Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. angielska. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 października 2026

"Wielkie nadzieje" Charles Dickens

 Rok pierwszego wydania: 1860

Ocena: 5/6

"Wielkie nadzieje" zaczęłam czytać wiosną. A raczej słuchać, głównie w aucie, w drodze. Szybko się okazało, że lektorem jest AI, co mnie mocno zirytowało, bo jakość takiego czytania pozostawia wiele do życzenia. I tak zaczęłam robić przerwy, kiedy poziom mojego zniechęcenia rósł, a potem wracałam, i znów przerywałam...Po jakimś czasie wątki zaczęły mi umykać. Bohaterowie zaskakiwać tym, że już powinnam ich znać, a ja ich nie pamiętam...W kalendarzu adwentowym dostałam piękną papierową wersję tego klasyka, ale jak przeniosłam się do niej, to było jeszcze gorzej z połapaniem się w akcji...I tak zniechęciłam się do Dickensa po raz kolejny, bo wcześniej trafiałam na tragiczne wydania innych powieści.

Jednak wraz z nadejściem jesiennych długich wieczorów i w trakcie lektury "Czytaj jak profesor" zakiełkowała w mojej głowie myśl, żeby dać "Nadziejom" jeszcze jedną szansę. I tak ... zaczęłam czytać od początku, powolutku, delektować się klimatem i językiem. I...popłynęłam!

Osierocony Pip jest wychowywany przez surową, apodyktyczną siostrę i jej męża, kowala. Wszystko wskazuje na to, że kiedyś chłopak zostanie uczniem swojego opiekuna i będzie pracował razem z nim. Pewnego dnia Pip pomaga przypadkowo spotkanemu zbiegowi. Kradnie na niego jedzenie ze spiżarni siostry i pilnik z kuźni, dzięki któremu więzień ma szansę uwolnić się z okowów na nodze. Przez długie lata głęboko skrywana tajemnica budzi w chłopcu strach przed potencjalnymi konsekwencjami.

Gdy Pip zostaje zawezwany do zdziwaczałej pani Havisham by umilać jej czas swoim towarzystwem, poznaje śliczną Estellę. Zakochuje się pierwszą niewinną miłością, jednak wie, że nie ma szans na odwzajemnienie uczucia ze względu na swój status materialny, pocodzenie i rodzinę. 

Jednak pewnego dnia los Pipa diametralnie się zmienia. Anonimowy darczyńca przekazuje chłopakowi ogromną sumę pieniędzy. Stawia jednak warunek: chłopak ma wyjechać do Londynu i uczyć się. To wydarzenie budzi w sercu młodzieńca ogromne nadzieje: na nowe życie, na wyrwanie się z kuźni, na zdobycie wykształcenia, awans społeczny, a wreszcie na miłość Estelli.

Tym razem powieść mnie pochłonęła! Jej akcja toczy się dość wolno, bez gwałtownych wzlotów i upadków. Jednak ponury klimat moczarów, domu Pipa, tajemniczego zamku pani Havisham, dziewiętnastowieczny Londyn - robią swoje! Świetnie wpisują się w jesienną aurę. 

Niestety i w tym wydaniu nie obyło się bez błędów, literówek, dziwnych zwrotów. Nie wiem, czy to ja mam takiego pecha do powieści Dickensa, czy w Polsce są one traktowane po macoszemu. Mam wrażenie, jakby omijała je jakakolwiek korekta....

Cieszę się, że dałam panu Dickensowi jeszcze jedną szansę!

piątek, 18 września 2026

"Miniaturzystka" Jessie Burton

 Rok pierwszego wydania: 2014

Ocena: 5/6



Tym razem zostałam zaskoczona bardzo pozytywnie. Początek książki wydawał mi się nijaki, a styl pisarki niezbyt przypadł mi do gustu (krótkie zdania w czasie teraźniejszym), ale dość szybko tajemniczy i mroczny klimat domu nad kanałem w Amsterdamie wciągnął mnie po uszy. Ba, musiałam zaprzestać czytania wieczorami, bo potem nie mogłam zasnąć!

Osiemnastoletnia Petronella właśnie została żoną prawie czterdziestoletniego Johannesa Brandta, jednego z największych kupców siedemnastowiecznego Amsterdamu. W progu nowego domu w zastępstwie małżonka wita ją mrukliwa, nieprzystępna szwagierka Marin, która, jak się wkrótce okaże, pełni niepodzielne rządy w gospodarstwie i kontrolę nad bratem. 

Mąż nie poświęca Nelli ani czasu, ani uwagi. Dziewczyna czuje się jakby była niewidzialna. Nie tak wyobrażała sobie nowe życie. Jako rekompensatę oziębłości, Johannes daje jej w prezencie ślubnym ogromną replikę ich wspólnego domu. Znaleziona w katalogu rzemieślników miniaturzystka, na zlecenie Nelli, ma ją wyposażyć w meble i figurki mieszkańców. Niebawem okazuje się, że tajemnicza kobieta zaczyna swoimi przesyłkami wyprzedzać dziwne i tragiczne wydarzenia, które wywracają życie rodziny Brandtów. Na jaw wychodzą coraz to nowe tajemnice, a Nella staje się zdecydowaną i odważną młodą kobietą, która próbuje ratować męża, jego interesy, życie Marin i bezpieczeństwo całej rodziny.

Oprócz wątku obyczajowego, kryminalnego, ważnym elementem powieści jest życie siedemnastowiecznego Amsterdamu. Styl życia bogatych kupców, sytuacja homoseksualistów, nazywanych sodomitami czy ciemnoskórych, traktowanych jak dzikusy.

To też opowieść o silnych kobietach, które w tamtych czasach nie miały prawa głosu, nie były samodzielne, praktycznie nie istniały jako odrębne jednostki. Na pierwszy plan wysuwa się Nella ze swoim bystrym umysłem, zdolnościami przedsiębiorcy, wielką tolerancją, wyrozumiałością i emocjami. Zaraz za nią jawi się Marin, kryjąca pod pancerzem siły i despotyzmu wielkie tajemnice. Towarzyszy im służąca Cornelia, zawsze wierna swoim paniom. Mężczyźni w tej powieści są słabi, mściwi, pazerni, ulegający żądzom, zaprzedający duszę mamonie.

Uwagę zwracają też obrazowe opisy budynków, kanałów i...zapachów, które Nella wszędzie czuje. Smród gnijącej wody i ryb miesza się z zapachem piżma czy orientalnych przypraw. 

Naprawdę zachwyciła mnie ta powieść. Daleka od naiwności, utartych schematów. Nie raz zaskoczył mnie zwrot akcji czy ujawnienie tajemnicy. Czytanie "Miniaturzystki" było wielką przyjemnością. Jednak jest to powieść smutna. Momentami przygnębiająca. Ale takie jest życie, a tym bardziej było w XVII wieku...Nie ma tu happy endu. Jest smutek, śmierć, rozpacz, samotność, bezradność, beznadzieja. To nadaje opowieści realizmu i dalekie jest od przesłodzenia, tak popularnego w literaturze współczesnej.

poniedziałek, 7 września 2026

"Dziewczyna z wrzosowisk" Lucinda Riley

 Rok pierwszego wydania: 1994

Ocena: 3/6



Pięć lat temu czytałam "Dziewczynę na klifie" tej samej autorki. Pozostały mi po niej mgliste wspomnienia klimatu północnej Anglii, Irlandii i mrocznych klifów. To zaważyło nad moim odruchem w bibliotece - sięgnęłam na stolik po kolejną powieść z piękną okładką, barwionymi brzegami i obietnicą wrzosowisk. Nie spodziewałam się po niej zbyt wiele, więc i nie poczułam dużego rozczarowania ;)

To typowe babskie czytadło, z pogranicza romansu i powieści obyczajowej. Proste, ckliwe, łatwe do szybkiego przeczytania i zapomnienia. Czasem i takie jest wskazane, żeby w weekend zresetować głowę. 

Lata 70-te XX wieku. 17-letnia Leah dorastała w małej wiosce w Yorkshire, w cieniu pięknej koleżanki i sąsiadki Mirandy. Gdy w domu tej drugiej pojawia się nieznany dotąd kuzyn Brett, łatwo się domyślić budzącej się miłości, zawiści i zdrady. Po latach to właśnie Leah zostaje znaną modelką, zaś Miranda matką nieślubnego dziecka, polującą na bogatego księcia z bajki. Drogi Leah i Bretta znów przecinają się na chwilę, jednak nic tu nie jest takie proste i oczywiste ;)

Lata 40-te XX wieku. Dawid i Róża stracili rodziców w czasie wojny. Sami trafili do obozu w Treblince, z którego udało im się uciec wraz z przyjaciółką Anią. Wydarzenia te wycisnęły piętno na całym przyszłym życiu nie tylko ich, ale i ich dzieci...

Co mnie raziło w tej powieści? Ogrom blichtru, pieniędzy, luksusu. Po wojnie Dawid szybko staje się jednym z najbogatszych ludzi na świecie, uboga Leah nagle staje się bogatą modelką, która kupuje dom rodzicom, Ross niby nie ma pieniędzy na naprawę przeciekającego dachu, ale jej adoptowana córka ubiera się w najmodniejsze, markowe ciuchy, a domu zatrudniona jest służąca...Być może to znak szczególny lat 90-tych, wtedy tego przepychu, błyskotek i szalonej kasy mnóstwo było w serialach, filmach i książkach...

I wrzosowiska! Gdzie te obiecane wrzosowiska? Są najdroższe hotele, kluby, jachty, ale wrzosowisk nie ma prawie wcale!

Co mnie zachęciło do czytania na tyle, że nie rzuciłam książki w kąt, choć kilka razy miałam na to ochotę? Autorka nieźle poplątała losy bohaterów i splotła je ze sobą w zaskakujący warkocz.

sobota, 25 lipca 2026

"Dlaczego kobiety uprawiają ogrody" Alice Vincent

 Rok pierwszego wydania: 2025

Ocena: 2/6



Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie warto kupować nowości, gdyż są zwykle świetnie reklamowaną lekturą jednorazową, a czasem niestrawną i niemożliwą do skończenia. I że nie można oceniać książki po okładce. Ani po opisie na tejże. Rok temu popełniłam wszystkie te błędy jednocześnie. Zauroczyła mnie piękna okładka i grafika na jej wewnętrznej stronie. Zachęcił opis. I kupiłam. Przebrnęłam przez sto stron...I odłożyłam ją na półkę z myślą, że może nie wpasowuje się w mój chwilowy nastrój? Mimo, że zaczęłam ją czytać latem, kiedy ogród kusi swymi kolorami, co powinno sprzyjać czytaniu o ogrodach, jakby nie patrzeć... Przeleżakowała na półce rok i dałam jej drugą szansę, liczyłam, że tym razem ją skończę. Niestety nie dam chyba rady...

Opis na okładce obiecuje wzruszające opowieści kobiet, mające mnie oczarować. Opowieści o ich ogrodach i powodach, dla których je założyły i uprawiają. Niestety w środku znalazłam przede wszystkim neurotyczne opowieści autorki o jej przemocowych związkach, rozstaniach, presji na posiadanie dziecka itd. Jeśli już oddaje głos innym kobietom, to są to mocno streszczone historie, z reguły smutne, bo okazuje się, że ogród ma głównie koić ból duszy. 

Spodziewałam się ogrodów. Pięknych opisów roślin, rozmów w cieniu drzew, zachodów słońca, kropelek rosy. Spodziewałam się pięknej opowieści o kobietach. Siostrzanego ciepła, porozumienia dusz. Przede wszystkim rozmów. Nic z tego nie dostałam.

Książka jest zwyczajnie nudna. Chaotyczna. Bez polotu. Ani styl, ani język kompletnie nie porywają. Nie raz miałam wrażenie, że czytam jakiś feministyczny bełkot pseudoliteracki. Miałam wrażenie, że autorka nie miała co robić w czasie pandemii i po niej i żeby się czymś zająć, zaczęła pisać jakieś notatki. Które potem o dziwo ktoś wydał. Gdyby wycisnąć tekst, z 340 stron zostałoby może kilka kartek.

Wielkie rozczarowanie....A szkoda, bo z tego tematu można by zrobić naprawdę piękną opowieść.

poniedziałek, 20 października 2025

"Klub czytelniczy dla samotnych serc" Sara Nisha Adams

 Rok pierwszego wydania: 2021

Ocena: 4/6


Gdy zobaczyłam na księgarnianej półce książkę o książkach i czytaniu, z uroczą okładką i tajemniczą listą na obwolucie, nie umiałam się jej oprzeć...

To lekka powieść do szybkiego przeczytania, poruszająca jednak smutne tematy żałoby, śmierci, samotności. 

Mukesh nie może się otrząsnąć po śmierci żony. Czuje się stary, niepotrzebny i samotny. Relacje z córką i wnuczką nie są już takie, jak wcześniej. Choć nigdy nie był zagorzałym czytelnikiem, zapisuje się do biblioteki, chcąc w ten sposób nawiązać kontakt z wnuczką i zrozumieć miłość do książek zmarłej żony. W ten sposób poznaje Aleishę, która pracuje w bibliotece w wakacje. Do rąk Mukesha trafia tajemnicza lista tytułów, opatrzona intrygującym komentarzem: "Przeczytaj w razie potrzeby", znaleziona w jednej z książek. Postanawia iść tym tropem...

To opowieść o magii książek i potrzebie bycia obok drugiego człowieka.

środa, 27 kwietnia 2022

"Biblioteka o północy" Matt Haig

 Rok pierwszego wydania: 2021

Ocena: 3,5/6

Źródło: biblioteka



"Między życiem a śmiercią znajduje się biblioteka. A w tej bibliotece półki ciągną się w nieskończoność. Każda książka daje ci szansę na wypróbowanie życia innego, niż prowadziłaś. Możesz w ten sposób sprawdzić, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś dokonała innych wyborów...Czy zrobiłabyś coś inaczej, gdybyś mogła cofnąć decyzje, których teraz żałujesz?"

Do takiej biblioteki trafia Nora. Śmierć kota przepełnia czarę i 35-letnia kobieta postanawia zakończyć swoje życie. Uważa, że nic nie wnosi do świata, że do niczego się nie nadaje, a innym będzie bez niej lepiej i łatwiej.

Nora trafia do biblioteki o północy, dziwnego miejsca, w którym ma możliwość wglądu w swoje alternatywne życia. Na podstawie swojej "Księgi żalów" może dokonać drugi raz wyboru. Okazuje się jednak, że te "inne życia", których niezrealizowania zawsze żałowała, nie były tak idealne, jak w jej wyobraźni. Dodatkowo uświadamia sobie, jak wiele dobra uczyniła innym w swoim życiu takim, jakie przeżywa.

"Na każde życie składają się miliony decyzji. Niektóre są poważne, inne znaczą niewiele. Ale za każdym razem, gdy podejmujemy taką a nie inną decyzję, zmienia się ciąg dalszy. Następuje nieodwracalna zmiana, która z kolei prowadzi do następnych zmian. (...) Gdybyś tylko jedną rzecz zrobiła inaczej, historia twojego życia byłaby zupełnie inna."

Chyba każdy z nas żałuje jakiejś decyzji z przeszłości. Tego, że nie ma dzieci, albo, że ma, że nie zrobił kariery, albo poświęcił jej życie, że nie dbał o zdrowie, że nie spędzał więcej czasu z bliskimi...Lista jest długa. Jednak powieść pokazuje, że nie warto żyć przeszłością i tęsknotą za alternatywnym życiem. Bo nie wiemy, jakie by ono tak naprawdę było. Nie ma decyzji, które pociągają za sobą tylko pozytywy. Warto żyć tu i teraz, cieszyć się tym, co z naszych decyzji dobrego wyniknęło. 

Książka napisana jest lekkim stylem, czyta się ją błyskawicznie, a jednak daje do myślenia. 


środa, 10 listopada 2021

"Światło między oceanami" M.L. Stedman

 Rok pierwszego wydania: 2012

Ocena: 4,5/6



Tę powieść czytałam po raz pierwszy kilka lat temu. Od tamtego czasu stoi na mojej półce, bym mogła wrócić do niej, gdy zatęsknię za jej klimatem. Właśnie w te długie, ciemne i zimne wieczory przyszedł taki czas, kiedy znów chciałam się znaleźć w latarni morskiej na malutkiej wysepce Janus Rock, oddalonej o sto mil od wybrzeży Australii. 

Tom, inżynier z Sydney, jest weteranem I wojny światowej. Po traumatycznych przejściach na francuskim froncie z ochotą przyjmuje posadę latarnika na bezludnej wysepce, gdzie miesiącami towarzyszy mu tylko huk fal i wiatru, śpiew ptaków, kilka kóz i stadko kur. Podczas rzadkich urlopów spędzanych na lądzie poznaje Isabel, dużo młodszą, pełną radości dziewczynę, która decyduje się zostać jego żoną i zamieszkać w małym domku przy latarni. Małżonkowie żyją na wyspie niczym w raju, oddzieleni od świata falami oceanu. Jednak i tu dosięgają ich tragedie: w ciągu kilku lat Isabel traci dwie upragnione ciąże oraz rodzi przedwcześnie martwego synka. Kolejny wyrok jest wstrząsający: Isabel nie może mieć więcej dzieci. Kobieta wpada w depresję. 

 Dwa tygodnie po ostatniej traumie do wybrzeży wyspy przybija łódka z ciałem martwego mężczyzny i płaczącym niemowlęciem. Zrozpaczona po stracie dziecka kobieta błaga męża, by ukrył wypadek przed władzami. Po pogrzebie nieznanego mężczyzny, małżonkowie opiekują się dziewczynką jak wymarzoną córką, przekonani, że jej matka utonęła. Sielanka trwa dwa lata, do czasu, gdy w trakcie pobytu na lądzie dowiadują się o kobiecie opłakującej zaginięcie męża i maleńkiej córeczki...Czy sumienie pozwoli Tomowi na dalsze ukrywanie prawdy?

Powieść napisana jest lekko, nie jest to szczyt pisarskich umiejętności, razi np. mieszanie czasu teraźniejszego z przeszłym w narracji. Jednak tematyka, dylematy głównych bohaterów poruszają. Klimat wysepki Janus Rock na długo zapada w pamięć. Opisy są na tyle malownicze, że prawie słychać huk rozszalałego sztormem oceanu, można prawie poczuć piasek pod stopami, czy spojrzeć w bezkres otaczającej wody.

Nie umiem określić, co mnie najbardziej przyciąga do tej powieści. Czy rozterki moralne bohaterów, czy wieloletnie życie w izolacji na maleńkim skrawku ziemi, otoczonym wodami oceanów, czy zmaganie się z surowym klimatem wyspy, a może wszystko na raz? W każdym razie książka wraca na półkę. Pewnie kiedyś znów wrócę na Janus Rock.

czwartek, 2 września 2021

"Dziewczyna na klifie" Lucinda Riley

 Rok pierwszego wydania: 2011

Ocena: 3,5/6



Najpierw okładka przyciągnęła mój wzrok. Potem zauroczyły mnie opisy irlandzkich klifów. A wreszcie-wciągnęła historia rodziny na przestrzeni stu lat.

Grania, młoda, uzdolniona rzeźbiarka, przed laty wyemigrowała z irlandzkiej farmy do Nowego Yorku, gdzie ułożyła sobie życie u boku Matta. Jednak po stracie ciąży, w ciągu jednego dnia, bez żadnego wyjaśnienia, wraca na rodzinną formę nad zatoką Dunworley. Na klifie spotyka ośmioletnią Aurorę Lisle, mieszkankę pobliskiego zamczyska, najmłodszą z rodu o wielopokoleniowych tradycjach. Mama dziewczynki popełniła samobójstwo kilka lat wcześniej. Jej ojciec, Alexander, prosi Granię o pomoc w opiece nad dzieckiem. Grania szybko przywiązuje się do Aurory, obie zaspokajają nawzajem swoje najgłębsze potrzeby. Szybko okazuje się, że Alexander jest ciężko chory. Składa Grani zaskakującą propozycję....

Matka Grani jest zaniepokojona nową znajomością córki i przeciwna jej angażowaniu się w sprawy rodziny Lisle. Opowiada córce zagmatwaną rodzinną historię, cofając się dwa pokolenia wstecz. Grania dowiaduje się o tragicznym wpływie przodków Aurory na losy jej własnej rodziny. 

To typowe "babskie" czytadło ;) Są źli i dobrzy bohaterowie, jest miłość i happy end mimo wielu burz po drodze do szczęścia ;) Czyta się lekko, szybko, przyjemnie. Powieść nie należy do tych z wyższej, ambitnej półki, ale na pewno można przy niej spędzić kilka miłych wieczorów :) Mimo, że nie przepadam za takimi grubymi sagami, szybko mnie nudzą, w tym przypadku dobrnęłam do końca ;)


poniedziałek, 22 lutego 2021

Siedem dni razem" Francesca Hornak

 Rok pierwszego wydania: 2017

Ocena: 3,5/6


 

Akcja książki rozgrywa się w 2016 roku. Wydana została w 2017, a mniej więcej półtora roku czekała na mnie na czytniku, aż już zdążyłam zapomnieć, o czym jest i dlaczego w tymże czytniku wylądowała. Ale jeśli się tam znalazła, to znaczy, że chciałam ją przeczytać i w weekend wreszcie ją otworzyłam.

Dlaczego piszę o tej chronologii? Bo gdybym przeczytała ją od razu te półtora roku temu na pewno odebrałabym ją zupełnie inaczej. Lepiej? Gorzej? Nie wiem. Na pewno inaczej. Dlaczego? Ponieważ głównym tematem powieści jest kwarantanna z powodu epidemii wirusa...

Olivia, młoda lekarka, przez kilka miesięcy próbowała leczyć i ratować w Afryce ludzi zarażonych fikcyjnym wirusem haag. Jego śmiertelność wynosi 70-80%, a objawy, jakie wywołuje, są bardzo wyniszczające. Olivia wraca na święta do Anglii, gdzie musi się poddać tygodniowej kwarantannie. Tu następuje pierwszy (z kilku) zgrzyt, a który pewnie wynika z doświadczeń ostatniego, pandemicznego roku. Otóż nie rozumiem, dlaczego kobieta nie odbywa tej kwarantanny sama, w swoim mieszkaniu (co byłoby dziś raczej oczywiste), tylko z rodzicami i młodszą siostrą w ich starej posiadłości. Dlaczego lekarka, świadoma zagrożenia, ryzykuje zdrowie i życie najbliższych jej osób? Ok, wirus haag przenosił się przez kontakt z wydzielinami chorego, a nie drogą kropelkową, jednak mimo wszystko decyzję uważam za absurdalną.

Cztery wydawało by się bliskie sobie osoby, zamykają się na siedem świątecznych dni w jednym domu. Ta sytuacja jest tak nam bliska w ciągu ostatnich miesięcy, że zdecydowanie nie muszę wytężać swojej wyobraźni, by utożsamić się z bohaterami. Oczywiście izolacja wyostrza wszystkie wcześniejsze konflikty, wyciąga na światło dzienne pretensje, pokazuje w jaskrawym świetle niedopasowanie i tak naprawdę - brak głębszej znajomości pozostałych członków rodziny. Strasznie irytowała mnie infantylna, egoistyczna Phoebe, młodsza siostra Olivii, która mimo zbliżania się do trzydziestki, zachowywała się jak rozkapryszona nastolatka. Ogólnie nikt z rodziny nie potrafi zrozumieć odczuć Olivii, która w ciągu ostatnich miesięcy była w piekle...

Dodatkowo tuż przed kwarantanną w życiu każdego z bohaterów ma miejsce zdarzenie zmieniające dalsze życie. Phoebe oświadcza się wreszcie wieloletni chłopak, matka dowiaduje się o okrutnej chorobie, a ojciec o synu, którego spłodził ponad 30 lat temu w czasie gorącej nocy w Libanie...Rodzice ukrywają swoje sekrety przed resztą rodziny. W czasie kwarantanny ciąg wydarzeń, jak przewracające się klocki domina, sprawia, że nic nie będzie już takie jak przed tymi świętami...

Powieść wydaje mi się do pewnego momentu mocno przegadana. Dopiero w drugiej połowie akcja nabiera tempa, trzyma w napięciu. I co mnie zaskoczyło, nie ma tu happy endu, choć zdecydowanie taki typ powieści powinien go mieć.  Chociaż może jest, tylko nie taki klasyczny. Bo czyż nie jest w pewnym sensie szczęśliwym zakończeniem to, że dwie młode kobiety i ich rodzice stają się sobie bliscy jak nigdy dotąd? Że rodzina staje się najlepszym wsparciem w przypadku życiowych tragedii? 

Nie ukrywam, że książka drażniła mnie: sposobem narracji (prostym i płytkim), językiem (bardzo współczesnym i takim "codziennym"), nawet kumulacją zbiegów okoliczności i wydarzeń, bo aż się wierzyć nie chce, żeby np. na lotnisku Emma spotkała nieznanego syna swojego męża i wręcz się z nim prawie zaprzyjaźniła, a za kilka dni tenże syn rozbił narzeczeństwo przyrodniej siostry, odkrywając prawdziwą naturę jej przyszłego małżonka...I w ogóle jakoś mi tak za łatwo bohaterowie godzą się z rewolucyjnymi sytuacjami...Ot szokujące pojawienie się "marnotrawnego syna" za chwilę przeradza się w rodzinną sielankę, Phoebe dwa dni po zerwaniu zaręczyn przez narzeczonego rzuca się w ramiona kolegi z pracy itd...Za słodkie to wszystko.  Jednak ciekawość, jak autorka poprowadzi do końca poszczególne wątki, nie pozwalała mi zrezygnować z czytania. I jednak po przewróceniu ostatniej kartki w głowie świta pytanie: jak ja bym się zachowała w każdej z tych sytuacji, na miejscu każdego z bohaterów? Na tyle siebie znamy, na ile nas sprawdzono...

Ciekawa jestem, ile tego typu powieści, których akcja będzie się kręcić wokół epidemii i kwarantanny, pojawiła się na rynku wydawniczym w ostatnim roku, a ileż jeszcze się ukaże w najbliższym czasie. Mam jednak nadzieję, że ich poziom będzie nieco wyższy.

czwartek, 13 sierpnia 2020

"Przed końcem zimy" B. MacLaverty

 Rok pierwszego wydania: 2017

Ocena: 4/6


Gerry i Stella, starsze irlandzkie małżeństwo, wyjeżdżają na zimowy urlop do Amsterdamu. Te kilka mroźnych i wietrznych dni uzmysłowi każdemu z nich, że mimo spędzenia ze sobą kilkudziesięciu lat, nadal nie wszystko wiedzą o współmałżonku. Gerry ukrywa przed żoną kolejne drinki. Stella w czasie samotnych spacerów szuka tajemniczego zakonu beginek. Każde z małżonków ma swoje nawyki, ulubione zajęcia, ale i tajemnice z przeszłości, wspomnienia, które nie są wspólne. Stella zastanawia się, czy oddalili się od siebie już na tyle, że mogliby żyć bez siebie? I co zrobić z resztą życia? Wcześniej cały swój czas i siły oddawała synowi. Teraz przed nią być może kolejne 20 lat, które trzeba dobrze wykorzystać...

To dobrze napisana książka. Akcja dzieje się w ciągu kilku dni, nie ma tu jakiejś ekscytującej akcji, autor skupia uwagę raczej na wewnętrznych rozterkach, emocjach bohaterów, niż na zewnętrznych wydarzeniach. Prosty, wręcz reporterski styl idealnie pasje do dojrzałych bohaterów, którzy już większość sobie w życiu powiedzieli i potrafią razem milczeć.

Ciekawa pozycja. Dawno takiej nie czytałam.

piątek, 26 czerwca 2020

"Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę" Sumia Sukkar

Rok pierwszego wydania: 2017
Ocena: 4/6


Jest tyle książek o II wojnie światowej. I beletrystyki, i pamiętników, i dokumentów. Każą nam je czytać już w szkole podstawowej jako lektury. Budują w głowie obrazy jakiejś odległej wojny. Kiedyś-to był inny świat, inni ludzie, inne czasy...
A tu -  powieść o wojnie, która teraz i za miedzą...
O wojnie domowej w Syrii, o sytuacji w Aleppo słyszeli chyba wszyscy. Były to jednak relacje głównie medialne, obserwacje z zewnątrz. Sumia Sukkar przedstawiła wojnę od środka. Widzianą oczami młodego, 14-letniego człowieka, praktycznie jeszcze dziecka...
Adam ma zespół Aspergera. Odbiera świat nieco inaczej, bardziej intensywnie. Emocjom nadaje kolory. Przeżycia przekłada na malowane przez siebie obrazy.
Mimo panującego reżimu, protestów na ulicach, śmierci mamy, życie Adama płynęło dość spokojnie i przewidywalnie pod czujnym okiem i opieką starszej siostry. Poczucie bezpieczeństwa i stabilizacja runęły wraz z pierwszymi zbombardowanymi budynkami. Normalne życie zniknęło pod grubą warstwą okrywającego wszystko pyłu. Rozumienie świata umarło wraz ze śmiercią brata, przeszytego ośmioma kulami. 
Relacja Adama i jego starszej siostry Yasminy z pierwszych miesięcy wojny po prostu poraża czytelnika. Opowieść staje się chwilami tak trudna do przyjęcia, że musiałam odłożyć książkę, żeby móc uspokoić emocje. Mimo, że książka napisana jest prostym językiem, idealnie dopasowanym do sposobu myślenia i porozumiewania się 14-latka, doskonale oddaje emocje. Można dosłownie poczuć zapach krwi na ulicy Aleppo, głód i burczenie w brzuchu, strach i panikę po wybuchu bomb...Obraz porwanej i torturowanej dziewczyny jest chyba jednym z mocniejszych w literaturze wojennej...
Niech nie zmyli nikogo okładka i wiek bohatera. To nie jest powieść dla dzieci ani młodzieży. Brutalna w swym przekazie, będąca bolesnym świadectwem tego, co się działo w Syrii, jest trudna do uniesienia nawet dla dorosłego czytelnika...

wtorek, 16 czerwca 2020

"Pamiętnik księgarza" S. Bythell

Rok pierwszego wydania: 2017
Ocena: 3,5/6


Odkąd pamiętam, byłam otoczona książkami. W rodzinnym domu w każdym pokoju stały na półkach książki. Uwielbiałam je oglądać, układać, przestawiać, a nawet bawiłam się w bibliotekę i nadawałam książkom numery, wpisane ołówkiem na pierwszej stronie:)
Gdy dorosłam, marzyłam o własnej księgarni. Malutkiej, klimatycznej. Moje pragnienia podsycały amerykańskie komedie romantyczne, których bohaterowie prowadzili takie właśnie księgarnie.
Niestety, ze względów rynkowych marzenia nie udało się zrealizować. Ale w to czułe miejsce w mojej duszy uderzyła książka "Pamiętnik księgarza".
Autor, były prawnik, przed wieloma laty, pod wpływem impulsu,  kupił podupadający antykwariat w małym miasteczku w Szkocji. Właściwie nie miał takiego zamiaru. Przyjechał tylko w odwiedziny do rodziców, ale po wizycie w antykwariacie i zakupie kilku książek, wyszedł z niego już jako właściciel...
W Wigtown jest tylko jeden sklep spożywczy, jedna poczta, za to aż kilkanaście księgarni i antykwariatów! Miasteczko, zamieszkane na stałe przez ok. 900 osób, od dwóch dekad nosi dumne miano szkockiego „miasta książek”. Od 1999 roku odbywa się tu coroczny Wigtown Book Festival, który w 2018 roku odwiedziło ok. 29 tys osób!
 Bythell opisuje swoją roczną pracę w "The Bookshop" w pamiętniku, a raczej dzienniku. Inspiracją stał się dla niego esej George’a Orwella z 1936 r. pod tytułem Bookshop Memories. Każdy dzień rozpoczyna zapisaniem ilości zamówień internetowych i tych zrealizowanych, a kończy stanem kasy i liczbą klientów. Pomiędzy tymi liczbami zawiera uwagi na temat zachowań klientów, relacjonuje spotkania i lokalne wydarzenia. Opowiada o wyprawach po nowe zbiory i o tym, że praca księgarza wcale nie jest taka łatwa i dochodowa, jak by się wydawało.
Zapiski to raczej suche fakty, notatki, niż zwierzenia. Czytelnik nie znajdzie tu opisu emocji autora.
Choć książka nie ma porywającej akcji, choć momentami powtarzalność sytuacji może nużyć, choć jest dość monotonna, to czyta się ją bardzo sympatycznie. Zwłaszcza mole książkowe poczują się dobrze między regałami uroczego antykwariatu "z duszą" w towarzystwie jego właściciela-pasjonaty.
Jedyne, co dla mnie było minusem, to fakt, że przewijające się tytuły z antykwarycznych zasobów należą głównie do literatury angielskiej i są mi nieznane. Ale przecież trudno, żeby w małym, szkockim miasteczku, nawet słynącym z ilości księgarni i antykwariatów, sprzedawano polską literaturę ;) Pod tym względem bardzo ciepło wspominam książkę "Przyślę panu list i klucz", której bohaterowie zaczytywali się w Sienkiewiczu czy Żeromskim;)
Po lekturze utkwiła mi w głowie jedna myśl: kiedy będę odwiedzała księgarnie czy antykwariaty, postaram się nie wychodzić z pustymi rękami ;) 

piątek, 6 marca 2020

"Posiadacz. Saga rodu Forsyte'ów" John Galsworthy

Rok pierwszego wydania: 1906
Ocena: 5/6


To była prawdziwa uczta! Powieść, w której jest wszystko. I świetnie nakreślone postacie, i opis życia klasy średniej w wiktoriańskiej Anglii, miłość, zdrada, nienawiść, zazdrość, bogactwo i ubóstwo, ciekawie prowadzona akcja.

Pierwotnie powieść została wydana pod tytułem "Saga rodu Forsyte’ów", jednak  w miarę wzrostu popularności doczekała się kontynuacji i tytuł objął cały cykl. W 1932 roku autor dostał za nią Literacką Nagrodę Nobla.

Akcja powieści rozpoczyna się w 1886 roku przyjęciem zaręczynowym młodziutkiej June. Wydarzenie to, z zasady bardzo pozytywnie rokujące na przyszłość, stało się zaczątkiem zmian, które doprowadziły do dramatu i zburzenia porządku w rodzinie.
Rozległy klan Forsyte'ów  jest malowniczym przedstawicielem ówczesnego mieszczaństwa. Śledzimy losy kilku pokoleń, które wywodzą się z niższej warstwy. Ciężką pracą bracia, stanowiący pierwsze pokolenie mieszkające w mieście, dorobili się majątków i awansowali społecznie. Żądza posiadania jest charakterystyczna dla wszystkich mężczyzn należących do rodu. Rozciąga się nie tylko na nieruchomości, ale i na osoby, nad którymi Forsytowie chcieliby panować jak nad swoją własnością...

Powieść czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Zachwyca portretami bohaterów, których można lubić lub nienawidzić. Akcja obfituje w ciekawe wydarzenia, dzięki czemu lektura nie nudzi.
Przede mną kolejne tomy sagi :)




poniedziałek, 5 sierpnia 2019

"Smuga cienia" Joseph Conrad

Rok pierwszego wydania: 1917
Ocena: 4,5/6


"Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza  teraźniejszość - cudowna ciągłość nadziei, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie. (...) Nawet cienie jarzą się tu od obietnic. Każdy zakręt drogi pociąga inną ponętą.(...) Idziesz na spotkanie losu mieniącego się barwami, a kryjącego w zanadrzu nieprzebrany zasób możliwości."
Jednak przychodzi taki moment w życiu człowieka, kiedy uświadamia sobie, że jego beztroska młodość się kończy. Zaczyna dostrzegać bezsens swoich dotychczasowych działań, pustkę w życiu. "(..) przychodzi chwila, w której spostrzegasz przed sobą smugę cienia ostrzegającą się, że dzień pierwszej młodości dobiegł już do końca. W tym właśnie okresie nawiedzają człowieka (...) chwile znużenia, przesytu, niezadowolenia z siebie. Chwile niezrozumiałego uporu. Człowiek jeszcze względnie młody dopuszcza się wtedy najnierozważniejszych czynów". Szuka nowej drogi, nowych wyzwań. Chce zmienić swoje życie, kierunek, w którym podąża.
W takim punkcie znajduje się narrator i główny bohater książki, alter ego autora.  W jednej chwili porzuca pracę na statku, satysfakcjonującą, wydawałoby się-wymarzoną, u wspaniałego pracodawcy. Postanawia wrócić do kraju z portu na Dalekim Wschodzie. Zaskoczony kapitan nie zatrzymuje go, nie nakłania do zmiany decyzji.
Po dopełnieniu formalności, w klubie oficerskim spotyka kapitana Gilesa, który wkrótce podsuwa pomysł kandydowania na stanowisko kapitana statku znajdującego się w bardzo trudnej sytuacji.Okazuje się, że w Bangkoku zmarł kapitan angielskiego statku i potrzebny jest natychmiast następca. Narrator nie potrafi się oprzeć takiemu awansowi. Tym samym staje na czele załogi, którą w niedługim czasie dopada epidemia cholery. Niestety, ktoś dokonał kradzieży i oszustwa, pozbawiając statek całego zapasu chininy. Tragedię potęguje panująca na morzu cisza, która unieruchamia jednostkę na kilka dramatycznych tygodni, w czasie których kapitan walczy wraz z stojącym u jego boku stewarda Ransomem o życie podległej m załogi.
Powieść jest zapisem dojrzewania człowieka w obliczu traumatycznych przeżyć. Powstała na podstawie doświadczeń autora. Psychologiczne rozważania, przemyślenia narratora zyskują dzięki temu wiele na autentyczności.
Głębokie rozważania na temat odpowiedzialności za swoje decyzje, na temat przejścia z okresu młodości do dojrzałości, tej tytułowej smugi cienia-są niewątpliwym atutem powieści.
"Człowiek nie powinien przywiązywać nadmiernej wagi do tego, co go w życiu spotyka, czy to będzie złe, czy dobre... Słowem, żyć połowicznie (...) Z biegiem lat nauczy się pan cenić umiejętność zachowania równowagi! (...) Obowiązkiem naszym jest stawiać czoło zarówno przeciwnościom losu, jak własnym błędom, a nawet drażliwościom sumienia. Inaczej bowiem z czymże byśmy walczyli?"

wtorek, 4 grudnia 2018

"Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell

Rok pierwszego wydania: 1853
Ocena: 4,5/6


Cranford, malutkie miasteczko w XIX-wiecznej Anglii, zamieszkane głównie przez kobiety: stare panny, bezdzietne wdowy w podeszłym wieku, siostry i przyjaciółki. Damy panują tu niepodzielnie. Mężczyźni pojawiają się tylko marginalnie. Cranfordzkie panie to nie wyzwolone emancypantki, czy heroiny. To całkiem zwyczajne, ciepłe osóbki, może chwilami nieco naiwne i dziecinne, borykające się z codziennymi problemami, których najistotniejszym powodem są niezbyt wysokie dochody....Przedstawicielki klasy średniej, i to zubożałej, wciąż pretendują do wyższych sfer, zapominając chwilami, że czasy się zmieniły, a im przybyło lat...Nie chcą się przyznać do swego statusu materialnego, choć jest on wiadomy wszystkim sąsiadkom;) Oszczędzają na podstawowych rzeczach, zmyślnie ubierając tą oszczędność w śmieszne zachowania, mające świadczyć o ich elegancji (np. panna Matty spędzając wieczory przy jednej świecy, zapala na przemian dwie świece, by w razie odwiedzin którejś z przyjaciółek wydawało się, że co wieczór palą się obie ;) ).
W miasteczku trzeba przestrzegać konwenansów, które świadczyć mają o klasie mieszkanek Cranford. Niektóre zachowania urastają do rangi rytuałów, ceremonii.

Powieść napisana jest lekko, z dużą dawką humoru. To świetne świadectwo czasów, w jakich osadzona jest akcja. Nie ma tu wyjątkowych wydarzeń, scen mrożących krew w żyłach. To zestaw scenek rodzajowych z codzienności, opisy strojów, zwyczajów, zachowań. Wszystko to jednak ma swój niezaprzeczalny urok i czar, który poszedł dziś w zapomnienie.

środa, 31 października 2018

"Jądro ciemności" Joseph Conrad

Rok pierwszego wydania: 1902
Ocena: 3/6



Końcówka XIX wieku. Marlow, żeglarz, Anglik, wyrusza do dzikiego serca Afryki, gdzie ma zostać kapitanem parowca pływającego rzeką Kongo. Podczas podróży do celu, Marlow ma okazję obserwować wybrzeże Afryki i ludzi. Skłania go to do wielu refleksji. Gdy dociera do stacji centralnej, dowiaduje się o awarii swojego statku. Zmuszony jest spędzić w tym miejscu kilka miesięcy. Daje mu to niepowtarzalną okazję do poznania prawdziwego oblicza kolonizacji. Pyszni, chciwi biali, myślący tylko o zyskach z kości słoniowej i czarni umierający z głodu i wycieńczenia...Do Marlowa wciąż docierają wieści o tajemniczym Kurtzu, agencie z odległej stacji, który szczyci się ogromnymi ilościami zdobytej kości słoniowej. Teraz leży chory, a Marlow ma pospieszyć mu z pomocą przez pierwotną dżunglę. Kim w rzeczywistości okaże się Kurtz? Geniuszem postępu czy niebezpiecznym szaleńcem?
Historię poznajemy z ust Marlowa, który opowiada ją po latach przyjaciołom zebranym na pokładzie jachtu zakotwiczonego na londyńskim nabrzeżu Tamizy.
Tytuł ma wydźwięk symboliczny. Oznacza zarówno środek czarnego kontynentu, jak i ciemność głębi duszy człowieka.
Ta krótka powieść zmęczyła mnie. Opisy makabrycznych zachowań, pełnej dominacji kolonizatorów nad tubylcami, niskich instynktach, które wyzwalają się w ludziach w tych ekstremalnych warunkach, z drugiej strony- dzikość czarnoskórych, traktowanych gorzej niż zwierzęta -  czynią lekturę  mało przyjemną i trudną.
Z pewnością wiele tu wątków autobiograficznych. Conrad pracował w zawodzie marynarza,  lata spędził na żaglowcach i parowcach. W powieści wykorzystał wspomnienia z sześciomiesięcznego pobytu w Kongu Belgijskim.
Styl pisania Conrada nie przypadł mi do gustu. Brak dialogów, monotonia opowiadania powodowały znużenie. Być może dam jeszcze kiedyś szansę autorowi, ale na pewno minie sporo czasu, zanim sięgnę po kolejną jego powieść.

poniedziałek, 24 września 2018

"O wolnym podróżowaniu: Droga jest celem" Dan Kieran

 Rok pierwszego wydania: 2012
Ocena: 5/6



Urlop. Ten wymarzony, wyczekany okres w roku. Odliczamy do niego dni już od momentu zakończenia poprzedniego. A potem, gdy przychodzi, chcemy go wykorzystać maksymalnie, wycisnąć ile się da, upchnąć tyle atrakcji, że pęka w szwach. A potem...okazuje się, że prawie nic nie pamiętamy, po powrocie minione dni zlewają się w jedno, mylą się widziane zabytki. Nie mówiąc o zmęczeniu...
Dan Kieran zachęca nas do czegoś zupełnie innego. Do powolnego podróżowania. Do tego, żeby sama droga stała się celem i przygodą. Do zamiany samolotu, który przenosi pasażerów z miejsca w miejsce bez szans delektowania się samą podróżą, na pociąg. Opowiada o tym, czego sam doświadczył i co sprawdził:)
Swe wyprawy rozpoczął od zwiedzenia najbliższej okolicy domu. Tyle razy przejeżdżał samochodem te same ulice i trasy, nie mając pojęcia, co jest kilkaset metrów w bok. By to zmienić, wyruszył w całodzienną pieszą podróż po okolicznych lasach, wzgórzach i drogach. Odkrył mnóstwo ciekawostek!
Niesamowita była również miesięczna "przejażdżka" po Anglii starą elektryczną platformą do rozwożenia mleka:) Pojazd poruszał się z oszałamiającą prędkością maksymalną 24km/godz, narażając pasażerów dodatkowo na wszelkie niedogodności pogodowe i stres związany z ładowaniem akumulatora. Nie da się chyba nie zwolnić pod każdym względem podczas takiej podróży:) Autor zachwala również wtopienie się w krajobraz, co jest niemożliwe w czasie przemierzania kraju samochodem po autostradach.
Jaką przewagę ma podróż pociągiem przez Europę w porównaniu do teleportacji samolotem?;) Daje szansę na stopniowe wtapianie się w nową rzeczywistość. Jeśli w ciągu kilku godzin znajdziemy się na takim samym bezdusznym lotnisku, jak to, z którego startowaliśmy, tyle, że na drugim końcu świata,  nie jesteśmy w stanie zostawić za sobą wszystkich nawyków, problemów itd. Jesteśmy tacy sami, tyle, że w innym miejscu. Kiedy za oknem powoli zmieniają się krajobrazy, kiedy możemy obserwować coraz to innej kultury, zjawiska, mamy szansę całym sobą zanurzyć się w nowym świecie, do którego zmierzamy.
Kolejną rzeczą, do jakiej zachęca Kieran, to zmiana przewodników;) On sam porzucił te znanych wydawnictw, zawierające obok skróconego rysu historycznego listę miejsc koniecznych do "zaliczenia". Budziły w nim zdecydowanie wyrzuty sumienia, jeśli nie udało mu się "przebiec" wszystkich punktów obowiązkowych programu. W zamian zaczął w podróży czytać książki, których akcja działa się lub dzieje w miejscach, do których podróżuje lub opowieści o znanych osobach w danym kraju żyjących. Dzięki temu dojeżdżając do danego kraju jest już "nasiąknięty" jego klimatem, historią, naturą mieszkańców. Świetne rozwiązanie!  Podobno rewelacyjnie sprawdza się podróżowanie nocnymi pociągami, gdyż śpiąca rodzina nie zakłóca lektury;)
Po dotarciu na miejsce Kieran zdecydowanie odradza "zaliczanie" kolejnych atrakcji. Poleca raczej snucie się uliczkami, w które żaden przewodnik nie zaprowadziłby wycieczki, delektowanie się kawą w małej kafejce czy spędzenie czasu na parkowej ławce:)
Im jestem starsza, tym bliższa mi jest idea wolnego podróżowania:) Lektura była dla mnie wielką przyjemnością, inspiracją. Samo zaczytanie się opowieściami Kierana o jego podróżach, lekturach działa jak niezwykły balsam na duszę:)

