piątek, 6 września 2024

"Francja. Radość życia" Cathy Yandell

 Rok pierwszego wydania: 2023

Ocena: 4,5/6



We Francji, w Paryżu byłam tylko raz, prawie 30 lat temu, na wycieczce. Biegając między muzeami nie miałam za bardzo okazji nasiąknąć klimatem tego miasta. Literatura francuska też nie jest tym czym się zaczytuję. Ale w ostatnim czasie zbiegiem różnych okoliczności wpadły mi w ucho francuskie piosenki, do ręki książka francuskiej autorki, a obecnie czytam "Sławę i chwałę" Iwaszkiewicza, w której to powieści bohaterowie bywają właśnie w Paryżu. Kiedy więc trafiłam na zachęcającą recenzję "Francji" autorstwa  osoby, co do której gustów czytelniczych i znawstwa mam duże zaufanie, pobiegłam do biblioteki i zanurzyłam się w opowieści o tym mało mi znanym kraju.

Autorka jest Amerykanką, która po raz pierwszy odwiedziła Paryż w wieku kilkunastu lat w ramach wymiany studenckiej i...zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia! Po latach wróciła już z mężem i z dziećmi na kilka lat, jako wykładowczyni literatury na uczelni. Zapragnęła wtopić się w miasto, w kulturę, jak tylko jest to możliwe dla obcokrajowca. Przy okazji nie uniknęła oczywiście mniejszych i większych wpadek, o których z dużym dystansem i poczuciem humoru opowiada w książce. Jednak to nie zabytki czy sztuka były głównym obiektem jej zainteresowań, a przynajmniej tak wywnioskowałam z czytanej lektury, a szeroko rozumiana radość życia, która charakteryzuje Francuzów. Jej źródeł jest wiele, zarówno małych jak i dużych. Paryżanie są mistrzami celebrowania posiłków i gotowania (jest np. zakaz jedzenia w pracy przy komputerze i biurku, gdyż śniadanie powinno być spożywane w oderwaniu od obowiązków zawodowych, najlepiej w uroczej knajpce w miłym towarzystwie).  Cenią sobie dobre relacje międzyludzkie, lubią się spotykać z rodziną czy przyjaciółmi, ale też porozmawiać ze sprzedawcą warzyw czy piekarzem z sąsiedniej ulicy. Czerpią mnóstwo czysto zmysłowej przyjemności z fizycznej aktywności, ćwiczeń w parkach, uprawiania sportu czy choćby spontanicznego tańca. Korzystają chętnie z talasoterapii czyli zabiegów z wykorzystaniem wody morskiej. Wszechobecna sztuka i literatura (we Francji czytanie książek jest elementem życia społecznego!) również są źródłem przyjemności!

Nie jest to przewodnik. Nie jest to powieść. To raczej luźna opowieść autorki o tym, jak poznawała inną kulturę, jak uczyła się tytułowej radości życia. Z książki dowiemy się, że jeśli umawiamy się na wizytę na 20.00 to zdecydowanie powinniśmy przyjść o 20.15 i jakich kwiatów w żadnym wypadku nie należy dawać pani domu,  a nie o zabytkach oglądanych masowo przez turystów.

Lektura jest bardzo przyjemna i lekka, czyta się ją szybko i z uśmiechem. Przyznam, że od dwóch dni pijam kawę z dużo większym skupieniem i radością niż wcześniej i rozmyślam o tym, jak czerpać radość z codziennych drobnych czynności. Mam też ochotę sięgnąć po francuską literaturę i obejrzeć jakiś francuski film. Taka jest magia książki!

wtorek, 13 sierpnia 2024

"Pokaż mi swoją bibliotekę" Aleksandra Rybka

 Rok pierwszego wydania: 2020

Ocena: 5/6



Niesamowita gratka dla wszystkich książkomaniaków, bibliofilów, moli książkowych! Autorka rozmawia ze znanymi pisarzami, wydawcami, ludźmi ze świata literatury i kultury na temat tego, co czytają, kiedy, gdzie, jakie pozycje mają w swoich prywatnych biblioteczkach, co czytali w dzieciństwie...

Co mnie zachwyciło: ich wielkie księgozbiory. Są powodem moich cichych westchnień. Oczywiście rozumiem, że praca zawodowa każdego z nich jest związana z książkami i ich czytaniem, że mnóstwo egzemplarzy dostają za darmo do recenzji, że to bywa zgubne, te ilości...Ale rozum mówi swoje, a serce swoje ;)

Co mnie pocieszyło: wszyscy mówią o tym, że nie przeczytali książek ze swojej biblioteki. Że wiele tytułów chcą po prostu mieć. Lubią na nie patrzeć. Uff..Czyli nie tylko ja tak mam ;) Koniec z wyrzutami sumienia przy kolejnych zakupach, bo przecież tyle nieprzeczytanych mam na swoich półkach ;)

Co mnie lekko przeraziło: fakt, że można nagromadzić tyle książek, że nie ma się za bardzo miejsca do życia we własnym mieszkaniu. 

Uwielbiam czytać takie książki! Są dla mnie inspiracją do dalszych poszukiwań. Zaglądam na strony rozmówców, żeby ich zobaczyć, lepiej poznać. Zaglądam na YT i oglądam filmiki, w których opowiadają o swoich książkach. Oczywiście szukam tytułów, które są dla nich ważne, żeby zerknąć co to za gatunek, czy może i mnie zaciekawi. 

Od takich książek zaczynam snuć pajęcze nitki w najróżniejszych kierunkach. I czasem się zdarza, że w moje sieci wpadnie jakaś ciekawa, nowa pozycja :)


piątek, 9 sierpnia 2024

"Zapomniane niedziele" Valerie Perrin

 Rok pierwszego wydania: 2015/2024

Ocena: 4,5/6



Dwudziestojednoletnia Justine pracuje w domu opieki. O dziwo, czuje się w tym miejscu bardzo dobrze. Z oddaniem zajmuje się zniedołężniałymi staruszkami, cierpliwie znosi ich humory i  uwielbia słuchać opowieści. Zwłaszcza prawie stuletniej Helene Hel, której historię życia i wielkiej miłości dziewczyna spisuje w niebieskim zeszycie. Przy łóżku staruszki Justine poznaje pięknego Romana, jej wnuka, który przyjeżdża by czytać babci książki. To jemu dziewczyna chce w przyszłości podarować spisaną historię.

Pewnego dnia ktoś zaczyna anonimowo dzwonić do rodzin pensjonariuszy, by poinformować o rzekomej śmierci bliskiej osoby. Gdy dzieci i wnuki przyjeżdżają do Hortensji, okazuje się, że babcia czy dziadek żyje i ma się dobrze, a fortel miał ich zmusić do odwiedzin. Ktoś ewidentnie chce, by bliscy przypomnieli sobie o tych "zapomnianych w niedzielę", czekających bez skutku, ale z nadzieją, co tydzień.

Justine mieszka z dziadkami i młodszym kuzynem, którego traktuje jak brata. Gdy oboje byli mali, ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Dziewczyna zaczyna szukać przesłanek, które pomogą rozjaśnić okoliczności zdarzenia. Przy okazji odkrywa okropną rodzinną tajemnicę. To z jej powodu w domu nigdy nie rozmawia się o zmarłych bliźniakach i ich żonach. 

Z jednej strony powieść napisana jest dość banalnie. Z drugiej-przeplatające się historie  naprawdę wciągają, a ich zakończenie jest zaskakujące. Relacja Helene z Justine wzrusza, a piękne uczucie Luciena i jego wojenne losy napełniają melancholią. 

Być może u mnie książka trafiła na "swój czas", być może kiedyś indziej nie spodobałaby mi się tak bardzo, być może zwróciłabym więcej uwagi na różne banały. Ale teraz, w te letnie, leniwe dni, czytało mi się ją naprawdę dobrze, choć daleka jest od beztroskiej radości. 


sobota, 27 lipca 2024

"Wiatrom powierzone" Laura Imai Messina

 Rok pierwszego wydania: 2020

Ocena: 5/6



"Rok w rok tysiące osób udawały się do Bell Gardii, by zostawić tam swój głos. Wiele z nich to ocaleni z kataklizmu z 11 marca 2011 roku, większość z Otsuchi. Ale byli i tacy, którzy stracili bliskich w wyniku choroby, wypadku samochodowego, staruszkowie przybywający, by porozmawiać z własnymi rodzicami, ofiarami drugiej wojny światowej, albo rodzice dzieci, które przepadły w nicości" (str. 53)

Gdzieś w Japonii istnieje ogród, w którym stoi budka telefoniczna z niepodłączonym telefonem. Wystarczy podnieść słuchawkę, by móc porozmawiać z tym, kogo już nie ma, a wiatr zaniesie słowa tam, gdzie trzeba.

Do Bell Gardii dociera Yui, która w tsunami straciła matkę i malutką córeczkę, dwie najważniejsze dla niej i najbliższe istoty. Jednak długo nie ma odwagi sięgnąć po słuchawkę. Jedynie spaceruje po pięknym miejscu. Poznaje tam Tekeshiego, młodego lekarza, wdowca. Jego córeczka przestała mówić w dniu, kiedy jej mama odeszła. Ale też kilka innych osób, które przez niecodzienny telefon rozmawiają ze swoimi zmarłymi bliskimi, opowiadają im o codziennych sprawach, albo wykrzykują emocje, których nie zdążyli wyrazić, póki ci żyli. Oraz staruszka, który opiekuje się tym magicznym ogrodem. 

Yui i Tekeshi, dwoje młodych  ludzi, tak bardzo poranionych i samotnych, powoli zaprzyjaźniają się ze sobą. Myliłby się jednak ten, kto spodziewałby się, że to typowy romans i że ten temat wiedzie prym. 

To przepiękna opowieść o żałobie, o próbach powrotu do życia. Pełna wspomnień, bólu, ale też nadziei. 

piątek, 19 lipca 2024

"Pójdę sama" Chisako Wakatake

 Rok pierwszego wydania: 2017

Ocena: 5/6



Pani Momoko jest po siedemdziesiątce. Jako młoda dziewczyna uciekła, można powiedzieć, od despotycznej matki do Tokio. Poznała miłość swojego życia, urodziła dzieci, była wzorową panią domu, żoną i matką. A teraz jest sama. Mąż zmarł kilkanaście lat temu, dzieci się usamodzielniły i nie utrzymują z nią niestety kontaktu. "Może to nic takiego-może  po prostu dawała córce zbyt wiele tego wszystkiego, czego sama dostawała od matki zbyt mało. Ku swojemu zaskoczeniu ona także próbowała kontrolować ją wedle własnego przekonania, wedle własnych gustów. To samo. Z matki na córkę. Z córki na jej córkę. (...) To jak choroba zakaźna." (str 40).

"(Matki) rozpaczają, że przywarły do swoich synów, nie dały im przestrzeni na oddech, że są odpowiedzialne za pustkę, która panuje w ich życiu. Tak wielka była rola matki w ich własnym" (str.46)

Powieść jest obrazem myśli, przeżyć wewnętrznych, refleksji pani Momoko. Wydawało mi się, że będzie to lekka, cienka książeczka, w sam raz na upalne popołudnie. Rzeczywiście, napisana jest prosto, a wstawki napisane dialektem (i jakoś tak koślawo przetłumaczone) mogą drażnić i męczyć. Jednak im dalej, tym tematyka okazała się coraz trudniejsza. Refleksje pani Momoko na temat samotności, starości i mnie dawały dużo do myślenia. Obudziły we mnie pewien rodzaj melancholii, bardziej jesiennej niż letniej....

"Jakie by kto miał życie, i tak jest samotny"

"Nikomu już nic nie zabiorę. Ani mnie nic nie zabiorą. Pójdę, dokąd zechcę, gdzie wiatr zawieje. Odpocznę, kiedy będę miała ochotę. Jestem już wolna" (str 47)

Pani Momoko podejmuje symboliczną, samotną, długą pieszą wędrówkę do grobu męża. Pod wysokie górki, przez ciemny las. Na tej drodze spotyka dziewczynki, młode kobiety, które są nią samą sprzed wielu lat, które wciąż żyją w niej. Rozmawia z nimi, przytula je, obdarza zrozumieniem. Jakże bliskie to jest obrazowi Wewnętrznego Dziecka!

Być może ta powieść trafiła do mnie w odpowiednim czasie. I przez to tak bardzo mi się spodobała. Przemówiła do mnie. Wypełniła mnie po brzegi. Nie ma przypadkowych spotkań. Spotkań z książkami też to dotyczy. 

wtorek, 16 lipca 2024

"Bądź dobra dla zwierząt" Monica Isaksuten

 Rok pierwszego wydania: 2023

Ocena: 5/6



Najpierw jest wielka miłość. Z każdym dniem wspólna przestrzeń rozrasta się, aż do niewyobrażalnych rozmiarów. Potem młodzi dorabiają się wspólnego mieszkania, albo domu, rośnie wspólne konto. Wreszcie pojawia się dziecko. To wymarzone. Ok, może nie zawsze takie wymarzone, zwłaszcza jeśli pojawia się ryzyko, że będzie ciężko chore. Ale na szczęście to był fałszywy alarm, wszystko jest ok. Uff...

A potem...

"Jak wytłumaczyć swoim dzieciom, że większość związków rozpada się w trakcie pierwszych lat ich życia, że to wtedy dochodzi do konfliktów, niezadowolenia, roztrzaskiwania talerzy o podłogę, przenoszenia w środku nocy kołder i poduszek na kanapy, do wszystkich tych nieporozumień, kłótni, gróźb rozwodu i wiecznego zatracenia, ponieważ człowiek jest tak cholernie śpiący, że gotów zasnąć w drodze do skrzynki na listy, do śmietnika albo w toalecie, z głową przytuloną do ściany."

Rozwód. To się zdarza. Coraz częściej. Podział majątku. A potem podział dziecka. Negocjacje, spotkania w różnych instytucjach, które mają pomóc, ustalenia. I w końcu podpisanie papierów. Opieka naprzemienna. Tydzień u mamy, tydzień u taty. Podobno taka opieka jest najbardziej wskazana z psychologicznego punktu widzenia. Bo pomaga utrzymać więź i dorastać z odpowiednimi wzorcami czerpanymi od rodziców obu płci. 

Zwykle uwaga wszystkich kierowana jest w tej sytuacji na dziecko. To "dobro najwyższego rzędu". Ale w tym wszystkim jest też matka. Kobieta, która nosiła to dziecko w brzuchu przez 9 miesięcy. Dla której to dziecko jest jakby częścią jej samej. I nagle ta część, jeszcze taka mała, nieodrośnięta, kilkuletnia zaledwie, zostaje jej odebrana. Na tydzień. Na dwa tygodnie w każdym miesiącu. Na 26 tygodni w roku. Na święta. I co drugie urodziny. 

Zostaje pusty pokój. Pusty fotelik w samochodzie. Zostaje wyrwa w sercu, w głowie. Strach, szloch, wycie.  Co on daje dziecku na śniadanie? Czy pamięta, że trzeba je smarować maścią na egzemę dwa razy dziennie? Czy ja bardzo krzywdzę swoje dziecko? Skąd będzie wiadomo, czy jego złe cechy w dorosłości to geny czy efekt tej decyzji? ... Wszystkie emocje matki, której za wcześnie zabrano pisklę z gniazda.

I o tych emocjach jest ta książka. Bardzo treściwa, esencjonalna. Zbiór scenek, myśli, słów. 

W Skandynawii nie rozmawia się o trudnych emocjach. Tam wszystko powinno być poprawne. Nowoczesne. Po prostu niektóre dzieci robią w przedszkolu dwa Mikołaje przed świętami. Choć jedna dziewczynka po prostu przecięła swojego na pół...

To literatura trafiająca prosto w serce, duszę i głowę. Zadaje kilka szybkich, celnych ciosów i zostawia czytelnika w oszołomieniu. 

Ja nadal w nim trwam.

niedziela, 14 lipca 2024

"Witajcie w księgarni Hyunam-Dong" Hwang Bo-Reum

 Rok pierwszego wydania: 2022/2024

Ocena: 4/6



"Yeong-ju zaczytywała się w książkach od samego otwarcia. Lubiła je, bo pozwalały jej uwolnić się od własnych odczuć, jednocześnie zbliżając do emocji przeżywanych przez innych (...) Często zdarzało jej się czytać, żeby coś odnaleźć (...) Wielokrotnie dopiero po kilkudziesięciu stronach zdawała sobie sprawę, że właśnie taka historia była jej potrzebna."

Wielu miłośników książek marzy o tym, żeby otworzyć własną księgarnię. Tak jak młoda Yeong-ju. Jednak jej życie dalekie było od takich planów. Pracowała w korporacji, podobnie jak jej mąż. Oboje poświęcali pracy cały swój czas, siły, życie. Na rozmowy, wspólne chwile, poznawanie siebie nawzajem pozostawało bardzo mało miejsca. Wreszcie przyszło wypalenie zawodowe. Yeong-ju nie była w stanie iść do pracy już ani razu więcej. Nie była też w stanie patrzeć, jak jej mąż nadal oddaje siebie korporacji, a ten nie chciał słyszeć o żadnych zmianach. Pozostało więc się rozstać. Zapłacić za tą decyzję nie tylko zerwaniem relacji z mężem, ale też z matką... I zacząć spełniać swoje marzenie...

I tak młoda, samotna, załamana kobieta stanęła w swojej nowo otwartej księgarni...

To opowieść o tym, jak znaleźć odwagę i siłę, by zacząć iść swoją drogą. Na przekór otoczeniu, światu, a nawet rynkowi ;) Opowieść o miłości do książek; o przyjaźni; o trudach prowadzenia własnego biznesu. O chwilach zwątpienia, ale i radości i satysfakcji.

To jedno z tych lekkich czytadełek, napisanych prostym językiem, do pochłonięcia w dwa popołudnia. A jednak jest w nim coś takiego, co nie dawało mi się oderwać mimo kiepskiego języka i czającej się chwilami nudy. Może to historia głównej bohaterki? Może urok księgarni? Może coraz bliżsi znajomi Yeong-ju? W każdym razie, mimo średniej jakości, nie żałuję, że poznałam tę młodą kobietę i spędziłam kilka miłych chwil w jej księgarni :) Może właśnie taka historia była mi teraz potrzebna?

środa, 10 lipca 2024

"Wyspa zaginionych drzew" Elif Shafak

 Rok pierwszego wydania: 2021

Ocena: 5,5/6



"Imigranci w pierwszym pokoleniu to wyjątkowy gatunek. Często ubierają się na beżowo, szaro lub brązowo. W kolory, które nie rzucają się w oczy. Barwy, które szepczą, a nigdy nie krzyczą. W ich manierach dostrzega się pewną skłonność do oficjalności, jakby chcieli, aby traktowano ich z godnością. Poruszają się z pewną niezgrabnością, nie całkiem swobodni w otaczającej ich rzeczywistości. Jednocześnie dozgonnie wdzięczni za szansę, którą dał im los, i przerażeni ty, co im odebrał, zawsze niedopasowani, odseparowani od innych jakimś niebywałym  doświadczeniem, niczym osoby, które przeżyły wypadek samochodowy" (str. 39)

Ada jest nastolatką, kończy szkołę w Londynie. Pewnego dnia niespodziewanie zaczyna krzyczeć na lekcji. Krzyk po prostu sam wydobywa się z jej wnętrza. Nie umie go zatrzymać, zapanować nad nim. Skąd się tam wziął? Czy to niedawna śmierć mamy leży u jego źródła? A może oddalenie się taty, który więcej czasu spędza ze swoim ukochanym drzewkiem figowym, niż z córką? 

Ada jest dzieckiem Turczynki i Greka. Mieszkańców Cypru, podzielonego murem i wojną domową. Owocem zakazanej miłości, brutalnie przerwanej przez politykę, uprzedzenia, lęk, której po latach dano jeszcze jedną szansę.

Zachwyciła mnie ta książka. Wciągnęła z głową i nogami w akcję nasączoną ciekawymi informacjami. 

O czym można w niej poczytać?

O historii Cypru, burzliwej, bolesnej, niosącej ze sobą okrucieństwo i konsekwencje rzutujące na kilka pokoleń. O ekshumacjach, poszukiwaniu swoich bliskich, o żałobie po tych, których los jest nieznany.

O rodzącej się miłości, skrywanej przed całym światem. O bólu, który trwa latami...

O tradycjach, rodzinnych więzach. 

O wierzeniach, zabobonach, przesądach, złych duchach, urokach, a nawet o egzorcystach.

O drzewach, mrówkach, pszczołach, myszach, ich zwyczajach i życiu, nad którym mało kto się pochyla i zastanawia. I o pięknej przyrodzie. 

O świętych, ale też o bohaterach mitów.

To chyba jedna z najlepszych powieści, jakie czytałam w ostatnim czasie. 



piątek, 5 lipca 2024

"Historia pszczół" Maja Lunde

 Rok I wydania: 2015

Ocena: 5/6

Z czym kojarzy nam się pszczoła? Z letnim brzęczeniem, ze strachem przed ukąszeniem, z miodem. Ale czy rzeczywiście słodki przysmak to jedyna zasługa tych owadów?

Chiny 2098r. Ludzie delikatnymi  pędzelkami zapylają drzewa. Tao jest jedną z nich. Pracuje od rana do nocy, marząc o innej przyszłości dla swojego synka. Dlatego chce nauczyć Wei-Wena jak najwięcej już w wieku trzech lat. Niestety, podczas rodzinnego pikniku przy okazji jednego z niewielu wolnych dni, chłopiec nagle zapada na dziwną, nieznaną chorobę. Szybko zostaje zabrany przez specjalne służby. Tao wyrusza na poszukiwania dziecka do Pekinu, przedstawiającego sobą postapokaliptyczny obraz po Zapaści. Wszędzie panuje głód, ponieważ nie ma pszczół. Bez pszczół nie ma zapylania, bez owoców i roślin nie ma zbóż dla ludzi ani paszy dla zwierząt, a więc nie ma też mięsa... Jednak specjalna organizacja próbuje odtworzyć ul i populację owadów...

Anglia 1852r. William długie miesiące spędza w łóżku, owładnięty melancholią nie pozwalającą mu wstać, normalnie żyć i zarabiać na liczną rodzinę. Odzyskuje sens życia, gdy wpada na pomysł skonstruowania idealnego ula. Jednak gdy osiąga swój cel, okazuje się, że na innym kontynencie już ktoś go wyprzedził...Zdruzgotany popada w apatię, jednak jego pasję i efekty pracy przejmuje jedna z córek. Wraz z adoptowanym synkiem kobieta wyrusza do Ameryki i zakłada hodowlę pszczół.

USA 2007r. Georg ma farmę pszczół. Własnoręcznie buduje ule, wg rysunków i schematów przekazywanych w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Jeździ ze swoimi ulami na odległe plantacje, gdzie wynajmuje pszczoły do zapylania, gdyż owadów jest coraz mniej. Pewnego dnia spełnia się najbardziej koszmarny sen Georga: pszczoły giną, co do jednej. Wtedy do akcji wkracza jego syn, Tom. Do tej pory mężczyźni byli cichymi wrogami, gdyż chłopak marzył o zostaniu pisarzem i życiu z dala od rodzinnego domu. Teraz młody student pomaga ojcu założyć ekologiczną farmę i chronić naturę. 

Trzy historie, wszystkie związane pszczołami i jak się okazuje-więzami krwi bohaterów. Ale to dopiero odkrywamy na końcu. Wszystkie historie są mocno zakorzenione w ekologii. Poruszają ważny temat CCD czyli masowego ginięcia pszczół. Autorka uwrażliwia czytelnika na ten problem i pokazuje, co może się wydarzyć, jeśli dziś nie pomyślimy o ograniczeniu oprysków i ochronie natury. 

Ale w powieści bardzo ważne są też relacje międzyludzkie. Okazuje się, że zmieniają się czasy, warunki życia, ale ludzka psychika pozostaje wciąż ta sama. 

Powieść czyta się bardzo szybko. Akcja mnie wciągnę


ła na tyle, że czasami przeskakiwałam rozdział poświęcony innemu bohaterowi, by poznać dalszy ciąg przerwanego wątku.


piątek, 21 czerwca 2024

"Nieznośna lekkość bytu" Milan Kundera

 Rok pierwszego wydania: 1984

Ocena: 6/6 


  Nie wiem, co jest takiego w tej książce, że tak bardzo mi się podoba? Czytałam ją już kilka lat temu, z fabuły pamiętałam niewiele, ale pamiętałam wrażenie, że jest bardzo, bardzo dobra. Więc postanowiłam przeczytać jeszcze raz i sprawdzić, czy nadal jest taka dobra.

Jest.

Co mnie w niej urzeka?

Praga z 1968 roku. Inne niż dziś realia, ale tak wspólne wtedy dla całego bloku komunistycznego. A dla porównania, dla kontrastu-Szwajcaria.

I miłość jako studium psychiki mężczyzny i kobiety. Zdrady, nie tylko małżeńskie, ale i zdrady siebie, swoich poglądów, zdrada matki...

 I przekonanie, że nasze życie jest takie, jakie jest w wyniku splotu wielu przypadków. Począwszy od przypadkowego spotkania naszych rodziców, właśnie tej kobiety i tego mężczyzny. Spotkanie Teresy i Tomasza też jest wynikiem przypadku. Nie jednego nawet, a aż sześciu. 

 I filozofia. I psychologia. 

I książki. I muzyka.

I ta nieznośna lekkość bytu. Ukazana w różnych wydaniach. 

Kiedy zaczynałam czytać książkę, fabuła tylko delikatnie zarysowywała się na tle przemyśleń autora. Później Kundera wraca do niektórych wydarzeń, momentów z życia Teresy, Tomasza czy Sabiny, by ukazać je w całkiem innym świetle, by czytelnik mógł je zinterpretować na nowo. Miesza się chronologia, przeplatają się miejsca. Ale nie ma to znaczenia. Bo ważne jest to, jak mogę się przeglądać w losach bohaterów. Ważna jest ponadczasowość emocji

Wielokrotnie miałam wrażenie, że sam autor też przygląda się swoim bohaterom, ich wyborom i konsekwencjom tego, co robią. Wtrąca: "Moim zdaniem..." albo: "Myślę, że..."

Wrócę do niej jeszcze. Na pewno.

wtorek, 4 czerwca 2024

"Pępowina" Majgull Axelsson

 Rok pierwszego wydania: 2011/2013

Ocena: 6/6





Małe miasteczko w Szwecji. I wielka powódź. Kilkudniowy sztorm. Wycie zimnego wichru, który przewraca ludzi i drzewa. Ulewny deszcz walący w szyby i dach.  Przydrożna gospoda "U Sally", w której szuka schronienia kilka przypadkowych osób. Zostają odcięci od świata. Uwięzieni, zanim transporter nie przewiezie ich po kolei w bezpieczne miejsce. 

Pępowina-sznur z naczyń krwionośnych, który łączy matkę i jej nienarodzone dziecko. Powinna być przecięta zaraz po narodzinach. A jednak ta niewidoczna pozostaje często na długie lata. Lub na całe życie. 

Minna-nieślubne dziecko nastolatki, bękart. Córka gwiazdora telewizyjnego programu, o czym wie całe miasteczko, tylko nie ojciec...Wnuczka lokalnej arystokratki, która mija ją z pogardą w oczach, milczeniem na ustach i wysoko podniesionym nosem...Właścicielka baru, który odziedziczyła po ciotce. To właśnie Sally wychowywała ją po śmierci matki. Była jej przyjaciółką i jakby jedyną matką, bo ta prawdziwa nigdy się nie sprawdziła w swojej roli...A jednak to ta prawdziwa wciąż i wciąż jazgocze w głowie dorosłej Minny nieprzerwanym słowotokiem wiecznej krytyki i pogardy dla jej osoby...

I Minna-matka Sofii. Cudownej, najmądrzejszej, najpiękniejszej dziewczyny na świecie, której nie umiała powiedzieć prawdy, kto jest jej ojcem...Wymyśliła więc...A to kłamstwo okazało się bardzo brzemienne w skutki...Doprowadziło do tragedii, której Minna nie umie dopuścić do świadomości...

Anette- pracownica Minny. Książkowy przykład współuzależnienia. Na każde skinienie męża-pijaka pędzi na pomoc, sprząta syf po alkoholowych ekscesach, ratuje skacowanego, utrzymuje. Ma ogromny żal do swoich rodziców, że zajęli się jej małą córką, dali całą miłość należną przecież jej, Anette!

Marguerite- była aktorka, żona swojego despotycznego męża, matka, która nie potrafiła uchronić syna przed tragedią...Jedynym jej pocieszeniem jest alkohol, ale przecież nie jest alkoholiczką! Ten jeden czy dwa kieliszki wina o niczym nie świadczą!

Ritva- młoda dziennikarka, całe życie próbująca desperacko sprostać oczekiwaniom i ambicjom ojca, zakompleksionego Fina-emigranta. 

Tyrone- emerytowany strażak, ratownik. Zakompleksiony, zamknięty w sobie, wiecznie milczący nieudacznik (co wbił mu do łowy ojciec). Nie umie nawiązać relacji z własną, dorosłą córką.

Wszyscy bohaterowie i bohaterki w pewien sposób "przyklejają  się" do Minny. Każde z nich ma swoją historię, tak czy inaczej wynikającą z nieprzeciętej pępowiny. Każde z nich, mimo stwarzanych pozorów siły, jest słabe i pogubione, nosi w sobie zapłakane, niekochane Wewnętrzne Dziecko.. Każde cierpi z powodu zachowań rodziców, zbyt wymagających, oschłych, nieobecnych, nadgorliwych, takich, którzy nie stanęli na wysokości zadania Każde aż kipi od negatywnych emocji i bólu. A napięcie wciąż rośnie z  kolejną przewracaną kartką....

"Uderzyło mnie, że tak naprawdę to nie całkiem ja myślę, że to ojciec jakoś myśli za mnie, chociaż nie żyje od ponad dwudziestu pięciu lat. To właśnie jest życie wieczne. Tkwić w głowie swoich dzieci jak cholerna zwinięta żmija i jak tylko pojawi się okazja, obnażać wypełnione jadem zęby..." 

Wstrząsnęła mną ta powieść. Z jednej strony wywoływała mnóstwo emocji, poruszała bardzo bolesne struny w mojej duszy, z drugiej-nie umiałam się od niej oderwać. Napisana jest po mistrzowsku. Ascetyczne opisy kilkoma słowami budują niesamowity klimat. Wewnętrzne monologi bohaterów pełne są nigdy niewyrażonych emocji. I spotkania Minny z Miedzianym Aniołem po wypadku w gospodzie...Ach! Żałuję, że tyle czasu zwlekałam z lekturą! Widocznie tak miało być, teraz był na nią najlepszy moment! 

Bardzo smutna jest ta opowieść. Ale też-niosąca nadzieję. "Nie sądzę, że wszystko musi być fatalne tylko dlatego, że miało się fatalne dzieciństwo. Naprawdę można stworzyć siebie samą. Wiem o tym." (str 39)

"Mam do przeżycia życie. Mimo wszystko.

Myśl iskrzy się i zostawia po sobie blask.

Życie. Do przeżycia." (str. 540) 

wtorek, 28 maja 2024

"Ziemia tragiczna" Erskine Caldwell

 Rok pierwszego wydania: 1944/1975

Ocena: 4,5/6


  "Teren leżał nisko i był podmokły, po każdym większym deszczu woda występowała z rowów zalewając uliczki i podwórka. Pierwotnie właściciele uważali te grunty za bezwartościowe i większość parceli zajęło miasto za niezapłacone podatki. Tereny stanowiły niby w dalszym ciągu część Południowej Strony, ale miasto, rozpościerające się na wielu milach kwadratowych suchej płaszczyzny, nie interesowało się zbytnio Biedówkami. Ich mieszkańcy byli ubodzy, nie mieli prawa głosu,  gdyż nie płacili podatków, i członkowie zarządu miejskiego nie potrzebowali ich dla utrzymania się przy władzy. Mieszkańcami Biedówek byli po większej części dawni robotnicy fabryki prochu, których pościągano z różnych zakątków Arkansas, Tennessee, Missisipi, Alabamy i Georgii. Wielu z nich przez dwa lata zarabiało po półtora dolara za godzinę półkwalifikowanej pracy w fabryce. Nikt na Biedówkach nie wiedział, dlaczego fabrykę zamknięto, a urządzenia wywieziono. Niektórzy twierdzili, że leżała zbyt daleko zarówno od Pacyfiku, jak od Atlantyku; inni byli zdania, że po prostu rząd wybudował za wiele podobnych fabryk. Jakikolwiek był powód, setki rodzin wylądowały na Biedówkach. Większość nie odłożyła sobie nawet na powrót do domu, reszta nie miała dość pieniędzy na spłacenie długów i też nie mogła się ruszyć z miasta. W ciągu ostatniego roku przejadali po kolei pianina, radia, auta i meble; teraz, nie mając już samochodów ani nic więcej do sprzedania, tylko najtwardsi trzymali się jeszcze na Biedówkach. Dziesięć czy dwanaście rodzin wywędrowało już w dół kanału na wysypisko śmieci, gdzie po całych dniach przebierali odpadki, szukając butelek i złomy do sprzedania miejskim handlarzom starzyzny" (str 58)

Spence jest jednym z tych, którzy ulegli namowom i dali się zwerbować do fabryki prochu, a po jej zamknięciu wylądowali z rodziną na Biedówkach. Starsza córka Libby znalazła gdzieś dorywczą pracę i stara się choć trochę pomóc rodzicom, oddając im przy okazji sporadycznych wizyt w domu po kilka dolarów na jedzenie. Młodsza, trzynastoletnia Mavis, uciekła z domu i została prostytutką w mieście, by zarobić na jakiś ciuch czy kosmetyki. Maud, żona Spenca, całe dnie leży w łóżku, targana dreszczami, na które pomóc może tylko butelka ulubionego ekstraktu żołądkowego doktora Mundaya. Pewnego dnia w poszarzałym od słońca i deszczu drewniaku z blaszanym dachem pojawia się młoda dziewczyna z opieki społecznej, która nieudolnie próbuje pomóc rodzinie, malując przy okazji nierealne obrazy świetlanej przyszłości.

Ta krótka powieść jest studium biedy. Biedówki to ziemia tragiczna, zamieszkana przez ludzi z syndromem wyuczonej bezradności. Autor pozwolił mi poznać ich sposób myślenia, podejścia do życia. Bieda prowadzi do frustracji. Czasem do tragedii. Często do zdeprawowania. 

Kto lub co jest winny całej tej sytuacji? Caldwell pokazuje złożoność problemu. A robi to w sposób dość lekki, z charakterystyczną nutką ironii, humoru, tak, że naprawdę nie raz uśmiechałam się pod nosem czytając o absurdalnych zachowaniach bohaterów. 

piątek, 24 maja 2024

"Synu, jesteś kotem" Katarzyna Michalczak

 Rok pierwszego wydania: 2023

Ocena: 4/6


 Zanim dorósł do przedszkola, już było widać, że Radek jest inny. A potem było tylko gorzej. Jego mama wciąż słyszała, że jest trudnym dzieckiem, że źle wychowany, że rozwala pracę całej grupy, że go nie chcą, bo jest "problemem"...

To opowieść o relacji matki i syna. O próbie zrozumienia własnego dziecka. O rozczarowaniu. O żałobie po śmierci wyidealizowanego obrazu macierzyństwa. O nauce akceptacji. I tolerancji. Oraz o wielkiej, obustronnej miłości.

Autorką książki jest mama Radka. Oddaje też głos synowie, który może niektóre sytuacje opowiedzieć ze swojej perspektywy.

Styl i język są dość proste. To opowieść kobiety, która doświadczyła trudnego macierzyństwa, a nie popularnonaukowa pozycja na temat autyzmu. A jednak warto ją przeczytać. Bo kto pozna, ten lepiej zrozumie. I może ktoś powstrzyma się od złośliwego komentarza, gdy zobaczy na ulicy czy w przedszkolu "trudne" dziecko i jego purpurową ze wstydu mamę...

wtorek, 21 maja 2024

"Migot. Z krańca Grenlandii" Ilona Wiśniewska

 Rok pierwszego wydania: 2022

Ocena: 4/6


 "Zimą samolot z południa dolatuje tu raz w tygodniu lub rzadziej. Latem tylko dwa statki dowożą zaopatrzenie na resztę roku."

Siorapaluk - osada na północno-zachodnim wybrzeżu Grenlandii. Najdalej wysunięta na północ zamieszkana miejscowość. Stałych mieszkańców jest kilkudziesięciu. 


Qaanaaq, dawniej Thule - jedna z miejscowości położonych najdalej na północ. Autonomicznie należy do Danii. Zamieszkana w głównej mierze przez rdzenną ludność - Inughuitów. 

Ilona  Wiśniewska - Polka mieszkająca od 2010 roku na Spitsbergenie. Reporterka Północy. W 2020 roku udało jej się polecieć na najdalsze krańce Grenlandii z przyjacielem, który bywa tam od lat, zna mieszkających tam Inughuitów i ich język, mógł więc być jej przewodnikiem. Dzięki temu zmniejszył się nieco dystans między autorką i nieufnymi łowcami północy. Ilona Wiśniewska oddała głos ludziom, których tu spotkała. Rdzennym mieszkańcom, którzy mają dość bycia chwilową ciekawostką dla białych Europejczyków, przylatujących na chwilę, z kamerami, zadających te same pytania i nie zawsze chcących usłyszeć odpowiedź.

Autorkę przywiodła tu ciekawość i smutek po samobójczej śmierci nastolatka z domu dziecka, w którym pracowała. Pochodził właśnie z Qaanaaq; chciała się przekonać, za czym tęsknił, poznać miejsce, które musiał opuścić i spotkać ludzi, którzy go pamiętają.

Książka była dla mnie wielką ciekawostką. Wcześniej nie wiedziałam praktycznie nic o Grenlandii, a tym bardziej o jej północnych krańcach, na których zima panuje prawie przez cały rok. Aż trudno sobie wyobrazić, że gdzieś tam, tysiące kilometrów ode mnie, żyje garstka ludzi żywiących się głównie mięsem fok, powożących psimi zaprzęgami, na otoczonym lodem skrawku surowej ziemi. Mimo bardzo trudnych warunków, są szczęśliwi na swój sposób i nie chcą opuścić tego miejsca. 



niedziela, 19 maja 2024

"Niebieska łódka" Lucyna Leśniowska

 Rok pierwszego wydania: 2021

Ocena: 4/6


 Kiedy przypadkowo w oko wpadła mi informacja, że akcja "Niebieskiej łódki" dzieje się w Jastarni, wiedziałam, że muszę ją przeczytać! Nie kiedyś, teraz, już, natychmiast! Fakt, że przypisywana jest do literatury młodzieżowej, nie zniechęcił mnie ani trochę, a może wręcz zachęcił? Dorosłe współczesne powieści obyczajowe są tak często płytkie i nijakie...

Jastarnia-miejsce dla mnie wyjątkowe. Jako nastolatka spędzałam tam co roku kilka wakacyjnych tygodni. Jako dorosła wracałam tam nie raz. Mała kropka na mapie Polski, związana z tak wieloma wspomnieniami, budzi ciepło w okolicach serca za każdym razem, gdy o niej pomyślę...

Zygi i Julia, główni bohaterowie "Niebieskiej łódki" właśnie zaczynają naukę w liceum w Helu. Oboje mieszkają w Jastarni. Jako dzieci byli przyjaciółmi, spędzali ze sobą mnóstwo czasu na zabawach. Ale potem stało się coś, co ich rozdzieliło. Aż do tej chwili, gdy znów spotkali się w szkolnej ławce. Po latach trochę sobie obcy, znów ciekawi siebie. Każde z nich ma trudne życie, los nie obszedł się z nimi łaskawie. Zygiego wychowuje ciocia i wujek, mama spotyka się z nim raz na kilka miesięcy, ojca nie zna w ogóle. Tata Julii jest alkoholikiem, mama ciężko pracuje sprzątając okoliczne pensjonaty. Jedynym oparciem jest dla dziewczynki dziadek. 

Oboje nastolatków ma wielkie pasje, które pozwalają im jakoś trwać w tym popapranym świecie stworzonym im przez dorosłych. On gra na gitarze, pisze teksty, komponuje. Ona maluje obrazy.

A potem pojawia się ten trzeci. I ta czwarta. I żadne uczucie nie jest już takie jednoznaczne, proste. Czy przyjaźń między dziewczyną i chłopakiem ma szansę przetrwać? Czy nie zabije jej zazdrość albo nie za blisko jej do miłości?

Smutna ta opowieść. Pełna ran tych zewnętrznych i wewnętrznych, skrywanych przed światem. Pełna bolesnych doświadczeń, pijackich awantur, rozczarowań i tęsknoty za normalną rodziną. Strachu przed przyszłością. Braku wiary w siebie. Julia i Zygi, oboje tak obolali, są dla siebie kołem ratunkowym. Czy jednak mogliby stworzyć wspólny dom, jeśli ich obraz jest tak wypaczony?  Czy kochają swoich wybranków czy szukają w nich namiastki normalnego świata, wolnego od alkoholu i przemocy? 

Ta świetnie napisana powieść przywodzi mi na myśl klimat książek Siesickiej. Dojrzewanie bohaterów, utrudnione jeszcze przez traumy dzieciństwa; pierwsze miłości; szkolne realia; trochę wakacyjny klimat. A wszystko to opisane dobrym językiem, bez przegadania, bez tej powszechnej dziś bylejakości, bez słodzenia i traktowania młodego czytelnika jak mało rozumnego obywatela świata...

Jedyne,  co zgrzytało mi chwilami w trakcie lektury to pytanie, czy rzeczywiście jest możliwe, że w tak małej miejscowości stali mieszkańcy się nie znają? Czy można jesienią stać na przystanku autobusowym w Jastarni i nie znać innych czekających pasażerów? Czy można być zaskoczonym, że ochlapana błotem na tymże przystanku, stojąca obok kobieta za kilka godzin okaże się nauczycielką w liceum w Helu? Nie wiem, być może. Ja zawsze jestem tam tylko wczasowiczką, tą obcą. Latem miejscowość zalewa tłum przyjezdnych, ale jesienią i zimą uliczki są puste. Może jednak Jastarnia rozrosła się już na tyle, że jej stali mieszkańcy rzeczywiście się nie znają? 

"Rozstania pozostawiają po sobie uczucie tęsknoty za czymś, czego jeszcze się nie przeżyło" (str. 75 ebook)

"Podobno tworzenie własnego świata wymaga odwagi" (str 79)

czwartek, 9 maja 2024

"Szwecja czyta. Polska czyta"

 Rok pierwszego wydania: 2015

Ocena: 4/6


 Z badań wynika, że w Szwecji czyta większość społeczeństwa. Każdy średnio 20 minut dziennie. Podobno w Szwecji jest taki zwyczaj, że w święta, po zjedzeniu rodzinnego posiłku, każdy zaszywa się w kąciku ze swoją książką (w Polsce-rodzina zasiada przed telewizorem...) Literatura szwedzka jest szeroko znana (i promowana) na całym świecie od wielu lat. 

Jak wypada na tym tle czytelnictwo w Polsce? Cóż, trochę kiepsko. Ale o tym chyba wszystkim wiadomo... 

Z czego wynikają te różnice? Czynników jest wiele. Choćby historyczno-religijny. Szwecja jest oficjalnie krajem luterańskim, a protestanci kładą duży nacisk na naukę i czytanie Biblii od dziecka, co potem płynnie przechodzi w czytanie książek. Inna kwestia, że w Szwecji "czyta się to, co ma się ochotę przeczytać, a nie to, co wypada. Takie niehierarchiczne spojrzenie na kulturę ma wady, ale ma też dobre strony, bo przyczynia się do rozpowszechniania czytelnictwa w różnych warstwach społecznych. W Polsce wciąż bardzo silny jest inteligencki paradygmat dzielący literaturę na wysoką i popularną, więc bezwartościową. Czytają zatem głównie inteligenci, a potem dyskutują o literaturze w swoim zamkniętym kręgu. (...) Gdyby ktoś w towarzystwie [w Szwecji] zaczął dyskutować o znaczeniu znajomości Homera, zaraz odezwałyby się głosy, że jest to bardzo elitarne i hierarchiczne spojrzenie na literaturę. Dlaczego Homer? Przecież Homer nie jest dla wszystkich! W ten sposób łatwo dojść do przekonania, że nie trzeba znać Homera, bo on nie jest dla wszystkich" (str 81) Co z tego wynika, w Szwecji dużo czyta klasa robotnicza, która od pokoleń wychowuje dzieci w obecności książek. W Polsce rzeczywiście czytanie zarezerwowane było tradycyjnie i kulturowo dla klas wyższych. Nie ma się czemu dziwić, biorąc pod uwagę, że w XVIII wieku ponad 90% społeczeństwa Rzeczypospolitej było analfabetami, a na początku XX wieku odsetek ten bliski był 50! Planową akcję likwidacji analfabetyzmu w Polsce przeprowadzono dopiero na początku lat 50-tych! 

"W 16% gospodarstw domowych w Polsce nie ma ani jednej książki, w 15% są tylko podręczniki; 80% ma nie więcej niż trzy półki z książkami, czyli około stu woluminów. Polska szkoła nie jest w stanie wykształcić nawyków czytelniczych (...) Krąg czytających Polaków jest dość zamknięty; ci, którzy czytają, zwykle korzystają z bibliotek i kupują książki. Nie rozmawiamy o książkach, rzadko lub wcale nie dajemy ich w prezencie. Co gorsza, kręgi osób nieczytających i kręgi czytelników są trwale rozłączne." 

Powodów różnic dotyczących zarówno poziomu czytelnictwa, jak i jego promocji w tych obu krajach jest wiele. Przyznam, że obraz, jaki wyłaniał mi się w miarę poznawania kolejnych rozdziałów, nieco mnie, czytelniczkę nałogową, przygnębił. Niestety, przyszło mi żyć w kraju o takiej historii, tradycji i kulturze, więc może lepiej cieszyć się z faktu, ilu mamy czytelników, wydawnictw, Noblistów, pisarzy i bibliotek, a nie narzekać na to, czego nie ma a bywa gdzieś indziej ;) I podejmować działania, by kolejne pokolenia nie zapomniały o istnieniu słowa drukowanego!

W pierwszej części książki Katarzyna Tubylewicz przeprowadziła wywiady ze Szwedami związanymi z szeroko pojętym  procesem powstawania i użytkowania książki, a więc z wydawcami, pisarzami, tłumaczami, bibliotekarzami, księgarzami i krytykami. Druga część to odpowiedź polska czyli rozmowy przeprowadzone przez Agatę Diduszko-Zyglewską z reprezentantami naszego rynku książkowego. 

Książka powstała w 2015 roku. Z perspektywy czasu widzę wiele zmian, jakie zaszły w czytelniczym świecie od tamtej pory. Na pewno pozytywna jeśli chodzi o rozwój bibliotek w Łodzi, wyposażenie ich w nowości, próby dotarcia do nieczytającej części społeczeństwa. Biblioteki zaczęły przypominać te europejskie, stały się centrami kultury a nie tylko miejscami pełnymi starych, zakurzonych woluminów.

Książkę czyta się szybko, choć momentami nużyły mnie opowieści o szczegółach szwedzkiego rynku wydawniczego, informacje, jakiej wysokości tantiemy otrzymują pisarze itp. Jednak warto było przez nie przebrnąć by dla równowagi znaleźć wiele ciekawostek miłych oku i duszy mola książkowego :)

środa, 8 maja 2024

"Kroniki beskidzkie i światowe" Andrzej Stasiuk

 Rok pierwszego wydania: 2018

Ocena: 5/6


 Andrzej Stasiuk jest pisarzem wędrującym przekornie nie na zachód, a na wschód. Celem wypraw są zarówno miejsca po prawej stronie Wisły, jak i dalsze, choćby na Bałkanach czy Ukrainie. Jazda samochodem setki czy tysiące kilometrów sprzyja rozmyślaniom, obserwacjom, wspomnieniom (co, jak zaznacza autor, nie zwiększa jednak zagrożenia na drodze!). A z nich rodzą się felietony, publikowane pierwotnie w Tygodniku Powszechnym, a następnie zebrane w książkę. 

Ich tematyka jest różnorodna, jak zmieniający się krajobraz za oknem, nastrój, pora roku... Bo Stasiuk jest wnikliwym obserwatorem i krytycznym, często ironicznym komentatorem rzeczywistości. Dostrzega zarówno pasące się na łąkach owce (i rozmawia z nimi o polityce i snach...), niepasujące do otoczenia, paskudnie nowoczesne kościoły, w których pełno jest złota, a mało Boga, jak i pojedynczego człowieka z jego codziennym utrapieniem, ale i radością ze zwyczajnego drobiazgu...

Poglądy i komentarze bliskie są moim. Chyba podobnie jakoś odbieramy rzeczywistość. Dlatego z wielką przyjemnością czytałam "Kroniki beskidzkie". Jakbym słuchała opowieści bliskiego przyjaciela.

Odżyła we mnie nadziej, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy mają odwagę widzieć prawdę i nazywać ją po imieniu. Stasiuk robi to z charakterystyczną dla siebie ironią, czasem nieukrywanym zniesmaczeniem, z lekką domieszką melancholii, zawsze bez wszechobecnej  fikcji.

"Swoją drogą to jest ciekawe, że zwolennicy przywracania pamięci o klęskach, grobach, nieboszczykach oraz heroicznej historii tracą pamięć codzienności. Próbują narodowi zafundować historyczną lobotomię. Bo dla nich ludzka, prywatna historia nie ma znaczenia. Należy ją usunąć, by zrobić miejsce dla wszechogarniającej fikcji. Fikcją po prostu rządzi się bez problemu" (str 113)


wtorek, 6 lutego 2024

"Rodziewicz-ówna. Gorąca dusza" Emilia Padoł

 Rok pierwszego wydania: 2023

Ocena: 4/6


Powieści Rodziewiczówny czytałam dawno temu, zaledwie kilka z nich. Ale kiedy w bibliotece zobaczyłam wystawioną biografię autorki, z chęcią po nią sięgnęłam. 
Emilia Padoł opowiada o życiu pisarki od momentu narodzin, choć nie wszystkie fakty z tego  okresu są znane. W sumie można to chyba powiedzieć w odniesieniu do całego życia Rodziewiczówny. W biografii jest bardzo dużo pytań, domysłów, jedynie przypuszczeń. Mimo to poznałam tę postać z osobistej, a nie tylko twórczej strony :)
Maria Rodziewiczówna kojarzona jest jako pisarka albo patriotyczna, propagująca hasła pozytywistyczne, albo autorka rzewnych romansów (często jej książki wydawane były w seriach typowo kobiecych). Tak naprawdę od wczesnej młodości łamała wszelkie normy kulturowe, wymykała się szufladkowaniu i uciekała przed schematami.
Sama prowadziła gospodarstwo już jako młoda dziewczyna. Ubierała się po męsku, nosiła krótkie włosy, miała wręcz męską urodę. Angażowała się w politykę. W tamtych czasach było to bardzo nowatorskie. Co więcej, w dorosłym życiu mieszkała z kobietami, nigdy nie wyszła za mąż. Dziś mogła by być uznana pewnie za osobę transpłciową, a na pewno lesbijkę. 
Zaciekawiły mnie okoliczności powstawania kolejnych powieści. Z wielkim zainteresowaniem czytałam o "kulisach" mojej ulubionej: "Lata leśnych ludzi", która zawiera elementy autobiograficzne. Z chęcią sięgnę po nią raz jeszcze, tym razem mając w pamięci wiadomości (i zdjęcia) z biografii. 


Autorka podjęła się niełatwego zadania napisania biografii osoby, która bardzo chroniła swoją prywatność, o której niewiele wiadomo. Można powiedzieć, że udało jej się to nawet całkiem nieźle ;) 

Jedynie po raz kolejny okładka zupełnie nie pasuje mi do treści książki. Wręcz mi się nie podoba. Ta kolorystyka, róże, fioletowe włosy-kojarzą mi się po prostu tandetnie i nie współgrają z tą mało kobiecą kobietą. 


czwartek, 1 lutego 2024

Cudze chwalicie...


  Podczas jednego ze spotkań z czytającymi nałogowo koleżankami wypłynął temat literatury polskiej i jej promowania. Skłoniło mnie to do różnych przemyśleń i...postanowień 😉

Okazuje się, że w księgarniach w naszym kraju dużo łatwiej znaleźć klasykę angielską (Szekspir czy Austen) w najróżniejszych, pięknych wydaniach, pełnych lub okrojonych, niż polską. Żeromski, Prus czy Sienkiewicz zniknęli można powiedzieć z półek. Wydawani są jedynie w ramach lektur szkolnych, nieciekawej formie, niewygodną w czytaniu czcionką,  z omówieniem/streszczeniem, które tylko kusi i zniechęca do zapoznania się z powieścią...

A literatura współczesna? Wśród nowości znajdziemy mnóstwo przekładów z angielskiego czy francuskiego popularnych za granicą czytadeł. Za to naszych autorów, wielokrotnie lepszych niż Sparksa czy Roberts, próżno szukać w zagranicznych przekładach na półkach naszych sąsiadów...

A ja? Czy znam polską literaturę?  Przyznaję, że też dużo częściej sięgam po powieści amerykańskie czy angielskie, w przekonaniu, że są lepsze niż rodzime. Przez kilka ostatnich lat wędrowałam czytelniczo po całym świecie.  Jestem na bakier z polskimi nowościami, nazwiska Sapkowskiego, Dehnela czy Dukaja są mi znane jedynie ze słyszenia...A wielu nazwisk z pewnością nawet nie kojarzę. Jeśli mam ochotę na klasykę to moja ręka kieruje się w stronę wielokrotnie czytanych powieści Montgomery, a nie nieznanych Żeromskiego...Gdy chcę się zrelaksować przy jakiejś lekkiej powieści obyczajowej, wypożyczam w bibliotece coś z działu z literaturą zagraniczną, a nie polską. Rzadko w moich lekturach spotykane gatunki-fantasy, kryminał, realizm magiczny-znam tylko z przekładów pisarzy francuskich czy amerykańskich...

Chciałabym to zmienić. Sprawdzić, czy rzeczywiście to co obce, jest lepsze niż polskie. A raczej-czy może polskie wcale nie znaczy gorsze?

Ile prawdy jest w starym powiedzeniu "cudze chwalicie swego nie znacie"...


niedziela, 7 stycznia 2024

"Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia" Barbara Gawryluk

 Rok pierwszego wydania: 2016

Ocena: 5/6



Z Wandą Chotomską w moim życiu czytelniczym było jakoś tak dziwnie. Urodziłam się trochę za późno, bo Jacek i Agatka były kultową, pokoleniową dobranocką telewizyjną (jedną z najwcześniej powstałych w Polsce!) moich rodziców. Z pojedynczymi wierszykami, tekstami pani Wandy zetknęłam się pewnie w szkolnych czytankach czy przedszkolnych książeczkach. Pięciopsiaczki poznałam dopiero w dzieciństwie mojego dziecka. A jednak postać ta cały czas funkcjonowała w mojej świadomości, pamięci, gdzieś na obrzeżach poznawanej literatury. Poza tym darzę ogromną miłością i sentymentem wszelkie książeczki i autorów z czasów PRL. Dlatego też z chęcią sięgnęłam po książkę, będącą połączeniem biografii, autobiografii i rozmowy. Jakże przyjemna była to lektura! 

Przede wszystkim pani Wanda jawi się jako osoba niesamowicie pogodna, pozytywna, pełna energii. I już to wystarczyłoby, żeby czytało się o niej z radością. Nie da się ukryć, że czasy, w których przyszło jej żyć nie były łatwe, tym bardziej dla pisarzy. A jednak Chotomska szła przez przeszkody niczym taran, z uśmiechem, z werwą, z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. 

A ileż w tej książce fantastycznych zdjęć! Na szczęście zachowało się bogate archiwum zarówno fotografii autorki, dokumentów z różnych spotkań, jak i tekstów, książek w różnych wydaniach...I to wszystko można podziwiać i oglądać w biografii :) Z wielkim sentymentem pochylałam się nad wycinkami z elementarzy, podobnych prawdopodobnie do tych, z jakich uczyli się moi rodzice, nad stronicami Świerszczyków, które być może czytali...

Polecam na poprawę nastroju!