

Ocena: 4+/6



Piętnastoletni Maciek Łańko jest sierotą. Mieszka w internacie przy szkole zawodowej. Nie zna swojego ojca, który odszedł od żony i syna, gdy ten był malutki. Pewnego dnia Maciek przez przypadek widzi w telewizji ojca-przodownika pracy w budowanym kombinacie. Postanawia go odnaleźć, poznać, porozmawiać z nim. Ucieka z internatu i wyrusza w podróż. Niemiłe i zaskakujące zdarzenia pojawiają się już na początku, gdy poznany w pociągu mały Romeo oszukuje Maćka i zabiera mu bilet. 

Niestety, Maciek nie zastaje ojca w kombinacie. Nie poddaje się jednak. Potrzeba znalezienia bliskiej osoby, opiekuna jest silniejsza niż wszystko inne...Niestety, w czasach, kiedy nie było jeszcze internetu ani komórek, sprawa nie była taka prosta...Chłopak ma być odesłany do internatu, jednak znów ucieka.  A potem jest już tylko coraz bardziej ciekawie, ale i momentami niebezpiecznie. 

Bardzo pozytywnym (dla mnie) akcentem jest to, że Maciek dużo czyta. Zna doskonale Odyseję, Parandowskiego, uwielbia przygodowe powieści Londona, Curwooda, rzuca imionami bohaterów, faktami, a nawet wiezie książkę w plecaku. 

Książkę czytałam po raz pierwszy w podstawówce. Powrót do niej nie zawiódł mnie. To chyba jedna z najlepszych i najpoważniejszych powieści Bahdaja, jaką czytałam.

czwartek, 28 maja 2026

Lato tuż tuż czyli co czytuję w wakacje


 Choć dopiero maj i jeszcze kilka dni temu było bardzo zimno, nagle wokoło wybuchło lato. Rozkwitają akacje, łubin pyszni się wszystkimi kolorami tęczy, hamak w ogrodzie rozwieszony. Oddychając upalnym powietrzem, przypomniałam sobie wiersz Brzechwy, którego nauczyłam się pewnie w przedszkolu:


Przyjście lata

Jan Brzechwa



I cóż powiecie na to,
Że już się zbliża lato?

Kret skrzywił się ponuro:
- Przyjedzie pewnie furą.

Jeż się najeżył srodze:
- Raczej na hulajnodze.

Wąż syknął: - Ja nie wierzę.
Przyjedzie na rowerze.

Kos gwizdnął: - Wiem coś o tym.
Przyleci samolotem.

- Skąd znowu - rzekła sroka -
Nie spuszczam z niego oka
I w zeszłym roku, w maju,
Widziałam je w tramwaju.

- Nieprawda! Lato zwykle
Przyjeżdża motocyklem!

- A ja wam to dowiodę,
Że właśnie samochodem.

- Nieprawda, bo w karecie!
- W karecie? Cóż pan plecie?

- Oświadczyć mogę krótko,
Przypłynie własną łódką.

A lato przyszło pieszo -
Już łąki nim się cieszą

I stoją całe w kwiatach
Na powitanie lata.



 Często o tej porze roku, w przededniu wakacji (których tak naprawdę nie mam już od ponad ćwierć wieku!) zaczynam tęsknić do młodzieżowych powieści przygodowych z lat 70-tych. Taka dziwna przypadłość. Gdy poczuję pierwsze palące promienie słońca, a dzień jest wreszcie tak nieprzyzwoicie długi, że po 21 jest jeszcze widno, przypominają mi się książki Bahdaja, Szklarskiego czy Ożogowskiej. Po raz kolejny przeglądam Internet w poszukiwaniu nieznanych mi jeszcze tytułów, którymi zaczytywali się młodzi ludzie w pokoleniu moich rodziców. 


Tym razem na pierwszy ogień poszedł "Telemach w dżinsach", którego czytałam chyba w drugiej połowie podstawówki i "Awantura o Basię", jedna z pierwszych samodzielnych lektur. Obie pełne przygód, lekkie, przyjemne. Pozwalają poczuć się znów na chwilę dzieckiem.



wtorek, 26 maja 2026

"Rzeczy, które mogą nas ocalić" Lorenza Gentile

 Rok pierwszego wydania: 2025

Ocena: 4/6



Dwudziestosiedmioletnia Gea od kilku lat mieszka w Mediolanie, w pięknej dzielnicy nad kanałem Naviglio. Wychowała się w Twierdzy ukrytej w środku lasów, z dala od ludzi, pod czujnym okiem ojca, przygotowującego dzieci i rodzinę na zbliżający się kataklizm. Nikt nie wie, z której strony przyjdzie zagrożenie, ale jest ono pewne. Koniec towarzyszy dziewczynce w każdej chwili dnia i nocy, jest czujna, wyćwiczona, nawet jej strój jest przystosowany do szybkiej ucieczki. Gea nigdy nie chodziła do szkoły, nie miała przyjaciół, nie znała nikogo poza rodzicami i bratem. Raz w życiu tata zawiózł dzieci do babci, do Mediolanu. Między kobietą i dziewczynką nawiązała się niesamowita więź. Niestety, nie było im dane więcej się spotkać.

Po latach Gea przyjmuje mieszkanie po babci. Ma trudności z zawieraniem znajomości. Zarabia na skromne życie naprawami różnych sprzętów. Wszystkich zaskakuje widok młodej dziewczyny w ogrodniczkach, ciężkich butach, z narzędziami w kieszeni. W domu rodzinnym ojciec był przeciwny jakimkolwiek zakupom, nauczył dzieci odnawiania rzeczy znalezionych na wysypiskach śmieci, dawania sprzętom nowego życia.

Osiedle, na którym zamieszkała Gea, pełne jest wąskich, klimatycznych uliczek, małych sklepików istniejących tu od pokoleń. Wielu sąsiadów mieszka tu od urodzenia. Z okna mieszkania Gea widzi dawno zamknięty sklepik Il Nuovo mondo, prowadzony kiedyś przez przyjaciółkę babci, wypchany wtedy pięknymi, zadbanymi starociami. Wspomnienie tego miejsca, w którym spędziła dosłownie kilka godzin, towarzyszyło jej przez lata izolacji w Twierdzy. Gdy okazuje się, że agencja nieruchomości wystawia lokal na sprzedaż, Gea wpada w panikę i szuka sposobu, jak uratować to miejsce. Okazuje się, że wśród sąsiadów ma przyjaciół, którzy chętnie pomogą jej w realizacji tego zamierzenia...

Przyjemna opowieść, dobrze napisana. Cosy book na "złe czasy". O tym, jak trudne bywa życie introwertyka. O wychodzeniu ze strefy komfortu. O sile więzi. O tym, że nowe nie zawsze oznacza lepsze. I to w wielu znaczeniach.

Minusem jest konstrukcja głównej bohaterki. Jak dla mnie-jej kontakty z sąsiadkami zbyt szybko stają się tak łatwe, jak na osobę, która ponad dwadzieścia lat spędziła w izolacji od świata. Nie przekonują mnie jej zachowania i rozmowy, jakie prowadzi. 

Dużym plusem są cytaty z książek, filmów, które Gea wypisuje na karteczkach i podrzuca na podwórku, albo wsuwa sąsiadowi pod drzwi. 

piątek, 15 maja 2026

"Ciotka Zgryzotka" M. Musierowicz

 Rok pierwszego wydania: 2018

Ocena: 4/6



Uff...Ostatni tom Jeżycjady! Rozczarowanie rośnie, więc dobrze, że to już koniec.

Tym razem spotykamy Borejków kilka lat starszych, niż w "Febliku". Dzieci dorastają, zmieniają szkoły, dorosłym przybywa lat i schorzeń ;) Ida  remontuje swoją wymarzoną ruinkę (trochę czasu jej to zabrało...), którą dostała w prezencie od przyszłej synowej.  Józinek, zdolny student architektury, rozbudowuje dla odmiany dom Rumianków i szykuje się do bliskiego już ślubu. Ignaś też remontuje ;) - mieszkanie na Roosevelta, w oczekiwaniu na rychłe narodziny pierwszego potomka! Za to lorek remontuje mały pawilon, w którym mają zamieszkać Gabrysia i Grześ. Strasznie dużo tych remontów w "Ciotce", niektóre ciągną się latami, bo zaczęto je jeszcze w "Febliku" ;)

W gościnę (i teoretycznie do pomocy) przybywa do Idy Nora, przeżywająca burzliwy czas dojrzewania i głęboki kryzys relacji z rodzicami, zwłaszcza Florkiem. I chyba to Nora miała być główną, nastoletnią bohaterką tej części, jednak ten wątek zdecydowanie mnie zdegustował. Znów mnóstwo dziwnych wydarzeń na przestrzeni zaledwie kilku dni: podglądający Norę zwyrodnialec, dziwne eksperymenty Dentysty i Podeszwy, Nora uwięziona w stodole, uciekająca przez okno, atakowana przez psa, wspinająca się na drzewo itd itd...Rety, za dużo tych skoków adrenaliny jak na jeden dzień i jedną dziewczynę wg mnie ;)

Ponieważ już na samym początku Nora przez przypadek topi Idusiową komórkę w kuble z farbą, a swoją wyłączoną gubi gdzieś w trawie (czemu ona nie szuka tego nowiutkiego telefonu na małym w sumie terenie???), w książce pojawia się sporo maili. Zabieg ten wykorzystała autorka już we "Wnuczce" pod pozorem braku zasięgu w okolicy domu Rumianków i tu wygląda mi już nieco wtórnie.

Zaskoczyła mnie przemiana Agnieszki - z delikatnej, ciągle mdlejącej dziewczyny w stanowczą, wprowadzającą swoje rządy na Roosevelta młodą żonę i przyszłą matkę. Pod jej dyktaturą Ignaś stał się już totalnym pantoflarzem, który nie umie się w niczym sprzeciwić ubóstwianej kobiecie :/ Zgadza się nawet zlikwidować pamiątkową tablicę korkową z kuchni, stanowiącą przecież symbol Borejkowej historii! A jakże okrutne jest uświadamianie Ignasiowi przez żonę, że rodzina nie raz raniła na pewno jego uczucia. Przestałam zupełnie lubić Agnieszkę, niestety.  

Poczułam w "Ciotce" zmierzch tej sagi, jakiś koniec (choć miał być jeszcze jeden tom). Wraz z wyprowadzką Gabrysi i Grzegorza na wieś, do Pulpecji, na Roosevelta rozpoczynają się niepodzielne rządy młodego pokolenia. Panią domu zostaje oficjalnie Agnieszka. Zmienia się też mieszkanie, powstaje nowa łazienka, znikają odwieczne regały z książkami i filodendron. Nie mam już ochoty wracać do kuchni Borejków, pić herbatki przy ich dużym kuchennym stole, nad którym nie ma już nawet korkowej tablicy z wiszącym na niej zawsze hasłem: kto mlaszcze... Klimat dawnego mieszkania, dawnej kuchni, próbuje odtworzyć w swoim domu Patrycja, ale w powieści trafiamy tylko na niewielkie wzmianki o tym.

Coraz bardziej zgrzyta mi słownictwo, jakim posługuje się autorka. Jego poziom i klasa, które doceniam w początkowych częściach, drastycznie spada w końcowych. Miałam wrażenie, że pani Musierowicz próbuje zaszczepić, przemycić młodzieży wysoką kulturę, w której została wychowana. I to był wg mnie atut Jeżycjady. Bohaterowie czytali klasykę, chadzali do opery czy filharmonii, słuchali dobrej muzyki. Nie bluźnili, nie mówili młodzieżowym slangiem. W ostatnich tomach wszystko to zanika. A już zwracanie się Florka do szwagra per: Grzechu przyprawia mnie o ciarki zniesmaczenia :/ 

Im bliżej końca serii, tym mniej głębi w tych powieściach. Brakuje mi wnikania w dusze bohaterów, brakuje mi ich mądrych, ciepłych rozmów, brakuje mi zadumy, ale i żartów. Brakuje mi tego "czegoś", co sprawia, że do pierwszych tomów wracam bardzo często. Brakuje mi opisów realiów, w jakich przyszło żyć bohaterom w danym czasie. Z początkowych tomów mam wypisane mnóstwo wspaniałych cytatów, tytułów książek, po które chcę kiedyś sięgnąć, idąc w ślady jeżyckich bohaterów. Z ostatnich tomów praktycznie nie miałam co wypisywać :( Mam wrażenie, że tym razem trzymam w ręce zwyczajne, płytkie czytadełko dla dorastających dziewczynek (jeśli jeszcze w ogóle czytają Jeżycjadę?) jakich wiele wydaje się każdego miesiąca. Szkoda. 

Ale mimo wszystko jestem wdzięczna pani Musierowicz za to, że wystarczyło jej zapału, chęci, sił i pomysłów na pisanie tej niepowtarzalnej sagi przez kilkadziesiąt lat! 

I cieszę się, że nadal mogę wracać do "Szóstej klepki", "Kwiatu kalafiora" czy "Opium w rosole", że znów mogę spotkać nastoletnią Gabrysię, Nutrię z świeżo wyrośniętymi zębami, czy małą Genowefę pukającą do drzwi z pytaniem, co mają na obiadek :D