piątek, 15 maja 2026

"Ciotka Zgryzotka" M. Musierowicz

 Rok pierwszego wydania: 2018

Ocena: 4/6



Uff...Ostatni tom Jeżycjady! Rozczarowanie rośnie, więc dobrze, że to już koniec.

Tym razem spotykamy Borejków kilka lat starszych, niż w "Febliku". Dzieci dorastają, zmieniają szkoły, dorosłym przybywa lat i schorzeń ;) Ida  remontuje swoją wymarzoną ruinkę (trochę czasu jej to zabrało...), którą dostała w prezencie od przyszłej synowej.  Józinek, zdolny student architektury, rozbudowuje dla odmiany dom Rumianków i szykuje się do bliskiego już ślubu. Ignaś też remontuje ;) - mieszkanie na Roosevelta, w oczekiwaniu na rychłe narodziny pierwszego potomka! Za to lorek remontuje mały pawilon, w którym mają zamieszkać Gabrysia i Grześ. Strasznie dużo tych remontów w "Ciotce", niektóre ciągną się latami, bo zaczęto je jeszcze w "Febliku" ;)

W gościnę (i teoretycznie do pomocy) przybywa do Idy Nora, przeżywająca burzliwy czas dojrzewania i głęboki kryzys relacji z rodzicami, zwłaszcza Florkiem. I chyba to Nora miała być główną, nastoletnią bohaterką tej części, jednak ten wątek zdecydowanie mnie zdegustował. Znów mnóstwo dziwnych wydarzeń na przestrzeni zaledwie kilku dni: podglądający Norę zwyrodnialec, dziwne eksperymenty Dentysty i Podeszwy, Nora uwięziona w stodole, uciekająca przez okno, atakowana przez psa, wspinająca się na drzewo itd itd...Rety, za dużo tych skoków adrenaliny jak na jeden dzień i jedną dziewczynę wg mnie ;)

Ponieważ już na samym początku Nora przez przypadek topi Idusiową komórkę w kuble z farbą, a swoją wyłączoną gubi gdzieś w trawie (czemu ona nie szuka tego nowiutkiego telefonu na małym w sumie terenie???), w książce pojawia się sporo maili. Zabieg ten wykorzystała autorka już we "Wnuczce" pod pozorem braku zasięgu w okolicy domu Rumianków i tu wygląda mi już nieco wtórnie.

Zaskoczyła mnie przemiana Agnieszki - z delikatnej, ciągle mdlejącej dziewczyny w stanowczą, wprowadzającą swoje rządy na Roosevelta młodą żonę i przyszłą matkę. Pod jej dyktaturą Ignaś stał się już totalnym pantoflarzem, który nie umie się w niczym sprzeciwić ubóstwianej kobiecie :/ Zgadza się nawet zlikwidować pamiątkową tablicę korkową z kuchni, stanowiącą przecież symbol Borejkowej historii! A jakże okrutne jest uświadamianie Ignasiowi przez żonę, że rodzina nie raz raniła na pewno jego uczucia. Przestałam zupełnie lubić Agnieszkę, niestety.  

Poczułam w "Ciotce" zmierzch tej sagi, jakiś koniec (choć miał być jeszcze jeden tom). Wraz z wyprowadzką Gabrysi i Grzegorza na wieś, do Pulpecji, na Roosevelta rozpoczynają się niepodzielne rządy młodego pokolenia. Panią domu zostaje oficjalnie Agnieszka. Zmienia się też mieszkanie, powstaje nowa łazienka, znikają odwieczne regały z książkami i filodendron. Nie mam już ochoty wracać do kuchni Borejków, pić herbatki przy ich dużym kuchennym stole, nad którym nie ma już nawet korkowej tablicy z wiszącym na niej zawsze hasłem: kto mlaszcze... Klimat dawnego mieszkania, dawnej kuchni, próbuje odtworzyć w swoim domu Patrycja, ale w powieści trafiamy tylko na niewielkie wzmianki o tym.

Coraz bardziej zgrzyta mi słownictwo, jakim posługuje się autorka. Jego poziom i klasa, które doceniam w początkowych częściach, drastycznie spada w końcowych. Miałam wrażenie, że pani Musierowicz próbuje zaszczepić, przemycić młodzieży wysoką kulturę, w której została wychowana. I to był wg mnie atut Jeżycjady. Bohaterowie czytali klasykę, chadzali do opery czy filharmonii, słuchali dobrej muzyki. Nie bluźnili, nie mówili młodzieżowym slangiem. W ostatnich tomach wszystko to zanika. A już zwracanie się Florka do szwagra per: Grzechu przyprawia mnie o ciarki zniesmaczenia :/ 

Im bliżej końca serii, tym mniej głębi w tych powieściach. Brakuje mi wnikania w dusze bohaterów, brakuje mi ich mądrych, ciepłych rozmów, brakuje mi zadumy, ale i żartów. Brakuje mi tego "czegoś", co sprawia, że do pierwszych tomów wracam bardzo często. Brakuje mi opisów realiów, w jakich przyszło żyć bohaterom w danym czasie. Z początkowych tomów mam wypisane mnóstwo wspaniałych cytatów, tytułów książek, po które chcę kiedyś sięgnąć, idąc w ślady jeżyckich bohaterów. Z ostatnich tomów praktycznie nie miałam co wypisywać :( Mam wrażenie, że tym razem trzymam w ręce zwyczajne, płytkie czytadełko dla dorastających dziewczynek (jeśli jeszcze w ogóle czytają Jeżycjadę?) jakich wiele wydaje się każdego miesiąca. Szkoda. 

Ale mimo wszystko jestem wdzięczna pani Musierowicz za to, że wystarczyło jej zapału, chęci, sił i pomysłów na pisanie tej niepowtarzalnej sagi przez kilkadziesiąt lat! 

I cieszę się, że nadal mogę wracać do "Szóstej klepki", "Kwiatu kalafiora" czy "Opium w rosole", że znów mogę spotkać nastoletnią Gabrysię, Nutrię z świeżo wyrośniętymi zębami, czy małą Genowefę pukającą do drzwi z pytaniem, co mają na obiadek :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz