czwartek, 15 października 2026

"Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych" Susan Gloss

Rok pierwszego wydania: 2015

Ocena: 4/6



 Tym razem na swoją kolej doczekała się książka znaleziona kiedyś na bookcrossingowej półce przy bibliotece i wzięta stamtąd pod wpływem chwili i nastroju ;) Przeleżakowała jakiś czas, aż wreszcie znów miałam nastrój by po nią sięgnąć.

Słodka aż do przesady okładka długo mnie odstraszała. Spodziewałam się, że środek będzie równie ociekający lukrem i różowościami. Ale nie było aż tak źle. 

Violet jest rozwódką dobiegającą czterdziestki. Gdy wreszcie "wyleczyła się" z kompulsywnego ratowania męża alkoholika i odeszła od niego, spełniła swoje marzenie i otworzyła sklep ze starymi ubraniami w stylu vintage w odległym mieście. Pewnego dnia w jego progach staje April, nastolatka w ciąży, której mama niedawno zginęła w wypadku, a narzeczony odwołał ślub pod naciskiem swoich rodziców...Namówiona przez Betsy, staruszkę o wielkim sercu otwartym dla wszystkich potrzebujących, Violet zatrudnia April na staż. Kobiety szybko się zaprzyjaźniają mimo różnicy wieku. Dołącza do nich Amithi, hinduska mieszkająca kilka dziesiątków lat w Ameryce, która dowiedziała się o zdradach męża. I Lane, aktorka, która zrezygnowała z pracy, by wychowywać trójkę niesfornych dzieciaków. A gdzieś niedaleko jest jeszcze Karen, prawniczka na urlopie macierzyńskim, przyjaciółka Violet.

Gdy okazuje się, że właścicielka sklepu Vintage dostaje nakaz eksmisji, a dom, w którym mieszka i pracuje ma kupić deweloper, wszystkie bohaterki tworzą zgrany zespół, by pomóc w uratowaniu biznesu. 

Jest też Sam, dawny kolega Violet ze szkoły średniej, gnębiony w latach nastoletnich przez jej byłego męża. Szybko ich odświeżona znajomość przeradza się w miłość, jednak na jej drodze staje jeden problem: dziecko. To, o którym nadal marzy Violet mimo swego wieku. To, którego nie chce Sam, by nie musiało doświadczać traum, jakie on przeżył...

Jak można się spodziewać po tego typu "babskiej" literaturze, wszystkie wątki kończą się happy endem. Jednak powieść okazała się całkiem przyjemna, nie odstraszała płytkimi scenami, pospolitym językiem czy durnymi dialogami. Płynęłam przez nią przyjemnie przez kilka jesiennych już wieczorów. Okazała się całkiem miłą lekturą przed snem.

wtorek, 13 października 2026

"Rozmowy o książkach" Jarosław Iwaszkiewicz

Rok pierwszego wydania: 1983

Ocena: 5/6


 Oj jaka to przyjemna staroć! 

Po pierwsze dlatego, że mam leciwe, pożółkłe wydanie, pachnące kurzem. Uwielbiam takie!

Po drugie dlatego, że mogę "zajrzeć" do lubianego przeze mnie pana Iwaszkiewicza i podpatrzeć, co czytał w latach sześćdziesiątych, bo o tym traktuje książka.

A czytał różnorodne pozycje. Z reguły ówczesne nowości wydawnicze. Niestety wiele z nich nie przetrwała próby czasu, są dziś nieznane, niedostępne, nie wznawiane. Tylko niektóre można wypożyczyć z magazynu staroci w bibliotece wojewódzkiej....

Iwaszkiewicz czytał zarówno powieści młodych, początkujących autorów, jak i pozycje z klasyki. Wnioskuję, że lubił biografie, pamiętniki, bo przytacza sporo tytułów z tej dziedziny. 

W felietonach, które ukazywały się w latach 60-tych ubiegłego wieku w "Życiu Warszawy" Iwaszkiewicz wspomina też o osobach, z którymi pracował, które znał, podziwiał w młodości. Nawiązuje też do wielkich bieżących rocznic, jak np. do setnych urodzin Żeromskiego czy rocznicy Powstania Styczniowego.

Jak zwykle w utworach Iwaszkiewicza zachwycił mnie język, jakim pisał. Czytając o książkach, czułam się, jakbym słuchała pięknych opowieści pana Jarosława siedzącego w fotelu w Stawisku. Przyznam, że o ile powieści Iwaszkiewicza aż tak bardzo mi się nie podobają, o tyle Stawisko kocham miłością bezwzględną i czytam wszystko, co wpadnie mi w rękę, dotyczące toczącego się tam życia.

