Rok pierwszego wydania: 2021
Ocena: 5,5/6
(Wpis zawiera spojler)
Ta książka mnie powaliła. Wbiła w fotel. Przeczochrała psychicznie. Opis na okładce nijak się ma do treści! Spodziewałam się zupełnie czegoś innego! Czegoś dużo lżejszego i miałkiego. A dostałam majstersztyk.
Anastazja urodziła się dwadzieścia jeden lat temu z porażeniem mózgowym. Do jej głowy przez chwilę dochodziło za mało tlenu i tak to się stało. Nie chodzi, nie mówi, ciągle się ślini, a jej ciało podryguje i jej nie słucha. Ale Nastka nie narzeka. Ma starszą siostrę, tatę, panią Józefinę, która uczy ją palić fajki i opowiada o facetach, ma komiksy, internet i Mateusza z podwórka, w którym się potajemnie kocha. A to bardzo dużo. I Anastazja umie patrzeć. Czasem tak mocno, jakby wchodziła w głowę i życie innej osoby.
Łucja tańczy w balecie narodowym. Wierzy, że dzięki temu uchroni siebie i siostrę przed kolejną tragedią. I że zasłuży na uwagę taty.
Tata znika czasem w nocy, jak już myśli, że Anastazja śpi. Ale ona słyszy i "widzi", że tata wychodzi. Idzie do pustego mieszkania, gdzie przywołuje świat, jakim był kiedyś. Przenosi się do dawnego życia, w którym wszystko jeszcze było piękne. A przede wszystkim była Lena, którą może kochał aż za bardzo. Leopold tańczy za szybą, jakby był znów 30 lat młodszy. A w życiu obecnym opiekuje się z oddaniem swoją Królewną, co roku jesienią przynosi jej jednego kasztana, tak jak obiecał, kiedy była jeszcze w brzuchu mamy i pali kartki, które przychodzą co kilka lat w dniu urodzin do Nastki.
A mama? Była niezwykłą osobą. Kolorowym ptakiem. Z tatą byli nierozłączni. Często zapominali o świecie i dzieciach i byli tylko oni. Ale pewnego dnia mama zniknęła. Tylko kilka razy przysłała Nastce kartki z życzeniami urodzinowymi. Te, które tata pali. A potem się okazało, że mama odeszła we śnie pewnej nocy, którą jedna z dziewczynek spędzała u koleżanki, a druga u dziadków. Wzięła za dużo tabletek...Wprawdzie miała za sobą epizod depresji, gdy okazało się, że Nastka nigdy nie będzie sprawna, ale potem wydawała się szczęśliwa! .Czy gdyby Łucja nie pokłóciła się z przyjaciółką i nie wróciła w nocy do domu, tata odszedłby razem z mamą??? To dlatego Łucja stara się pilnować taty i być wzorową córką. A potem okazuje się, że mama była nieuleczalnie chora. Nie chciała czekać biernie na śmierć i ból. Wolała zasnąć w ramionach ukochanego męża zanim straci panowanie nad ciałem i życiem. Tylko o tym nikt nie wiedział...
Każde z ocalałych na swój sposób próbuje obłaskawić przeszłość. Uchronić się przez wpadnięciem w studnię żalu i smutku.
Jednak taki opis fabuły nie oddaje charakteru książki. Bo powieść jest jedną wielką tajemnicą. Albo kilkoma. Autor odkrywa je po kawałeczku, jakby odkrywał rąbek obrazka, a czytelnik ma zgadywać, co na nim jest. I kiedy już się wydaje, że wie, autor odkrywa kolejny kawałeczek i wszystkie domysły p.t. Jużjestempewnażewiemcosięstałozmamą biorą w łeb. A prawda powala czytelnika na kolana. Przynajmniej takiego jak ja. I dusi w gardle łzami, które siłą są wstrzymywane.
Świetna jest też forma powieści. Trzech narratorów-bohaterów w różnych częściach dodaje coś od siebie. Styl jest oszczędny w słowa. Bo nie potrzeba tu zbyt wielu słów, opisów. Wystarczy krótko i treściwie, żeby czytelnik poczuł te emocje. Nie ma też dialogów. Widzimy świat oczami bohaterów. I to wystarczy. Rozmowy są pewnie gdzieś w kuluarach. Ale nie mają tu znaczenia. Za to jest szczypta realizmu magicznego.
Rewelacyjna książka, od której nie mogłam się oderwać przez cały weekend, aż jej nie skończyłam. A jak skończyłam, to poczułam, że siedzę z wstrzymywanym oddechem.
Dziękuję panu Małeckiemu za emocje, jakich dawno żaden autor we mnie nie wywołał. Dziękuję za ucisk w gardle, za te hamowane łzy. Za tajemnice, które prawie do końca zostały tajemnicami, choć wcześniej wcale się nie wydawały takie tajemne, bo przecież to oczywiste, że...No okazał się całkiem nieoczywiste...I dziękuję za możliwość zajrzenia do świata osoby z porażeniem mózgowym i osoby, która oddała siebie baletowi.
Dawno nie pochłonęłam takiej wspaniałości!


