wtorek, 21 lipca 2026

"Wielkie nadzieje" Charles Dickens

 Rok pierwszego wydania: 1860

Ocena: 3/6



To moje kolejne spotkanie z prozą Dickensa. Niestety, kolejne nieudane.  Przez całe dojrzałe czytelnicze życie słyszałam mnóstwo zachwytów nad powieściami Dickensa. Robiłam kilka prób, by je poznać, jednak zawsze zniechęcałam się po kilkudziesięciu stronach. Po przeczytaniu opisów "Wielkich nadziei" miałam...wielką nadzieję, że tym razem będzie inaczej, lepiej. Niestety, nie było.

Osierocony Pip jest wychowywany przez surową, apodyktyczną siostrę i jej męża, kowala. Wszystko wskazuje na to, że kiedyś chłopak zostanie uczniem swojego opiekuna i będzie pracował razem z nim. Pewnego dnia Pip pomaga przypadkowo spotkanemu zbiegowi. Przez długie lata głęboko skrywana tajemnica budzi w nim strach przed potencjalnymi konsekwencjami.

Gdy chłopak zostaje zawezwany do zdziwaczałej pani Havisham by umilać jej czas swoim towarzystwem, poznaje śliczną Estellę. Zakochuje się pierwszą niewinną miłością, jednak wie, że nie ma szans ba odwzajemnienie uczucia ze względu na swój status materialny i rodzinę. 

Jednak pewnego dnia los Pipa diametralnie się zmienia. Anonimowy darczyńca przekazuje chłopakowi ogromną sumę pieniędzy. Stawia jednak warunek: Pip ma wyjechać do Londynu i uczyć się. To wydarzenie budzi w sercu młodzieńca ogromne nadzieje: na nowe życie, na wyrwanie się z kuźni, na zdobycie wykształcenia, awans społeczny, a wreszcie na miłość Estelli.

Mimo ciekawego tematu, powieść czytało mi się bardzo opornie. Zwyczajnie mnie nudziła. Zupełnie do mnie nie przemawia, nie mówiąc już o zachwycie. Zastanawiam się, czy mam pecha do złych wydań, złych tłumaczeń, czy po prostu taki jest styl tego pisarza i zwyczajnie mi nie odpowiada? W porównaniu z klasyką w wykonaniu Austen, Prusa czy Sienkiewicza, u Dickensa jest siermiężnie, prosto, bez pięknych opisów, twardo i po męsku. Poza tym klimat, który tworzy ten pisarz jest bardzo mroczny, opowieść przepełniona jest trudnymi emocjami, niesie w sobie dużo smutku. A na obecnym etapie życia niekoniecznie takich emocji oczekuję od czytanych lektur.

Niestety, to pierwsza książka z kalendarza adwentowego 2025, przez którą nie przebrnęłam do końca, która mnie rozczarowała. Jedynie piękna okładka cieszy oko na półce.


wtorek, 7 lipca 2026

"Lawendowy pokój" Nina George

 Rok pierwszego wydania: 2014

Ocena: 3,5/6



Dawno nie sięgałam po tzw babskie czytadła. Od dawna jestem rzadkim gościem w bibliotekach. Jednak urlop rządzi się swoimi prawami. Kiedy więc w nadmorskiej bibliotece w moje ręce wpadła powieść o książkach, nie wahałam się ani chwili! 

Pięćdziesięcioletni Jean Perdu jest właścicielem Apteki Literackiej, czyli księgarni na barce w Paryżu. Dobiera książki dla swoich klientów niczym farmaceuta medykamenty. Umie czytać ludzkie emocje i dobiera tytuły wg potrzeb: pocieszające, wzruszające, odstresowujące, dodające odwagi itd. Tylko sobie nie potrafi pomóc...Dwadzieścia jeden lat temu odeszła od niego ukochana kobieta, a Jean przestał wtedy tak naprawdę żyć i czuć. 

Kiedy w kamienicy pojawia się porzucona przez męża Catherine, której sąsiedzi próbują pomóc, w ręce Jeana trafia przez przypadek list napisany przez ukochaną Manon w dniu jej odejścia. Przez dwadzieścia jeden lat Jean nie chciał go otworzyć, bo po co czytać oklepane, banalne wyjaśnienia...Tym razem zdobywa się na odwagę. Słowa, które czyta, przewracają jego życie do góry nogami, a wydarzenia sprzed lat stawiają w zupełnie innym świetle...

Pewnego letniego dnia Jean podejmuje spontaniczną decyzję: odcumowuje barkę i rusza przez piękną Prowansję do miejsca, w którym mieszkała Manon, by spotkać się  z jej mężem. W ostatniej chwili na pokład wskakuje Max, młody pisarz, który chce uciec przed nachalnymi fankami i poszukać natchnienia na nową powieść. I tak rozpoczyna się długa, pełna przygód, ale też rozmyślań o życiu i przeszłości, podróż przez malownicze rejony Francji.

Początek powieści  mnie zauroczył, jak to się zwykle dzieje, gdy akcja dotyczy książek, a główny bohater jest księgarzem! Książki, wszędzie książki, w mieszkaniu Jeana, na barce! Tyle inspirujących tytułów! Ale im dalej tym robi się mniej książkowo, a bardziej miłośnie i romansowo, zaś zakończenie jest typowym wyciskaczem łez.

To dobra lektura na leniwe, urlopowe dni i wieczory pełne nicnierobienia.

czwartek, 2 lipca 2026

Letnie bluzeczki ażurowe

 



Obie zrobione w zeszłym roku. Obie z włóczki Drops Safran, na drutach nr 3. Robione na około, od dołu, zszywane na ramionach.

Bardzo przewiewne, cienkie, idealne na upały.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Letnia torba niebieska

 


Torba zrobiona ze sznurka Yarn Art, na szydełku nr 6. Dzięki ścisłemu splotowi jest dość sztywna. Krótkie rączki z tego samego materiału. 

Zużyłam niecały motek.

niedziela, 28 czerwca 2026

"Podróże z Herodotem" Ryszard Kapuściński

 Rok pierwszego wydania: 2004

Ocena: 5+/6



Nie wiem, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o "Dziejach" Herodota, ale w mojej głowie ten tytuł tkwi już od dawna. Jednak wciąż podchodzę z wielką nieśmiałością do tej obszernej książki, tym bardziej, że została napisana prawie 500 lat przed Chrystusem! Gdy pojawiła się w moim Kalendarzu Adwentowym w zeszłym roku i tym samym zajęła miejsce na półce z książkami, przypomina mi o sobie coraz częściej. I coraz większą mam ochotę wreszcie ją przeczytać.

Jednak koleżanka, dużo bardziej oczytana niż ja, podpowiedziała mi, żebym najpierw sięgnęła po "Podróże z Herodotem" Kapuścińskiego. A że lato kojarzy się nie tylko z lekkimi powieściami przygodowymi, ale też z podróżami, a Kapuściński na mojej półce czeka już dość długo na swoją kolej, posłuchałam rady koleżanki.

Wybitny polski reportażysta tym razem sięgnął po wątki autobiograficzne i cofnął się do początków swojej pracy. Wtedy to po raz pierwszy został wysłany do Indii. 

"Na koniec tej rozmowy, w której dowiedziałem się, że jadę w świat, Tarłowska sięgnęła do szafy, wyjęła książkę i podając mi ją powiedziała: -To ode mnie, na drogę. Była to gruba książka w sztywnych, pokrytych żółtym płótnem okładkach. Na froncie przeczytałem wytłoczone złotymi literami nazwisko autora i tytuł: Herodot. DZIEJE" (str 14)

Z wielkim zainteresowaniem czytałam o wrażeniach i przeżyciach młodego Kapuścińskiego, którego marzeniem, po podróżach po małych polskich miasteczkach i wsiach, było przekroczyć granicę. Jego marzenie spełniło się w niespodziewanej skali. Znalazł się w zupełnie obcym świecie, bez znajomości języka, zaskoczony, zagubiony, zauroczony. 

Tak rozpoczęły się jego podróże na daleki i bliski Wschód czy do Afryki. W tych podróżach towarzyszyły Kapuścińskiemu "Dzieje" Herodota. Stąd też tytuł książki. Autor przytacza fragmenty "Dziejów" nawiązujące do rejonów, w których był i je czytał, ale też do jego przemyśleń i wrażeń. Fragmenty te komentuje, czasem streszcza. Daje wspaniałą lekcję historii starożytnej, nawiązując do "Dziejów". Zawsze byłam na bakier z tym przedmiotem w szkole, a i później jakoś nie było za bardzo czasu i okazji nadrabiać zaległości. Tym bardziej czytam książkę z wielkim zaciekawieniem i już planuję kolejne lektury dotyczące Antyku. 

U Kapuścińskiego więcej Herodota niż podróży nawet!

"Wtedy, w Kongu, historie opisywane przez Herodota tak mnie wciągnęły, że chwilami bardziej przeżywałem grozę narastającej wojny między Grekami i Persami niż tej aktualnej, kongijskiej, na której byłem korespondentem" (str. 157)

Między wierszami przewijają się realia głębokiego PRL-u, warunki podróżowania w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego wieku. Ale...

"Wracam do Herodota. Częste czytanie jego dzieła i nawet pewne zżycie się, swoisty rodzaj obycia się i przyzwyczajenia, odruchu i nawyku zaczęły wywierać na mnie dziwny wpływ, którego nie umiem dokładnie zdefiniować. Na pewno wprowadza mnie on w stan, w którym przestaję odczuwać, że istnieje bariera czasu, że od wydarzeń opisywanych przez Greka dzieli mnie dwa i pół tysiąca lat, przepaść, w której spoczywa i Rzym, i średniowiecze, narodziny i istnienie Wielkich Religii, odkrycie Ameryki, Odrodzenie i Oświecenie, maszyna parowa i iskra elektryczna, telegraf i samolot, setki wojen, w tym dwie światowe, odkrycie antybiotyku, eksplozja demograficzna, tysiące i tysiące rzeczy i zdarzeń, które - gdy czytamy Herodota- znikają, jakby ich nie było albo zeszły z pierwszego planu, z czoła sceny, i cofnęły się w cień, skryły za kotarą, za kulisami" (str 206) 

To moje pierwsze spotkanie z Kapuścińskim. Bardzo udane. Piękny język, spójne zdania, przemyślana konstrukcja. 

I na pewno zachęcił mnie do sięgnięcia wreszcie po "Dzieje"! Mam nawet może takie samo wydanie z 1959 roku, jak to, które dostał Kapuściński u progu swych podróży! 



piątek, 26 czerwca 2026

Książki i włóczki



 Jakiś czas temu w szafie z książkami przyczaiły się włóczki. Na początku sięgałam po nie nieśmiało, zachwycona kolorami i miękkością. Musiałam sobie przypomnieć podstawy robienia na drutach czy szydełku, których nie używałam od wieku nastoletniego. Jednak moja artystyczna dusza coraz bardziej wyrywała się do miękkich dzianin, a w głowie rodziły się kolejne kreatywne pomysły. 

I tak wpadłam po uszy. Coraz szybciej przerabiam kolejne oczka, coraz częściej zamawiam paczuszki z nowymi motkami. Wskazówki z tutoriali i filmików przerabiam na swoje pomysły.   To doskonałe zajęcie dla rąk podczas długich rodzinnych rozmów. A gdy w domu panuje cisza, włączam audiobooka, który umila dzierganie. W czasie panujących właśnie afrykańskich upałów dzierganie jest jedną z niewielu czynności, na jakie mam siłę. Umysł bardzo zmęczony emocjami i wydarzeniami ostatnich miesięcy, nie chce już nawet czytać, za to doskonale odpoczywa przy robótkach, które są jak medytacja. 

Chciałabym gromadzić na blogu wspomnienia zrobionych bluzeczek czy toreb, żeby móc wracać do nich w przyszłości. Tym bardziej, że obie moje pasje przeplatają się i dają równie dużo radości.

Wszystkie prezentowane robótki i wyroby są moimi autorskimi pomysłami. Do tej pory nie robię nic wg schematów czy wzorów. 

niedziela, 21 czerwca 2026

"Pani Dalloway" Virginia Woolf

Rok pierwszego wydania: 1925

Ocena: 5/6


Kolejna powieść, o której myślałam od wielu, wielu lat. Jej tytuł wciąż gdzieś wpadał mi w oko, opisy kusiły, a jednak wciąż było mi z nią nie po drodze. Aż przyszedł jej czas.

Pewnego czerwcowego dnia w 1923 roku pani Dalloway wychodzi rano z domu po kwiaty na wieczorne przyjęcie. Tego samego dnia wraca z Indii Peter Walsh, młodzieńcza miłość i niedoszły kandydat na męża Clarissy. W tym czasie Rezia prowadzi na spacer  swojego męża Septimusa, ogarniętego powojenną traumą i planującego samobójstwo. Ścieżki tych postaci przecinają się, choć sami o tym nie wiedzą. 

Akcja powieści dzieje się w ciągu jednego dnia. Na pierwszy rzut oka niewiele się tu dzieje. Ale to nie ma znaczenia. Bo tym, co mamy poznać, obserwować, to strumień myśli bohaterów, ich wspomnienia, przemyślenia, wizje. 

Jednym z głównych bohaterów powieści jest też Londyn okresu międzywojennego. Miasto tętniące życiem, skupione wokół królowej. Miasto kontrastów, pełne energii, leczące rany po wielkiej wojnie. 

Powieść jest smutna, chwilami wręcz przygnębiająca. Clarissa myśli o przemijaniu, nieubłaganym upływie czasu, straconych szansach, o tym, jak nasze decyzje decydują o reszcie życia. Bardzo szczegółowe, wręcz schizofreniczne wizje Septimusa, które podobno autorka znała z autopsji, zapierały mi dech w piersiach. 

Cechą stylu Woolf są długie, wielokrotnie złożone zdania. Początkowo nieco mnie męczyły, ale szybko wpadłam w ten rytm i dałam się ponieść ich poezji.

środa, 17 czerwca 2026

"Przygody Tomka na Czarnym Lądzie" Alfred Szklarski

 Rok pierwszego wydania: 1958

Ocena: 4/6



 Kolejna przyjemna, letnia, wakacyjna lektura. Tym razem wędrowałam wraz z łowcami dzikich zwierząt po upalnej afrykańskiej dżungli. 

Tomek jest starszy i poważniejszy niż w pierwszej części. Uczestnicy wyprawy powierzają mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania, pozwalają na uczestniczenie w niebezpiecznych polowaniach. Chłopiec chce być coraz bardziej samodzielny, co nie raz stawiało go w sytuacji zagrażającej jego życiu. 

Z zaciekawieniem czytałam opisy zwyczajów panujących wśród rdzennej ludności Afryki. Nie zrażały mnie zachowania białych mężczyzn, które dziś byłyby na pewno oceniane jako rasistowskie. Pamiętam, kiedy i w jakim świecie powieść została napisana. A jej akcja toczy się na samym początku XX wieku, więc jeszcze wcześniej niż rok wydania!

Akcja biegła trochę nierówno. Były momenty, że nic się nie działo, przeważały opisy, np. jazdy koleją. Za to końcówka przybrała niesamowitego tempa, jakby Autor nagle przypomniał sobie, że napisał już za dużo stron! Mrożąca krew w żyłach scena atakującego Tomka nosorożca urwała się w połowie,  kilka stron przed końcem powieści, by potem jedynie być wspomnianą w liście do Sally. 

Mam też trochę zarzutów do dość sztucznych dialogów. Ich pompatyczny ton nie pasował za bardzo do rozmów bliskich przyjaciół, toczących się przy ognisku czy w trakcie monotonnej, wielogodzinnej przeprawy konnej.

Mimo to książkę czytało się szybko i przyjemnie. Lubię wracać do klasyki, zarówno tej dorosłej, jak i młodzieżowej. Odpowiada mi dużo bardziej niż płytkie powieści współczesne, o czym nie raz już wspominałam.

piątek, 29 maja 2026

"Telemach w dżinsach" Adam Bahdaj

 Rok pierwszego wydania: 1979

Ocena: 4+/6



Piętnastoletni Maciek Łańko jest sierotą. Mieszka w internacie przy szkole zawodowej. Nie zna swojego ojca, który odszedł od żony i syna, gdy ten był malutki. Pewnego dnia Maciek przez przypadek widzi w telewizji ojca-przodownika pracy w budowanym kombinacie. Postanawia go odnaleźć, poznać, porozmawiać z nim. Ucieka z internatu i wyrusza w podróż. Niemiłe i zaskakujące zdarzenia pojawiają się już na początku, gdy poznany w pociągu mały Romeo oszukuje Maćka i zabiera mu bilet. 

Niestety, Maciek nie zastaje ojca w kombinacie. Nie poddaje się jednak. Potrzeba znalezienia bliskiej osoby, opiekuna jest silniejsza niż wszystko inne...Niestety, w czasach, kiedy nie było jeszcze internetu ani komórek, sprawa nie była taka prosta...Chłopak ma być odesłany do internatu, jednak znów ucieka.  A potem jest już tylko coraz bardziej ciekawie, ale i momentami niebezpiecznie. 

Bardzo pozytywnym (dla mnie) akcentem jest to, że Maciek dużo czyta. Zna doskonale Odyseję, Parandowskiego, uwielbia przygodowe powieści Londona, Curwooda, rzuca imionami bohaterów, aktami, a nawet wiezie książkę w plecaku. 

Książkę czytałam po raz pierwszy w podstawówce. Powrót do niej nie zawiódł mnie. To chyba jedna z najlepszych i najpoważniejszych powieści Bahdaja, jaką czytałam.

czwartek, 28 maja 2026

Lato tuż tuż czyli co czytuję w wakacje


 Choć dopiero maj i jeszcze kilka dni temu było bardzo zimno, nagle wokoło wybuchło lato. Rozkwitają akacje, łubin pyszni się wszystkimi kolorami tęczy, hamak w ogrodzie rozwieszony. Oddychając upalnym powietrzem, przypomniałam sobie wiersz Brzechwy, którego nauczyłam się pewnie w przedszkolu:


Przyjście lata

Jan Brzechwa



I cóż powiecie na to,
Że już się zbliża lato?

Kret skrzywił się ponuro:
- Przyjedzie pewnie furą.

Jeż się najeżył srodze:
- Raczej na hulajnodze.

Wąż syknął: - Ja nie wierzę.
Przyjedzie na rowerze.

Kos gwizdnął: - Wiem coś o tym.
Przyleci samolotem.

- Skąd znowu - rzekła sroka -
Nie spuszczam z niego oka
I w zeszłym roku, w maju,
Widziałam je w tramwaju.

- Nieprawda! Lato zwykle
Przyjeżdża motocyklem!

- A ja wam to dowiodę,
Że właśnie samochodem.

- Nieprawda, bo w karecie!
- W karecie? Cóż pan plecie?

- Oświadczyć mogę krótko,
Przypłynie własną łódką.

A lato przyszło pieszo -
Już łąki nim się cieszą

I stoją całe w kwiatach
Na powitanie lata.



 Często o tej porze roku, w przededniu wakacji (których tak naprawdę nie mam już od ponad ćwierć wieku!) zaczynam tęsknić do młodzieżowych powieści przygodowych z lat 70-tych. Taka dziwna przypadłość. Gdy poczuję pierwsze palące promienie słońca, a dzień jest wreszcie tak nieprzyzwoicie długi, że po 21 jest jeszcze widno, przypominają mi się książki Bahdaja, Szklarskiego czy Ożogowskiej. Po raz kolejny przeglądam Internet w poszukiwaniu nieznanych mi jeszcze tytułów, którymi zaczytywali się młodzi ludzie w pokoleniu moich rodziców. 


Tym razem na pierwszy ogień poszedł "Telemach w dżinsach", którego czytałam chyba w drugiej połowie podstawówki i "Awantura o Basię", jedna z pierwszych samodzielnych lektur. Obie pełne przygód, lekkie, przyjemne. Pozwalają poczuć się znów na chwilę dzieckiem.



wtorek, 26 maja 2026

"Rzeczy, które mogą nas ocalić" Lorenza Gentile

 Rok pierwszego wydania: 2025

Ocena: 4/6



Dwudziestosiedmioletnia Gea od kilku lat mieszka w Mediolanie, w pięknej dzielnicy nad kanałem Naviglio. Wychowała się w Twierdzy ukrytej w środku lasów, z dala od ludzi, pod czujnym okiem ojca, przygotowującego dzieci i rodzinę na zbliżający się kataklizm. Nikt nie wie, z której strony przyjdzie zagrożenie, ale jest ono pewne. Koniec towarzyszy dziewczynce w każdej chwili dnia i nocy, jest czujna, wyćwiczona, nawet jej strój jest przystosowany do szybkiej ucieczki. Gea nigdy nie chodziła do szkoły, nie miała przyjaciół, nie znała nikogo poza rodzicami i bratem. Raz w życiu tata zawiózł dzieci do babci, do Mediolanu. Między kobietą i dziewczynką nawiązała się niesamowita więź. Niestety, nie było im dane więcej się spotkać.

Po latach Gea przyjmuje mieszkanie po babci. Ma trudności z zawieraniem znajomości. Zarabia na skromne życie naprawami różnych sprzętów. Wszystkich zaskakuje widok młodej dziewczyny w ogrodniczkach, ciężkich butach, z narzędziami w kieszeni. W domu rodzinnym ojciec był przeciwny jakimkolwiek zakupom, nauczył dzieci odnawiania rzeczy znalezionych na wysypiskach śmieci, dawania sprzętom nowego życia.

Osiedle, na którym zamieszkała Gea, pełne jest wąskich, klimatycznych uliczek, małych sklepików istniejących tu od pokoleń. Wielu sąsiadów mieszka tu od urodzenia. Z okna mieszkania Gea widzi dawno zamknięty sklepik Il Nuovo mondo, prowadzony kiedyś przez przyjaciółkę babci, wypchany wtedy pięknymi, zadbanymi starociami. Wspomnienie tego miejsca, w którym spędziła dosłownie kilka godzin, towarzyszyło jej przez lata izolacji w Twierdzy. Gdy okazuje się, że agencja nieruchomości wystawia lokal na sprzedaż, Gea wpada w panikę i szuka sposobu, jak uratować to miejsce. Okazuje się, że wśród sąsiadów ma przyjaciół, którzy chętnie pomogą jej w realizacji tego zamierzenia...

Przyjemna opowieść, dobrze napisana. Cosy book na "złe czasy". O tym, jak trudne bywa życie introwertyka. O wychodzeniu ze strefy komfortu. O sile więzi. O tym, że nowe nie zawsze oznacza lepsze. I to w wielu znaczeniach.

Minusem jest konstrukcja głównej bohaterki. Jak dla mnie-jej kontakty z sąsiadkami zbyt szybko stają się tak łatwe, jak na osobę, która ponad dwadzieścia lat spędziła w izolacji od świata. Nie przekonują mnie jej zachowania i rozmowy, jakie prowadzi. 

Dużym plusem są cytaty z książek, filmów, które Gea wypisuje na karteczkach i podrzuca na podwórku, albo wsuwa sąsiadowi pod drzwi. 

piątek, 15 maja 2026

"Ciotka Zgryzotka" M. Musierowicz

 Rok pierwszego wydania: 2018

Ocena: 4/6



Uff...Ostatni tom Jeżycjady! Rozczarowanie rośnie, więc dobrze, że to już koniec.

Tym razem spotykamy Borejków kilka lat starszych, niż w "Febliku". Dzieci dorastają, zmieniają szkoły, dorosłym przybywa lat i schorzeń ;) Ida  remontuje swoją wymarzoną ruinkę (trochę czasu jej to zabrało...), którą dostała w prezencie od przyszłej synowej.  Józinek, zdolny student architektury, rozbudowuje dla odmiany dom Rumianków i szykuje się do bliskiego już ślubu. Ignaś też remontuje ;) - mieszkanie na Roosevelta, w oczekiwaniu na rychłe narodziny pierwszego potomka! Za to lorek remontuje mały pawilon, w którym mają zamieszkać Gabrysia i Grześ. Strasznie dużo tych remontów w "Ciotce", niektóre ciągną się latami, bo zaczęto je jeszcze w "Febliku" ;)

W gościnę (i teoretycznie do pomocy) przybywa do Idy Nora, przeżywająca burzliwy czas dojrzewania i głęboki kryzys relacji z rodzicami, zwłaszcza Florkiem. I chyba to Nora miała być główną, nastoletnią bohaterką tej części, jednak ten wątek zdecydowanie mnie zdegustował. Znów mnóstwo dziwnych wydarzeń na przestrzeni zaledwie kilku dni: podglądający Norę zwyrodnialec, dziwne eksperymenty Dentysty i Podeszwy, Nora uwięziona w stodole, uciekająca przez okno, atakowana przez psa, wspinająca się na drzewo itd itd...Rety, za dużo tych skoków adrenaliny jak na jeden dzień i jedną dziewczynę wg mnie ;)

Ponieważ już na samym początku Nora przez przypadek topi Idusiową komórkę w kuble z farbą, a swoją wyłączoną gubi gdzieś w trawie (czemu ona nie szuka tego nowiutkiego telefonu na małym w sumie terenie???), w książce pojawia się sporo maili. Zabieg ten wykorzystała autorka już we "Wnuczce" pod pozorem braku zasięgu w okolicy domu Rumianków i tu wygląda mi już nieco wtórnie.

Zaskoczyła mnie przemiana Agnieszki - z delikatnej, ciągle mdlejącej dziewczyny w stanowczą, wprowadzającą swoje rządy na Roosevelta młodą żonę i przyszłą matkę. Pod jej dyktaturą Ignaś stał się już totalnym pantoflarzem, który nie umie się w niczym sprzeciwić ubóstwianej kobiecie :/ Zgadza się nawet zlikwidować pamiątkową tablicę korkową z kuchni, stanowiącą przecież symbol Borejkowej historii! A jakże okrutne jest uświadamianie Ignasiowi przez żonę, że rodzina nie raz raniła na pewno jego uczucia. Przestałam zupełnie lubić Agnieszkę, niestety.  

Poczułam w "Ciotce" zmierzch tej sagi, jakiś koniec (choć miał być jeszcze jeden tom). Wraz z wyprowadzką Gabrysi i Grzegorza na wieś, do Pulpecji, na Roosevelta rozpoczynają się niepodzielne rządy młodego pokolenia. Panią domu zostaje oficjalnie Agnieszka. Zmienia się też mieszkanie, powstaje nowa łazienka, znikają odwieczne regały z książkami i filodendron. Nie mam już ochoty wracać do kuchni Borejków, pić herbatki przy ich dużym kuchennym stole, nad którym nie ma już nawet korkowej tablicy z wiszącym na niej zawsze hasłem: kto mlaszcze... Klimat dawnego mieszkania, dawnej kuchni, próbuje odtworzyć w swoim domu Patrycja, ale w powieści trafiamy tylko na niewielkie wzmianki o tym.

Coraz bardziej zgrzyta mi słownictwo, jakim posługuje się autorka. Jego poziom i klasa, które doceniam w początkowych częściach, drastycznie spada w końcowych. Miałam wrażenie, że pani Musierowicz próbuje zaszczepić, przemycić młodzieży wysoką kulturę, w której została wychowana. I to był wg mnie atut Jeżycjady. Bohaterowie czytali klasykę, chadzali do opery czy filharmonii, słuchali dobrej muzyki. Nie bluźnili, nie mówili młodzieżowym slangiem. W ostatnich tomach wszystko to zanika. A już zwracanie się Florka do szwagra per: Grzechu przyprawia mnie o ciarki zniesmaczenia :/ 

Im bliżej końca serii, tym mniej głębi w tych powieściach. Brakuje mi wnikania w dusze bohaterów, brakuje mi ich mądrych, ciepłych rozmów, brakuje mi zadumy, ale i żartów. Brakuje mi tego "czegoś", co sprawia, że do pierwszych tomów wracam bardzo często. Brakuje mi opisów realiów, w jakich przyszło żyć bohaterom w danym czasie. Z początkowych tomów mam wypisane mnóstwo wspaniałych cytatów, tytułów książek, po które chcę kiedyś sięgnąć, idąc w ślady jeżyckich bohaterów. Z ostatnich tomów praktycznie nie miałam co wypisywać :( Mam wrażenie, że tym razem trzymam w ręce zwyczajne, płytkie czytadełko dla dorastających dziewczynek (jeśli jeszcze w ogóle czytają Jeżycjadę?) jakich wiele wydaje się każdego miesiąca. Szkoda. 

Ale mimo wszystko jestem wdzięczna pani Musierowicz za to, że wystarczyło jej zapału, chęci, sił i pomysłów na pisanie tej niepowtarzalnej sagi przez kilkadziesiąt lat! 

I cieszę się, że nadal mogę wracać do "Szóstej klepki", "Kwiatu kalafiora" czy "Opium w rosole", że znów mogę spotkać nastoletnią Gabrysię, Nutrię z świeżo wyrośniętymi zębami, czy małą Genowefę pukającą do drzwi z pytaniem, co mają na obiadek :D

wtorek, 12 maja 2026

"Feblik" M. Musierowicz

 Rok pierwszego wydania: 2015

Ocena: 4/6



Jak się powiedziało A, warto powiedzieć i B, iść za ciosem i jak się postanowiło-sięgnąć po przedostatnią część Jeżycjady. Ponad 10 lat po pierwszej nieudanej próbie, dałam jej drugą szansę. 

Tym razem akcja dzieje się w tym samym czasie, co "Wnuczki do orzechów". Pojawia się kolejna nowa, pierwszoplanowa postać: Agnieszka, dawna koleżanka Ignasia z gimnazjum. Spotykają się przypadkowo w autobusie i stają się nierozłączni na kilka kolejnych dni, a nawet może na resztę życia...

Jeśli myślałam, że we "Wnuczce" jest chaos i dużo się dzieje, to przy "Febliku" te określenia nabrały dużo wyższej temperatury (może od wpływem panującego sierpniowego upału?). Czego tu nie ma! Mdlejące dziewczę, awantury rodzinne z rękoczynami, tłukący się dzban, uwięzienie w zamkniętym muzeum, rozładowany akumulator w samochodzie...Uch, można się zmęczyć od samego czytania ;) I to wszystko w okropnym upale, który aż się czuje. 

Tonującym akcentem są oczywiście Ignacy i Mila, którzy przenieśli się (a raczej zostali przeprowadzeni) na czas remontu ze swoim bogatym księgozbiorem, pamiątkami, meblami i filodendronem do przytulnego domu Pulpecji i Florka na wsi. Tu ich stoicki spokój szybko wtapia się w tło. 

Zaskakującym bohaterem okazał się Ignaś, który z ciamajdy i przemądrzalca stał się w Febliku opiekuńczym i odpowiedzialnym (choć nadal nieco rozkojarzonym) młodym mężczyzną, porzuconym i znów zakochanym, po raz kolejny gorąco i po uszy. I jakże zdecydowanym! Kilka dni po spotkaniu z Agnieszką przedstawia ją swojej rodzinie jako narzeczoną!

I znów mogę powtórzyć swoje wrażenia: obyło się bez wielkiego bólu ;) bez wielkiego znudzenia, ale i bez szczególnych zachwytów i sentymentu. Znów brak mi mieszkania na Roosevelta, książek mi tu za mało, ale udało się mimo to zaczerpnąć kilku godzin przyjemności :D

sobota, 9 maja 2026

"Wnuczka do orzechów" M. Musierowicz

 Rok pierwszego wydania: 2014

Ocena: 4/6



Kilka miesięcy temu czytałam całą Jeżycjadę po raz kolejny od początku, ale jak zwykle ostatnie tomy ominęłam szerokim łukiem (tylko przekartkowałam, czyli łuk nie taki szeroki jednak...). Tym razem poczułam w sobie moc, by wreszcie zmierzyć się z końcówką serii.

Pierwsza wg chronologii była "Wnuczka do orzechów". Pojawiają się niej całkiem nowe postacie, w większości kobiece, w tym bardzo ogarnięta życiowo Dorotka i jej dwie babcie. Opowieść zaczyna się od znalezionej w krzakach przy zawalonym mostku nieprzytomnej dziewczyny (!), którą okazuje się nie kto inny niż znana doskonale Ida Pałys (z domu Borejko), kobieta grubo po 40-tce, wchodząca w trudny czas menopauzy...Hmmm...To właśnie ta scena odstraszała mnie skutecznie od czytania ciągu dalszego. Bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić, jak Dorotka mogła wziąć mocno dojrzałą kobietę za prawie swoją rówieśniczkę...Ale tym razem postanowiłam przymknąć oko, przełknąć to zdziwienie i czytać dalej.

Dalej było trochę lepiej, ale bez rewelacji. Te słabości widziałam tym bardziej, że zaraz przed "Wnuczką" powtórzyłam sobie "Szóstą klepkę" i "Idę sierpniową". Tym bardziej "Wnuczka" wypadła blado...

Co mam jej do zarzucenia? Po pierwsze: jakoś tak strasznie dużo się dzieje. Opisane jest zaledwie kilka upalnych letnich dni, a chaosu jest sporo. Dodam, że często w centrum tego chaosu znajduje się Ida ;) Po drugie: wydaje mi się, że jest płytko i powierzchownie. Ten chaos nie pozwala jakby wejść w głąb postaci, w głąb wydarzeń, scen. Po trzecie-akcja dzieje się tym razem w okolicach Poznania, na wsi. A to jest zupełnie inny klimat niż znane, przytulne, pełne książek i kurzu mieszkanie na Roosevelta 5! A przecież to głównie to mieszkanie, ta kuchnia, która skupia życie całej rodziny (i nie tylko) przyciąga mnie zawsze do Jeżycjady! 

Ale mimo tych skarg, przepłynęłam przez "Wnuczkę" bez bólu i dość sprawnie, czerpiąc z niej jednak jakąś dawkę przyjemności :)


środa, 15 kwietnia 2026

O Jeżycjadzie przemyśleń kilka cz. 2 - zaskoczyło mnie!

 Tak, tak, mimo wielokrotnej lektury całej serii, są nadal wątki, sceny, które mnie zaskakują, na które nie zwróciłam wcześniej uwagi, a które powodują reakcję: o rety! Listę będę na pewno uzupełniać w miarę odkrywania tych smaczków.


1.  Od początku pojawienia się rodziny Borejków (bodajże w "Kwiecie kalafiora") pani Musierowicz przedstawiała Ignacego Borejkę jako bardzo pozytywnego bohatera. Wiadomo, chodzącego z głową w chmurach, a raczej w antyku, mocno nieżyciowego, ale cechy te były tak pokazane, że nabrałam do Ignacego mnóstwo sympatii, wyrozumiałości i darzę go nadal ciepłymi uczuciami. Na pierwsze miejsce wysuwała się oczytanie i znajomość filozofii, spokój, pogoda ducha, dowcip i łagodność. A tu nagle w "Kalamburce" jaka odmiana! Miałam wrażenie, że autorka przestała Ignacego całkiem lubić! Ileż to wad zarzucała mu Gizela! Już samo nazywanie młodego rudzielca Ignacem przyprawiło mnie o dreszcz zniesmaczenia. Gdybym zaczęła czytanie Jeżycjady od "Kalamburki" pewnie bym się bardzo do Ignacego uprzedziła i miała o nim zupełnie inne zdanie! W kolejnych częściach coraz więcej wad tego bohatera wychodzi na światło dzienne. A to robi karczemną awanturę o zmywarkę, a to jest hipochondrykiem... Podejrzewam, że był nim i wcześniej, a jednak przedstawione to było z takim pobłażliwym uśmieszkiem, a nie naganą. 

2. Patrząc z perspektywy, zadziwia mnie, jak dużo par, które poznały się w wieku nastoletnim, na początku szkoły średniej, zawarło później małżeństwo. Cesia i Hajduk, Aurelia i Konrad, Bella i Cezary, Bebe i Dambo i wiele innych. Pierwsze miłości okazały się tymi na całe życie.

3. Jakże wielką popularnością cieszy się w Jeżycjadzie zawód nauczyciela, a zwłaszcza polonisty ;) Wyjątkowo dużo bohaterów poznanych jako nastolatki, zostaje w dorosłości nauczycielami :D

4. Dziadek w "Szóstej klepce" czytał książki z biblioteki w porządku alfabetycznym! Po kolei wszystkie, których nie czytał wcześniej. Ależ to świetny pomysł :D

5. Zadziwiająco mało jest zwierzaków w Jeżycjadzie. Dopiero pod koniec serii, po tym jak się potomkinie Borejków zaczęły wyprowadzać na wieś, zaczęły się pojawiać psy czy konie. A wcześniej żadnych domowych pupilków, ani psa, ani kota, chomika czy papużki!

6. Zaskakuje mnie, jakież wydumane imiona nadała pani Musierowicz niektórym swoim bohaterom. Gaudenty! Damazy! Wolfgang i Hildegarda! Nawet nie wiadomo, jak to można zdrabniać, przemawiając do takiego niemowlaczka...

wtorek, 14 kwietnia 2026

O Jeżycjadzie przemyśleń kilka cz. 1



 Niewielką przesadą będzie stwierdzenie, że Jeżycjadę czytam prawie bez przerwy. Co kilka lat zaczynam od początku i czytam w kolejności chronologicznej. A w pozostałym czasie - na wyrywki, ulubione części, które mam w domu i mogę powtarzać w kółko. Są to pierwsze tomy poznańskiej sagi, mniej więcej do "Dziecka piątku". Im dalej, czyli bardziej współcześnie, tym mniej mi się podoba klimat społeczny, zachowania bohaterów i rosnące tempo akcji.

Niby znam już te książki na pamięć, a jednak ciągle wyczytuję coś nowego. Albo w trakcie czytania kolejnej części łapię się na myśli, że nie pamiętam jakiegoś szczegółu z wcześniejszych. Nie pamiętam, jak się poznali przyszli małżonkowie albo...nie pamiętam, czy nowo poznająca się para w przyszłości się pobierze. I jak tu oprzeć się konieczności powrotu do danego tomu! 

Nie raz zaskakuje mnie i niezmiennie zachwyca znajomość książek, sztuki i muzyki przez panią Musierowicz. Przecież chyba wszyscy jej bohaterowie namiętnie czytają, a ona wciąż i wciąż cytuje tytuły, autorów, albo wrzuca jakiś szczegół akcji. Przekrój tematyczny tychże książek jest niezmiernie szeroki! Począwszy od Antyku, przez klasykę powieści, po współczesne kryminały, dzieła o historii teatru, muzyki czy prace z zakresu fizyki. Nie raz wzdycham z zazdrości i marzę, żeby kiedyś przeczytać wszystkie przywołane w Jeżycjadzie książki (zrobiłam nawet listę lektur czytanych w danej części wraz z imieniem czytelnika!)

Żeby zebrać swoje przemyślenia dotyczące ukochanych bohaterów, uwagi, cytaty itp -  w jednym miejscu, postanowiłam stworzyć cykl wpisów, które mam nadzieję, nie zaginą. 

czwartek, 9 kwietnia 2026

"Wyspa" Aldous Huxley

 Rok pierwszego wydania: 1962

Ocena: 4/6



Will Farnaby, nieszczęśliwy (po nagłej śmieci żony i porzuceniu kochanki) i cyniczny dziennikarz, po katastrofie łodzi trafia na tajemniczą wyspę Pala. W odróżnieniu od wyspy Robinsona, ta nie jest bynajmniej bezludna. Rannego mężczyznę znajduje dwójka dzieci, która wzywa na pomoc dziadka-lekarza. I tak Will trafia pod dach lokalnego szpitala, opiekę młodziutkiej pielęgniarki i w towarzystwo intrygującej synowej doktora.

Zawiedzie się ten, kto spodziewa się powieści przygodowej. Akcja jest tu zepchnięta na daleki plan, ustępując pierwszeństwa monologom na tematy religijno-filozoficzno-społeczne.

Na Pali panują idealne zasady, unikalna kultura, którą Will, zmęczony Zachodem, jest zauroczony. Niewielka społeczność, odizolowana od reszty świata, żyje tu jak w raju. Jednak idylli tej zagrażają bezlitosne reguły rządzące światem Zachodu. Wielkie koncerny chcą położyć swoją łapę na znajdujących się na wyspie złożach ropy.

Powieść ukazała się na początku lat 60-tych XX wieku i jest obrazem wielu ówczesnych poglądów, z zażywaniem  psychodelicznych narkotyków włącznie. 

Przeczytałam książkę z wielkim zaciekawieniem, mimo, że momentami długie monologi były dość sztuczne i nużące. Trudno ją nawet opisać w kilku zdaniach, tyle smaczków i przemyśleń w sobie niesie.

środa, 28 stycznia 2026

"Wiek niewinności" Edith Wharton

 Rok pierwszego wydania: 1920

Ocena: 5/6



Klasyka powieści. 

Nowy Jork, lata 70-te XIX wieku. Arystokracja obraca się tylko w swoich kręgach. To z reguły potomkowie Europejczyków, przybyłych do Nowego Świata. Spędzają czas na balach, w teatrach, na kolacjach. Zawierają małżeństwa z rozsądku, zdrady są ogólnie znane i tolerowane. Rządzą nimi konwenanse, sprzeciwianie się ogólnie przyjętym zasadom jest w złym tonie. Plotki i skandale urozmaicają codzienną monotonię.

Newland Archer, główny bohater, ma poślubić młodziutką  Maję , delikatną, niewinną i...nijaką, przewidywalną aż do bólu, wychowaną w duchu konwenansów i obowiązku podporządkowania się mężowi. Gdy z Francji przybywa jej kuzynka, żona polskiego arystokraty, która miała odwagę uciec od męża tyrana, nowojorski światek wstrzymuje oddech. Taki występek przeciwko świętej instytucjo małżeństwa może być tylko obiektem potępienia elity. Jednak Archer traci dla niej głowę. Hrabina Olenska to kobieta nie zważająca na żadne społeczne zasady, panujące w Nowym Jorku, wyzwolona, odważna,  typowa femme fatale, a akcja powieści nabiera dzięki niej rumieńców. Archer musi podjąć decyzję na całą resztę życia, wybrać między konwenansem i presją społeczną a głosem serca. 

Rewelacyjnie przedstawione życie nowojorskich elit. Powieść składa się z wielu scenek, tworzących różnobarwny portret. 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

"Biuro Ludzi Zagubionych" Zuzanna Gajewska

 Rok pierwszego wydania: 2025

Ocena: 4/6



Klara prowadzi przytulną kawiarenkę na gdańskiej starówce. Niespodziewanie odziedziczyła ten lokal po właścicielce pierogarni, w której pracowała. To wtedy właśnie często zaglądali tu ludzie z pytaniem o drogę, co zainspirowało Klarę do takiej nazwy, wypisanej na nowym szyldzie.

Pewnego dnia do kawiarni trafia staruszka, która nie wie, jak się nazywa, ani gdzie mieszka. Nagłośnienie sprawy przyciąga osoby, których ktoś bliski zaginął. Niektórzy zaczynają się regularnie spotykać w kawiarni, by porozmawiać, powspominać bliskich, wspierać się nawzajem i nie tracić nadziei. Każda z historii jest inna, każda kończy się inaczej.

Autorka porusza trudny temat, ale robi to w sposób ciepły, subtelny i lekki. Opowieść chwilami zbliża się do realizmu magicznego, co nadaje jej tajemniczości i magii. 

Przyjemna i szybka lektura, która jednak pozostawia w głowie jakieś przemyślenia, zachęca do chwili refleksji.