czwartek, 23 sierpnia 2018

"Chłopiec duch" Martin Pistorius

Rok pierwszego wydania: 2011
Ocena: 4/6


Martin był wesołym, zdrowym, szczęśliwym chłopcem do czasu, kiedy w wieku dwunastu  lat zachorował na tajemniczą chorobę, która pozbawiła go świadomości. Zaczęło się od bólu gardła, potem zaczęła szwankować pamięć, zanik mięśni powodował przykurcze. Ponad rok lekarze próbowali postawić diagnozę, jednak bezskutecznie. Przyznali się do porażki i namawiali rodziców do oddania Martina do ośrodka opieki i zajęcia się swoim życiem. Jednak ojciec nie stracił nigdy nadziei, podjął się mozolnej opieki nad synem. A ten, po kilku latach nieświadomości, zaczął niespodziewanie wracać do życia. Tyle, że jego ciało zupełnie odmówiło współpracy. Był chłopcem-duchem, świadomym tego, co się wokół działo, myślącym, jednak jakby niewidocznym dla innych osób, przekonanych, że jest rośliną bez kontaktu z otoczeniem. Dopiero jedna z opiekunek zauważyła subtelne oznaki świadomości w niekontrolowanych ruchach ciała chłopca. I tak zaczęła się walka o nawiązanie z nim kontaktu za pomocą nowoczesnych (na tamte czasy, czyli pierwsze lata XXI wieku) urządzeń do komunikacji alternatywnej i wspomagającej. Dzień po dniu, dzięki bardzo ciężkiej pracy i oddaniu rodziny Martin mógł zacząć wychodzić ze skorupy swego ciała, zacząć podejmować podstawowe decyzje dotyczące swojego codziennego życia, a wreszcie zacząć brać aktywny udział w życiu społecznym.
Jest to poruszająca autobiografia człowieka, który wiele lat przeżył w więzieniu niesprawnego ciała. Opisuje tu emocje, trzy Furie swojego życia: Frustrację, Trwogę i Samotność, determinację, nadzieję i walkę o powrót do świata. Opowiada też o relacjach w rodzinie dotkniętej nieszczęściem -nie ominęły jej kryzysy, związane z beznadzieją czy poczuciem winy. I o wielkiej miłości rodzicielskiej, determinacji mimo rozpaczy.
Książka robi wrażenie. Budzi emocje. Momentami tak silne, że trzeba ją na chwilę odłożyć, by zaczerpnąć głębszy oddech...

środa, 15 listopada 2017

"Pokój" Emma Donoghue

Rok pierwszego wydania: 2010
Ocena: 4+/6


Pięcioletni Jack jest uwięziony ze swoją mamą w Pokoju, utworzonym w starej szopie. Tu się urodził. Pokój jest całym jego światem, a mama jedyną osobą, którą zna. Czasem w nocy pojawia się Stary Nick, ale Jack śpi wtedy w szafie (a przynajmniej udaje). To właśnie ten mężczyzna dostarcza im jedzenie i różne inne drobiazgi, o które proszą na Niedzielną Rozpustę. I tylko on zna kod do metalowych, dźwiękoszczelnych drzwi. Pokój wyłożony jest korkowymi płytami, które tłumią kroki. Ma tylko jedno okno w dachu, przez które widać kawałek nieba.
Mama Jacka została porwana i uwięziona przez psychopatę 7 lat temu. Pokój stał się całym światem dla niej i jej synka, któremu starała się stworzyć namiastkę normalności. Zdesperowana kobieta obmyśla plan ratunku, w którym głównym bohaterem jest Jack. Chłopcu udaje się wydostać i sprowadzić pomoc. Po opuszczeniu Pokoju oboje trafiają do kliniki psychiatrycznej. Próbują się odnaleźć w świecie, który dla Jacka jest czymś niesamowitym, nowym, zbyt zatłoczonym i hałaśliwym. Jednak trzeba spróbować żyć dalej...
Wstrząsająca opowieść, oparta na prawdziwej historii. Wydarzenia obserwujemy z punktu widzenia Jacka czyli pięciolatka. Dlatego i styl, i język dostosowane są do poziomu narratora.
Autorka bardzo wnikliwie opisała emocje obojga bohaterów, psychiczne urazy, jakich doznali przez lata odosobnienia. Świetnie przedstawiła też reakcje otoczenia na kobietę i dziecko (bliscy mieli problem z radzeniem sobie z Jackiem, brakowało im cierpliwości, by oswajać go z nowymi bodźcami. Społeczeństwo zaś traktowało oboje bez mała jak przybyszów z obcej planety, dziwolągi i niesamowite ciekawostki, na których oczywiście można zbić majątek...). Matczyna troska o jak najbardziej prawidłowy rozwój syna nie raz wzrusza i każe docenić to, w jakich warunkach możemy żyć.
Książkę czyta się błyskawicznie, trudno się oderwać zarówno od pierwszej części, w której poznajemy warunki panujące w Pokoju, rytm dnia Jacka i jego mamy, jak i drugiej, opowiadającej o ich wrażeniach po opuszczeniu więzienia.


piątek, 27 października 2017

"Dobranoc, kochanie" Dorothy Koomson

Rok pierwszego wydania: 2008
Ocena: 4+/6


Nova i Mal przyjaźnią się praktycznie od urodzenia. Mieszkają po sąsiedzku, rodzice dziewczynki wielokrotnie opiekowali się chłopcem w dramatycznych momentach jego rodzinnego życia. Jednak wraz z upływem czasu Nova i Mal nie zostają parą, jakby można się było tego spodziewać. Każde z nich wiąże się z innym partnerem. Mal żeni się ze Stephani, neurotyczką z tajemniczą przeszłością. Od początku znajomości wiadomo, że nie będą mieć dzieci, bo Steph jest bezpłodna. Po latach, gdy pragnienie bycia rodzicami staje się bardzo silne, małżonkowie proszą o pomoc Novę. Ma zostać zastępczą matką, urodzić im dziecko. Kobieta zgadza się przez wzgląd na przyjaźń.  Jednak w pewnym momencie Steph nieoczekiwanie  namawia męża do zerwania umowy. Dziecko zostaje z biologiczną mamą, a kontakt Novy i Mala urywa się. Do czasu tragedii. Chłopiec w wyniku pęknięcia tętniaka zapada w śpiączce, a jego życie jest zagrożone. Nova bije się z myślami, czy powinna zawiadomić Mala, dać mu szansę poznania syna.
Narracja prowadzona jest dwutorowo, opowieść Novy i Stephani przeplatają się. Stopniowo poznajemy tajemniczą przeszłość obu kobiet. Sytuacja, która na początku wydawała się prosta i oczywista, z każdą stroną się komplikuje, a czytelnik może na nią spoglądać w coraz to nowym świetle. Wydarzenia z przeszłości układają się niczym puzzle. Powieść chwyta za serce, budzi wiele emocji.
Minusem jest panujący chaos narracyjny i czasowy. Na początku każdego rozdziału trzeba się chwilę zastanowić, by zorientować się, kto jest narratorem tego fragmentu. Poza tym wiele zdarzeń miesza się chronologicznie. Czas teraźniejszy przeplatany jest wspomnieniami, i to raz z okresu młodości, raz dzieciństwa.
Akcja prowadzona jest wartko, ciekawie, autorka pozostawia wiele niedomówień, trzyma czytelnika w napięciu. Dzięki temu książkę czyta się szybko i z zainteresowaniem.