Choć dopiero maj i jeszcze kilka dni temu było bardzo zimno, nagle wokoło wybuchło lato. Rozkwitają akacje, łubin pyszni się wszystkimi kolorami tęczy, hamak w ogrodzie rozwieszony. Oddychając upalnym powietrzem, przypomniałam sobie wiersz Brzechwy, którego nauczyłam się pewnie w przedszkolu:
Przyjście lata
Jan Brzechwa
I cóż powiecie na to,
Że już się zbliża lato?
Kret skrzywił się ponuro:
- Przyjedzie pewnie furą.
Jeż się najeżył srodze:
- Raczej na hulajnodze.
Wąż syknął: - Ja nie wierzę.
Przyjedzie na rowerze.
Kos gwizdnął: - Wiem coś o tym.
Przyleci samolotem.
- Skąd znowu - rzekła sroka -
Nie spuszczam z niego oka
I w zeszłym roku, w maju,
Widziałam je w tramwaju.
- Nieprawda! Lato zwykle
Przyjeżdża motocyklem!
- A ja wam to dowiodę,
Że właśnie samochodem.
- Nieprawda, bo w karecie!
- W karecie? Cóż pan plecie?
- Oświadczyć mogę krótko,
Przypłynie własną łódką.
A lato przyszło pieszo -
Już łąki nim się cieszą
I stoją całe w kwiatach
Na powitanie lata.
Często o tej porze roku, w przededniu wakacji (których tak naprawdę nie mam już od ponad ćwierć wieku!) zaczynam tęsknić do młodzieżowych powieści przygodowych z lat 70-tych. Taka dziwna przypadłość. Gdy poczuję pierwsze palące promienie słońca, a dzień jest wreszcie tak nieprzyzwoicie długi, że po 21 jest jeszcze widno, przypominają mi się książki Bahdaja, Szklarskiego czy Ożogowskiej. Po raz kolejny przeglądam Internet w poszukiwaniu nieznanych mi jeszcze tytułów, którymi zaczytywali się młodzi ludzie w pokoleniu moich rodziców.
Tym razem na pierwszy ogień poszedł "Telemach w dżinsach", którego czytałam chyba w drugiej połowie podstawówki i "Awantura o Basię", jedna z pierwszych samodzielnych lektur. Obie pełne przygód, lekkie, przyjemne. Pozwalają poczuć się znów na chwilę dzieckiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz