niedziela, 28 czerwca 2026

"Podróże z Herodotem" Ryszard Kapuściński

 Rok pierwszego wydania: 2004

Ocena: 5+/6



Nie wiem, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o "Dziejach" Herodota, ale w mojej głowie ten tytuł tkwi już od dawna. Jednak wciąż podchodzę z wielką nieśmiałością do tej obszernej książki, tym bardziej, że została napisana prawie 500 lat przed Chrystusem! Gdy pojawiła się w moim Kalendarzu Adwentowym w zeszłym roku i tym samym zajęła miejsce na półce z książkami, przypomina mi o sobie coraz częściej. I coraz większą mam ochotę wreszcie ją przeczytać.

Jednak koleżanka, dużo bardziej oczytana niż ja, podpowiedziała mi, żebym najpierw sięgnęła po "Podróże z Herodotem" Kapuścińskiego. A że lato kojarzy się nie tylko z lekkimi powieściami przygodowymi, ale też z podróżami, a Kapuściński na mojej półce czeka już dość długo na swoją kolej, posłuchałam rady koleżanki.

Wybitny polski reportażysta tym razem sięgnął po wątki autobiograficzne i cofnął się do początków swojej pracy. Wtedy to po raz pierwszy został wysłany do Indii. 

"Na koniec tej rozmowy, w której dowiedziałem się, że jadę w świat, Tarłowska sięgnęła do szafy, wyjęła książkę i podając mi ją powiedziała: -To ode mnie, na drogę. Była to gruba książka w sztywnych, pokrytych żółtym płótnem okładkach. Na froncie przeczytałem wytłoczone złotymi literami nazwisko autora i tytuł: Herodot. DZIEJE" (str 14)

Z wielkim zainteresowaniem czytałam o wrażeniach i przeżyciach młodego Kapuścińskiego, którego marzeniem, po podróżach po małych polskich miasteczkach i wsiach, było przekroczyć granicę. Jego marzenie spełniło się w niespodziewanej skali. Znalazł się w zupełnie obcym świecie, bez znajomości języka, zaskoczony, zagubiony, zauroczony. 

Tak rozpoczęły się jego podróże na daleki i bliski Wschód czy do Afryki. W tych podróżach towarzyszyły Kapuścińskiemu "Dzieje" Herodota. Stąd też tytuł książki. Autor przytacza fragmenty "Dziejów" nawiązujące do rejonów, w których był i je czytał, ale też do jego przemyśleń i wrażeń. Fragmenty te komentuje, czasem streszcza. Daje wspaniałą lekcję historii starożytnej, nawiązując do "Dziejów". Zawsze byłam na bakier z tym przedmiotem w szkole, a i później jakoś nie było za bardzo czasu i okazji nadrabiać zaległości. Tym bardziej czytam książkę z wielkim zaciekawieniem i już planuję kolejne lektury dotyczące Antyku. 

U Kapuścińskiego więcej Herodota niż podróży nawet!

"Wtedy, w Kongu, historie opisywane przez Herodota tak mnie wciągnęły, że chwilami bardziej przeżywałem grozę narastającej wojny między Grekami i Persami niż tej aktualnej, kongijskiej, na której byłem korespondentem" (str. 157)

Między wierszami przewijają się realia głębokiego PRL-u, warunki podróżowania w latach 50-tych czy 60-tych ubiegłego wieku. Ale...

"Wracam do Herodota. Częste czytanie jego dzieła i nawet pewne zżycie się, swoisty rodzaj obycia się i przyzwyczajenia, odruchu i nawyku zaczęły wywierać na mnie dziwny wpływ, którego nie umiem dokładnie zdefiniować. Na pewno wprowadza mnie on w stan, w którym przestaję odczuwać, że istnieje bariera czasu, że od wydarzeń opisywanych przez Greka dzieli mnie dwa i pół tysiąca lat, przepaść, w której spoczywa i Rzym, i średniowiecze, narodziny i istnienie Wielkich Religii, odkrycie Ameryki, Odrodzenie i Oświecenie, maszyna parowa i iskra elektryczna, telegraf i samolot, setki wojen, w tym dwie światowe, odkrycie antybiotyku, eksplozja demograficzna, tysiące i tysiące rzeczy i zdarzeń, które - gdy czytamy Herodota- znikają, jakby ich nie było albo zeszły z pierwszego planu, z czoła sceny, i cofnęły się w cień, skryły za kotarą, za kulisami" (str 206) 

To moje pierwsze spotkanie z Kapuścińskim. Bardzo udane. Piękny język, spójne zdania, przemyślana konstrukcja. 

I na pewno zachęcił mnie do sięgnięcia wreszcie po "Dzieje"! Mam nawet może takie samo wydanie z 1959 roku, jak to, które dostał Kapuściński u progu swych podróży! 



piątek, 26 czerwca 2026

Książki i włóczki



 Jakiś czas temu w szafie z książkami przyczaiły się włóczki. Na początku sięgałam po nie nieśmiało, zachwycona kolorami i miękkością. Musiałam sobie przypomnieć podstawowy robienia na drutach czy szydełku, których nie używałam od wieku nastoletniego. Jednak moja artystyczna dusza coraz bardziej wyrywała się do miękkich dzianin, a w głowie rodziły się kolejne kreatywne pomysły.

I tak wpadłam po uszy. Coraz szybciej przerabiam kolejne oczka, coraz częściej zamawiam paczuszki z nowymi motkami. Wskazówki z tutoriali i filmików przerabiam na swoje pomysły.   To doskonałe zajęcie dla rąk podczas długich rodzinnych rozmów. A gdy w domu panuje cisza, włączam audiobooka, który umila dzierganie. W czasie panujących właśnie afrykańskich upałów dzierganie jest jedną z niewielu czynności, na jakie mam siłę. Umysł bardzo zmęczony emocjami i wydarzeniami ostatnich miesięcy, nie chce już nawet czytać, za to doskonale odpoczywa przy robótkach, które są jak medytacja. 

Chciałabym gromadzić na blogu wspomnienia zrobionych bluzeczek czy toreb, żeby móc wracać do nich w przyszłości. Tym bardziej, że obie moje pasje przeplatają się i dają równie dużo radości.


niedziela, 21 czerwca 2026

"Pani Dalloway" Virginia Woolf

Rok pierwszego wydania: 1925

Ocena: 5/6


Kolejna powieść, o której myślałam od wielu, wielu lat. Jej tytuł wciąż gdzieś wpadał mi w oko, opisy kusiły, a jednak wciąż było mi z nią nie po drodze. Aż przyszedł jej czas.

Pewnego czerwcowego dnia w 1923 roku pani Dalloway wychodzi rano z domu po kwiaty na wieczorne przyjęcie. Tego samego dnia wraca z Indii Peter Walsh, młodzieńcza miłość i niedoszły kandydat na męża Clarissy. W tym czasie Rezia prowadzi na spacer  swojego męża Septimusa, ogarniętego powojenną traumą i planującego samobójstwo. Ścieżki tych postaci przecinają się, choć sami o tym nie wiedzą. 

Akcja powieści dzieje się w ciągu jednego dnia. Na pierwszy rzut oka niewiele się tu dzieje. Ale to nie ma znaczenia. Bo tym, co mamy poznać, obserwować, to strumień myśli bohaterów, ich wspomnienia, przemyślenia, wizje. 

Jednym z głównych bohaterów powieści jest też Londyn okresu międzywojennego. Miasto tętniące życiem, skupione wokół królowej. Miasto kontrastów, pełne energii, leczące rany po wielkiej wojnie. 

Powieść jest smutna, chwilami wręcz przygnębiająca. Clarissa myśli o przemijaniu, nieubłaganym upływie czasu, straconych szansach, o tym, jak nasze decyzje decydują o reszcie życia. Bardzo szczegółowe, wręcz schizofreniczne wizje Septimusa, które podobno autorka znała z autopsji, zapierały mi dech w piersiach. 

Cechą stylu Woolf są długie, wielokrotnie złożone zdania. Początkowo nieco mnie męczyły, ale szybko wpadłam w ten rytm i dałam się ponieść ich poezji.

środa, 17 czerwca 2026

"Przygody Tomka na Czarnym Lądzie" Alfred Szklarski

 Rok pierwszego wydania: 1958

Ocena: 4/6



 Kolejna przyjemna, letnia, wakacyjna lektura. Tym razem wędrowałam wraz z łowcami dzikich zwierząt po upalnej afrykańskiej dżungli. 

Tomek jest starszy i poważniejszy niż w pierwszej części. Uczestnicy wyprawy powierzają mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania, pozwalają na uczestniczenie w niebezpiecznych polowaniach. Chłopiec chce być coraz bardziej samodzielny, co nie raz stawiało go w sytuacji zagrażającej jego życiu. 

Z zaciekawieniem czytałam opisy zwyczajów panujących wśród rdzennej ludności Afryki. Nie zrażały mnie zachowania białych mężczyzn, które dziś byłyby na pewno oceniane jako rasistowskie. Pamiętam, kiedy i w jakim świecie powieść została napisana. A jej akcja toczy się na samym początku XX wieku, więc jeszcze wcześniej niż rok wydania!

Akcja biegła trochę nierówno. Były momenty, że nic się nie działo, przeważały opisy, np. jazdy koleją. Za to końcówka przybrała niesamowitego tempa, jakby Autor nagle przypomniał sobie, że napisał już za dużo stron! Mrożąca krew w żyłach scena atakującego Tomka nosorożca urwała się w połowie,  kilka stron przed końcem powieści, by potem jedynie być wspomnianą w liście do Sally. 

Mam też trochę zarzutów do dość sztucznych dialogów. Ich pompatyczny ton nie pasował za bardzo do rozmów bliskich przyjaciół, toczących się przy ognisku czy w trakcie monotonnej, wielogodzinnej przeprawy konnej.

Mimo to książkę czytało się szybko i przyjemnie. Lubię wracać do klasyki, zarówno tej dorosłej, jak i młodzieżowej. Odpowiada mi dużo bardziej niż płytkie powieści współczesne, o czym nie raz już wspominałam.

piątek, 29 maja 2026

"Telemach w dżinsach" Adam Bahdaj

 Rok pierwszego wydania: 1979

Ocena: 4+/6



Piętnastoletni Maciek Łańko jest sierotą. Mieszka w internacie przy szkole zawodowej. Nie zna swojego ojca, który odszedł od żony i syna, gdy ten był malutki. Pewnego dnia Maciek przez przypadek widzi w telewizji ojca-przodownika pracy w budowanym kombinacie. Postanawia go odnaleźć, poznać, porozmawiać z nim. Ucieka z internatu i wyrusza w podróż. Niemiłe i zaskakujące zdarzenia pojawiają się już na początku, gdy poznany w pociągu mały Romeo oszukuje Maćka i zabiera mu bilet. 

Niestety, Maciek nie zastaje ojca w kombinacie. Nie poddaje się jednak. Potrzeba znalezienia bliskiej osoby, opiekuna jest silniejsza niż wszystko inne...Niestety, w czasach, kiedy nie było jeszcze internetu ani komórek, sprawa nie była taka prosta...Chłopak ma być odesłany do internatu, jednak znów ucieka.  A potem jest już tylko coraz bardziej ciekawie, ale i momentami niebezpiecznie. 

Bardzo pozytywnym (dla mnie) akcentem jest to, że Maciek dużo czyta. Zna doskonale Odyseję, Parandowskiego, uwielbia przygodowe powieści Londona, Curwooda, rzuca imionami bohaterów, aktami, a nawet wiezie książkę w plecaku. 

Książkę czytałam po raz pierwszy w podstawówce. Powrót do niej nie zawiódł mnie. To chyba jedna z najlepszych i najpoważniejszych powieści Bahdaja, jaką czytałam.

czwartek, 28 maja 2026

Lato tuż tuż czyli co czytuję w wakacje


 Choć dopiero maj i jeszcze kilka dni temu było bardzo zimno, nagle wokoło wybuchło lato. Rozkwitają akacje, łubin pyszni się wszystkimi kolorami tęczy, hamak w ogrodzie rozwieszony. Oddychając upalnym powietrzem, przypomniałam sobie wiersz Brzechwy, którego nauczyłam się pewnie w przedszkolu:


Przyjście lata

Jan Brzechwa



I cóż powiecie na to,
Że już się zbliża lato?

Kret skrzywił się ponuro:
- Przyjedzie pewnie furą.

Jeż się najeżył srodze:
- Raczej na hulajnodze.

Wąż syknął: - Ja nie wierzę.
Przyjedzie na rowerze.

Kos gwizdnął: - Wiem coś o tym.
Przyleci samolotem.

- Skąd znowu - rzekła sroka -
Nie spuszczam z niego oka
I w zeszłym roku, w maju,
Widziałam je w tramwaju.

- Nieprawda! Lato zwykle
Przyjeżdża motocyklem!

- A ja wam to dowiodę,
Że właśnie samochodem.

- Nieprawda, bo w karecie!
- W karecie? Cóż pan plecie?

- Oświadczyć mogę krótko,
Przypłynie własną łódką.

A lato przyszło pieszo -
Już łąki nim się cieszą

I stoją całe w kwiatach
Na powitanie lata.



 Często o tej porze roku, w przededniu wakacji (których tak naprawdę nie mam już od ponad ćwierć wieku!) zaczynam tęsknić do młodzieżowych powieści przygodowych z lat 70-tych. Taka dziwna przypadłość. Gdy poczuję pierwsze palące promienie słońca, a dzień jest wreszcie tak nieprzyzwoicie długi, że po 21 jest jeszcze widno, przypominają mi się książki Bahdaja, Szklarskiego czy Ożogowskiej. Po raz kolejny przeglądam Internet w poszukiwaniu nieznanych mi jeszcze tytułów, którymi zaczytywali się młodzi ludzie w pokoleniu moich rodziców. 


Tym razem na pierwszy ogień poszedł "Telemach w dżinsach", którego czytałam chyba w drugiej połowie podstawówki i "Awantura o Basię", jedna z pierwszych samodzielnych lektur. Obie pełne przygód, lekkie, przyjemne. Pozwalają poczuć się znów na chwilę dzieckiem.



wtorek, 26 maja 2026

"Rzeczy, które mogą nas ocalić" Lorenza Gentile

 Rok pierwszego wydania: 2025

Ocena: 4/6



Dwudziestosiedmioletnia Gea od kilku lat mieszka w Mediolanie, w pięknej dzielnicy nad kanałem Naviglio. Wychowała się w Twierdzy ukrytej w środku lasów, z dala od ludzi, pod czujnym okiem ojca, przygotowującego dzieci i rodzinę na zbliżający się kataklizm. Nikt nie wie, z której strony przyjdzie zagrożenie, ale jest ono pewne. Koniec towarzyszy dziewczynce w każdej chwili dnia i nocy, jest czujna, wyćwiczona, nawet jej strój jest przystosowany do szybkiej ucieczki. Gea nigdy nie chodziła do szkoły, nie miała przyjaciół, nie znała nikogo poza rodzicami i bratem. Raz w życiu tata zawiózł dzieci do babci, do Mediolanu. Między kobietą i dziewczynką nawiązała się niesamowita więź. Niestety, nie było im dane więcej się spotkać.

Po latach Gea przyjmuje mieszkanie po babci. Ma trudności z zawieraniem znajomości. Zarabia na skromne życie naprawami różnych sprzętów. Wszystkich zaskakuje widok młodej dziewczyny w ogrodniczkach, ciężkich butach, z narzędziami w kieszeni. W domu rodzinnym ojciec był przeciwny jakimkolwiek zakupom, nauczył dzieci odnawiania rzeczy znalezionych na wysypiskach śmieci, dawania sprzętom nowego życia.

Osiedle, na którym zamieszkała Gea, pełne jest wąskich, klimatycznych uliczek, małych sklepików istniejących tu od pokoleń. Wielu sąsiadów mieszka tu od urodzenia. Z okna mieszkania Gea widzi dawno zamknięty sklepik Il Nuovo mondo, prowadzony kiedyś przez przyjaciółkę babci, wypchany wtedy pięknymi, zadbanymi starociami. Wspomnienie tego miejsca, w którym spędziła dosłownie kilka godzin, towarzyszyło jej przez lata izolacji w Twierdzy. Gdy okazuje się, że agencja nieruchomości wystawia lokal na sprzedaż, Gea wpada w panikę i szuka sposobu, jak uratować to miejsce. Okazuje się, że wśród sąsiadów ma przyjaciół, którzy chętnie pomogą jej w realizacji tego zamierzenia...

Przyjemna opowieść, dobrze napisana. Cosy book na "złe czasy". O tym, jak trudne bywa życie introwertyka. O wychodzeniu ze strefy komfortu. O sile więzi. O tym, że nowe nie zawsze oznacza lepsze. I to w wielu znaczeniach.

Minusem jest konstrukcja głównej bohaterki. Jak dla mnie-jej kontakty z sąsiadkami zbyt szybko stają się tak łatwe, jak na osobę, która ponad dwadzieścia lat spędziła w izolacji od świata. Nie przekonują mnie jej zachowania i rozmowy, jakie prowadzi. 

Dużym plusem są cytaty z książek, filmów, które Gea wypisuje na karteczkach i podrzuca na podwórku, albo wsuwa sąsiadowi pod drzwi.