Żałuję, że moje stare wydanie książki nie ma wstępu, którym opatrzone jest wydanie nowsze. Trudno, może kiedyś uda mi się trafić i na takie ze wstępem. Na razie moje w pełni mnie satysfakcjonuje i dawkuję sobie felietony w codziennych dawkach leczniczych, żeby za szybko mi się nie skończyły!

piątek, 9 października 2026

"Barbara Tryźnianka" Maria Rodziewiczówna

Rok pierwszego wydania: 1920

Ocena: 3,5/6



 Lubię od czasu do czasu sięgnąć po literaturę pozytywistyczną. Jest dość specyficzna (jak pewnie każda epoka) ale odpowiada mi ten klimat, zwłaszcza dworków XIX-wiecznych. 

Tym razem mój wybór padł na nieznaną mi powieść Marii Rodziewiczówny. Nie jest to literatura zbyt wysokich lotów, na pewno dość schematyczna (zły bohater przechodzi przemianę, propagowanie pozytywistycznych haseł itd) ale mimo to czytało się "Barbarę Tryźniankę" całkiem przyjemnie. 

Już na początku poznajemy dość typową rodzinę ziemiańską ówczesnych czasów. 

"Pan Feliks Gozdawa był pięknym mężczyzną, doskonale tańczył, jeździł konno, pięknie umiał mówić i z talentem bawił damy. Na jakimś karnawale rozkochał w sobie bogatą pannę - otrzymał jej rękę i Zagaje. Zapewniwszy w ten sposób swój los - dalej tańczył, polował, przyjmował i odwiedzał sąsiadów, i po cichu, dyskretnie zabawiał damy. Przy tym bawił się w gospodarstwo rolne i hodowlane, narzekał na warunki i stosunki, na deszcze i susze, brał udział w różnych zjazdach obywatelskich - przemawiał gładko, gdy była potrzeba, łgał, chwalił się i plotkował na potęgę. 

Żona jego, pani Julia, ubóstwiała męża, kochała nad życie dzieci, była wzorem moralności, zasad matrony i obywatelki, i stróżem tradycji domu. Nazywała siebie i była "panią Feliksową", rzeczą, własnością, echem i cieniem męża. Nie miała własnej woli, ani nawet myśli.(...)

Pieniądze na wszystko musiały być, a o spiżarni, ogrodzie, drobiu, trzodzie i nabiale - myślała służba, której w Zagajch było mnóstwo. Ile, co kosztowało, czy się opłacało - nad tym pani Julia nigdy się nie zastanawiała. Zupełnie pod tym względem niefrasobliwy był też pan Feliks. Wydawał, póki było, a gdy brakło, pożyczał. Jako sukurs i fundament dalszego bytu - był brat, stary kawaler, sławny doktor - milioner. (...) Doktor Tomasz rodziny nie uznawał - z kraju się wyniósł, przyjął nawet francuskie obywatelstwo.(...)

Był już najwyższy czas, żeby doktor Tomasz umarł. Najstarszy syn pana Felika, Władek, był powolny, pracowity, ale bardzo tępego umysłu i słabej woli. (...) Ten najwięcej wiedział o złych interesach, ale był podobny do matki, nie troszczył się o nie ani nie myślał samodzielnie. (...) Zagaje, wedle tradycji, miał wziąć najmłodszy, Tomek. Ostatnim dzieckiem państwa Feliksów była dziewczyna - siedemnastoletnia Terka."

W Zagajach działo się coraz gorzej. Długi rosły, Żydzi dopominali się spłat. Wreszcie ziściło się życzenie pana Feliksa: brat Tomasz zmarł! Jednak gdy dziedzic Zagajów dotarł do pokoju, w którym nieboszczyk spędził ostatnie dni życia, znalazł zamiast spadku okrutny list z ostatnią wolą. Nie dość, że Tomasz wyzwał brata od nierobów, leni i utracjuszy, nie dość, że był jak najgorszego zdania o jego dzieciach, to cały majątek zapisał Tomkowi. Jednak był jeden warunek. Ponieważ tylko w tym bratanku wuj widział szansę na poprawę (mimo upartego i hulaszczego charakteru), zadeklarował, że dostanie on spadek tylko wtedy, kiedy się zmieni i stanie "człowiekiem", a ma na to dziesięć lat. Na ten czas wszystkie pieniądze zostały zdeponowane u Barbary Tryźnianki, która oceni postępowanie Tomka i sytuację po dziesięciu latach, i podejmie decyzję o przekazaniu spadku. Niestety nikt nie znał tajemniczej kobiety, nikt o niej nie słyszał, a długie poszukiwania nie przyniosły efektu.

Oczywiście te wiadomości załamały pana Feliksa. W krótkim czasie doprowadziły też do ostatecznego upadku Zagajów i całej rodziny. Jak można się było spodziewać, Tomek z biegiem lat zmienił się w odpowiedzialnego i samodzielnego młodego człowieka, zdobył zawód, uczciwie pracował, spotkał miłość swojego życia i nie chciał już żadnych pieniędzy po wuju.

Niestety mam dość kiepskie wydanie z początku lat 90-tych, w którym występują literówki, gdzieś zdarzyły się urwane zdania. Jednak styl pani Rodziwiczówny jest lekki, przyjemny, ma swoją klasę, dzięki czemu te mankamenty nie popsuły całkiem uroku powieści.


poniedziałek, 28 września 2026

"Święto ognia" Jakub Małecki

Rok pierwszego wydania: 2021

Ocena: 5,5/6


(Wpis zawiera spojler)

 Ta książka mnie powaliła. Wbiła w fotel. Przeczochrała psychicznie. Opis na okładce nijak się ma do treści! Spodziewałam się zupełnie czegoś innego! Czegoś dużo lżejszego i miałkiego. A dostałam majstersztyk. 

Anastazja urodziła się dwadzieścia jeden lat temu z porażeniem mózgowym. Do jej głowy przez chwilę dochodziło za mało tlenu i tak to się stało. Nie chodzi, nie mówi, ciągle się ślini, a jej ciało podryguje i jej nie słucha. Ale Nastka nie narzeka. Ma starszą siostrę, tatę, panią Józefinę, która uczy ją palić fajki i opowiada o facetach, ma komiksy, internet i Mateusza z podwórka, w którym się potajemnie kocha. A to bardzo dużo. I Anastazja umie patrzeć. Czasem tak mocno, jakby wchodziła w głowę i życie innej osoby.

Łucja tańczy w balecie narodowym. Wierzy, że dzięki temu uchroni siebie i siostrę przed kolejną tragedią. I że zasłuży na uwagę taty.

Tata znika czasem w  nocy, jak już myśli, że Anastazja śpi. Ale ona słyszy i "widzi", że tata wychodzi. Idzie do pustego mieszkania, gdzie przywołuje świat, jakim był kiedyś. Przenosi się do dawnego życia, w którym wszystko jeszcze było piękne. A przede wszystkim była Lena, którą może kochał aż za bardzo. Leopold tańczy za szybą, jakby był znów 30 lat młodszy. A w życiu obecnym opiekuje się z oddaniem swoją Królewną, co roku jesienią przynosi jej jednego kasztana, tak jak obiecał, kiedy była jeszcze w brzuchu mamy i pali kartki, które przychodzą co kilka lat w dniu urodzin do Nastki.

A mama? Była niezwykłą osobą. Kolorowym ptakiem. Z tatą byli nierozłączni. Często zapominali o świecie i dzieciach i byli tylko oni. Ale pewnego dnia mama zniknęła. Tylko kilka razy przysłała Nastce kartki z życzeniami urodzinowymi. Te, które tata pali. A potem się okazało, że mama odeszła we śnie pewnej nocy, którą jedna z dziewczynek spędzała u koleżanki, a druga u dziadków. Wzięła za dużo tabletek...Wprawdzie miała za sobą epizod depresji, gdy okazało się, że Nastka nigdy nie będzie sprawna, ale potem wydawała się szczęśliwa! .Czy gdyby Łucja nie pokłóciła się z przyjaciółką i nie wróciła w nocy do domu, tata odszedłby razem z mamą??? To dlatego Łucja stara się pilnować taty i być wzorową córką. A potem okazuje się, że mama była nieuleczalnie chora. Nie chciała czekać biernie na śmierć i ból. Wolała zasnąć w ramionach ukochanego męża zanim straci panowanie nad ciałem i życiem. Tylko o tym nikt nie wiedział...

Każde z ocalałych  na swój sposób próbuje obłaskawić przeszłość. Uchronić się przez wpadnięciem w studnię żalu i smutku. 

Jednak taki opis fabuły nie oddaje charakteru książki. Bo powieść jest jedną wielką tajemnicą. Albo kilkoma. Autor odkrywa je po kawałeczku, jakby odkrywał rąbek obrazka, a czytelnik ma zgadywać, co na nim jest. I kiedy już się wydaje, że wie, autor odkrywa kolejny kawałeczek i wszystkie domysły p.t. Jużjestempewnażewiemcosięstałozmamą biorą w łeb. A prawda powala czytelnika na kolana. Przynajmniej takiego jak ja. I dusi w gardle łzami, które siłą są wstrzymywane.

Świetna jest też forma powieści. Trzech narratorów-bohaterów w różnych częściach dodaje coś od siebie. Styl jest oszczędny w słowa. Bo nie potrzeba tu zbyt wielu słów, opisów. Wystarczy krótko i treściwie, żeby czytelnik poczuł te emocje. Nie ma też dialogów. Widzimy świat oczami bohaterów. I to wystarczy. Rozmowy są pewnie gdzieś w kuluarach. Ale nie mają tu znaczenia. Za to jest szczypta realizmu magicznego.

Rewelacyjna książka, od której nie mogłam się oderwać przez cały weekend, aż jej nie skończyłam. A jak skończyłam, to poczułam, że siedzę z wstrzymywanym oddechem.

Dziękuję panu Małeckiemu za emocje, jakich dawno żaden autor we mnie nie wywołał. Dziękuję za ucisk w gardle, za te hamowane łzy. Za tajemnice, które prawie do końca zostały tajemnicami, choć wcześniej wcale się nie wydawały takie tajemne, bo przecież to oczywiste, że...No okazał się całkiem nieoczywiste...I dziękuję za możliwość zajrzenia do świata osoby z porażeniem mózgowym i osoby, która oddała siebie baletowi.

Dawno nie pochłonęłam takiej wspaniałości!


wtorek, 22 września 2026

Dwa lata bez bibliotek!

 



Z bibliotek korzystałam praktycznie od początku podstawówki. Szkolnych,  miejskich, wojewódzkiej. Przez wiele lat to właśnie biblioteki były głównym źródłem książek, które czytałam.

Aż przyszedł czas nadmiaru, o którym pisałam już kilka lat temu. Potrafiłam mieć ponad 20 wypożyczonych książek jednocześnie. I wciąż kompulsywną chęć znoszenia kolejnych. Oczywiście nie było szans, żeby to wszystko przeczytać. Terminy zwrotu były nieubłagane, a we mnie rosło napięcie i frustracja. Zaczęłam czytać szybko, nieuważnie, przeskakiwałam strony, żeby tylko zorientować się o co chodzi w książce i chwytałam za kolejną.

Wreszcie powiedziałam: dość. Pewnego dnia oddałam wszystkie książki, karty biblioteczne schowałam głęboko do szuflady, stanęłam przed swoimi półkami pełnymi książek do przeczytania i zaczęłam nowe życie. Nowe czytelnicze życie w rytmie slow.

I tak minęły już dwa lata. Przez ten czas zdarzyło mi się wypożyczyć coś z biblioteki, zwłaszcza w wakacje nad morzem, ale to były pojedyncze przypadki. 

Co przez te dwa lata osiągnęłam? Co mi dał biblioteczny detoks? 

Nie zliczę, ile  własnych książek przez ten czas przeczytałam. Książek, które czekały latami, a przecież jeśli pojawiły się w moim domu to znaczy, że chciałam je poznać! 

Nauczyłam się czytać powoli. Jedną książkę na raz, a nie kilka jak wcześniej. To sprawia, że dużo lepiej skupiam się na treści, lepiej ją zapamiętuję. Przeczytałam dużo grubych, kilkuset stronicowych klasycznych powieści, które omijałam w bibliotekach, bo wiedziałam z góry, że nie dam rady przeczytać takiego tomiszcza w miesiąc. Nabrałam czytelniczej cierpliwości. Zdarzało się, że jedną powieść czytałam przez trzy czy cztery miesiące! Ba, mogłam sobie robić przerwę, odłożyć jedna pozycję na tydzień czy dwa i znów do niej wrócić. Przestałam czytać "na czas", na ilość. Dzięki slow readingowi zmniejszyła się ilość przeczytanych w ciągu roku lektur, ale na pewno zdecydowanie wzrosła jakość mojego czytania! 

Czy tęsknię za bibliotekami? Za ich klimatem? Czasem tak. Zdarza się, że wstąpię do którejś z nich w drodze z pracy, ale kiedy stanę otoczona tyloma książkami, tytułami, czuję się przytłoczona. Nie wiem już, co miałabym wybrać. I stwierdzam szybko, że wszystko, czego potrzebuję, mam przecież w domu.

Nadal czeka na mnie pewnie ponad 200  nieprzeczytanych książek na domowych półkach. Dlatego nie planuję jeszcze powrotu do regularnych wizyt w bibliotekach. Sama jestem ciekawa, czy kiedyś do nich wrócę. Na razie dobrze mi z domowymi towarzyszkami.

piątek, 18 września 2026

"Miniaturzystka" Jessie Burton

 Rok pierwszego wydania: 2014

Ocena: 5/6



Tym razem zostałam zaskoczona bardzo pozytywnie. Początek książki wydawał mi się nijaki, a styl pisarki niezbyt przypadł mi do gustu (krótkie zdania w czasie teraźniejszym), ale dość szybko tajemniczy i mroczny klimat domu nad kanałem w Amsterdamie wciągnął mnie po uszy. Ba, musiałam zaprzestać czytania wieczorami, bo potem nie mogłam zasnąć!

Osiemnastoletnia Petronella właśnie została żoną prawie czterdziestoletniego Johannesa Brandta, jednego z największych kupców siedemnastowiecznego Amsterdamu. W progu nowego domu w zastępstwie małżonka wita ją mrukliwa, nieprzystępna szwagierka Marin, która, jak się wkrótce okaże, pełni niepodzielne rządy w gospodarstwie i kontrolę nad bratem. 

Mąż nie poświęca Nelli ani czasu, ani uwagi. Dziewczyna czuje się jakby była niewidzialna. Nie tak wyobrażała sobie nowe życie. Jako rekompensatę oziębłości, Johannes daje jej w prezencie ślubnym ogromną replikę ich wspólnego domu. Znaleziona w katalogu rzemieślników miniaturzystka, na zlecenie Nelli, ma ją wyposażyć w meble i figurki mieszkańców. Niebawem okazuje się, że tajemnicza kobieta zaczyna swoimi przesyłkami wyprzedzać dziwne i tragiczne wydarzenia, które wywracają życie rodziny Brandtów. Na jaw wychodzą coraz to nowe tajemnice, a Nella staje się zdecydowaną i odważną młodą kobietą, która próbuje ratować męża, jego interesy, życie Marin i bezpieczeństwo całej rodziny.

Oprócz wątku obyczajowego, kryminalnego, ważnym elementem powieści jest życie siedemnastowiecznego Amsterdamu. Styl życia bogatych kupców, sytuacja homoseksualistów, nazywanych sodomitami czy ciemnoskórych, traktowanych jak dzikusy.

To też opowieść o silnych kobietach, które w tamtych czasach nie miały prawa głosu, nie były samodzielne, praktycznie nie istniały jako odrębne jednostki. Na pierwszy plan wysuwa się Nella ze swoim bystrym umysłem, zdolnościami przedsiębiorcy, wielką tolerancją, wyrozumiałością i emocjami. Zaraz za nią jawi się Marin, kryjąca pod pancerzem siły i despotyzmu wielkie tajemnice. Towarzyszy im służąca Cornelia, zawsze wierna swoim paniom. Mężczyźni w tej powieści są słabi, mściwi, pazerni, ulegający żądzom, zaprzedający duszę mamonie.

Uwagę zwracają też obrazowe opisy budynków, kanałów i...zapachów, które Nella wszędzie czuje. Smród gnijącej wody i ryb miesza się z zapachem piżma czy orientalnych przypraw. 

Naprawdę zachwyciła mnie ta powieść. Daleka od naiwności, utartych schematów. Nie raz zaskoczył mnie zwrot akcji czy ujawnienie tajemnicy. Czytanie "Miniaturzystki" było wielką przyjemnością. Jednak jest to powieść smutna. Momentami przygnębiająca. Ale takie jest życie, a tym bardziej było w XVII wieku...Nie ma tu happy endu. Jest smutek, śmierć, rozpacz, samotność, bezradność, beznadzieja. To nadaje opowieści realizmu i dalekie jest od przesłodzenia, tak popularnego w literaturze współczesnej.

czwartek, 17 września 2026

Chusta



 Duża chusta na szydełku z dwóch motków włóczki akryl plus wełna. Jeden w kolorze miodowym, drugi wielokolorowy.