Rok pierwszego wydania: 1925
Ocena: 5/6
Kolejna powieść, o której myślałam od wielu, wielu lat. Jej tytuł wciąż gdzieś wpadał mi w oko, opisy kusiły, a jednak wciąż było mi z nią nie po drodze. Aż przyszedł jej czas.
Pewnego czerwcowego dnia w 1923 roku pani Dalloway wychodzi rano z domu po kwiaty na wieczorne przyjęcie. Tego samego dnia wraca z Indii Peter Walsh, młodzieńcza miłość i niedoszły kandydat na męża Clarissy. W tym czasie Rezia prowadzi na spacer swojego męża Septimusa, ogarniętego powojenną traumą i planującego samobójstwo. Ścieżki tych postaci przecinają się, choć sami o tym nie wiedzą.
Akcja powieści dzieje się w ciągu jednego dnia. Na pierwszy rzut oka niewiele się tu dzieje. Ale to nie ma znaczenia. Bo tym, co mamy poznać, obserwować, to strumień myśli bohaterów, ich wspomnienia, przemyślenia, wizje.
Jednym z głównych bohaterów powieści jest też Londyn okresu międzywojennego. Miasto tętniące życiem, skupione wokół królowej. Miasto kontrastów, pełne energii, leczące rany po wielkiej wojnie.
Powieść jest smutna, chwilami wręcz przygnębiająca. Clarissa myśli o przemijaniu, nieubłaganym upływie czasu, straconych szansach, o tym, jak nasze decyzje decydują o reszcie życia. Bardzo szczegółowe, wręcz schizofreniczne wizje Septimusa, które podobno autorka znała z autopsji, zapierały mi dech w piersiach.
Cechą stylu Woolf są długie, wielokrotnie złożone zdania. Początkowo nieco mnie męczyły, ale szybko wpadłam w ten rytm i dałam się ponieść ich poezji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz