poniedziałek, 28 września 2026

"Święto ognia" Jakub Małecki

Rok pierwszego wydania: 2021

Ocena: 5,5/6


(Wpis zawiera spojler)

 Ta książka mnie powaliła. Wbiła w fotel. Przeczochrała psychicznie. Opis na okładce nijak się ma do treści! Spodziewałam się zupełnie czegoś innego! Czegoś dużo lżejszego i miałkiego. A dostałam majstersztyk. 

Anastazja urodziła się dwadzieścia jeden lat temu z porażeniem mózgowym. Do jej głowy przez chwilę dochodziło za mało tlenu i tak to się stało. Nie chodzi, nie mówi, ciągle się ślini, a jej ciało podryguje i jej nie słucha. Ale Nastka nie narzeka. Ma starszą siostrę, tatę, panią Józefinę, która uczy ją palić fajki i opowiada o facetach, ma komiksy, internet i Mateusza z podwórka, w którym się potajemnie kocha. A to bardzo dużo. I Anastazja umie patrzeć. Czasem tak mocno, jakby wchodziła w głowę i życie innej osoby.

Łucja tańczy w balecie narodowym. Wierzy, że dzięki temu uchroni siebie i siostrę przed kolejną tragedią. I że zasłuży na uwagę taty.

Tata znika czasem w  nocy, jak już myśli, że Anastazja śpi. Ale ona słyszy i "widzi", że tata wychodzi. Idzie do pustego mieszkania, gdzie przywołuje świat, jakim był kiedyś. Przenosi się do dawnego życia, w którym wszystko jeszcze było piękne. A przede wszystkim była Lena, którą może kochał aż za bardzo. Leopold tańczy za szybą, jakby był znów 30 lat młodszy. A w życiu obecnym opiekuje się z oddaniem swoją Królewną, co roku jesienią przynosi jej jednego kasztana, tak jak obiecał, kiedy była jeszcze w brzuchu mamy i pali kartki, które przychodzą co kilka lat w dniu urodzin do Nastki.

A mama? Była niezwykłą osobą. Kolorowym ptakiem. Z tatą byli nierozłączni. Często zapominali o świecie i dzieciach i byli tylko oni. Ale pewnego dnia mama zniknęła. Tylko kilka razy przysłała Nastce kartki z życzeniami urodzinowymi. Te, które tata pali. A potem się okazało, że mama odeszła we śnie pewnej nocy, którą jedna z dziewczynek spędzała u koleżanki, a druga u dziadków. Wzięła za dużo tabletek...Wprawdzie miała za sobą epizod depresji, gdy okazało się, że Nastka nigdy nie będzie sprawna, ale potem wydawała się szczęśliwa! .Czy gdyby Łucja nie pokłóciła się z przyjaciółką i nie wróciła w nocy do domu, tata odszedłby razem z mamą??? To dlatego Łucja stara się pilnować taty i być wzorową córką. A potem okazuje się, że mama była nieuleczalnie chora. Nie chciała czekać biernie na śmierć i ból. Wolała zasnąć w ramionach ukochanego męża zanim straci panowanie nad ciałem i życiem. Tylko o tym nikt nie wiedział...

Każde z ocalałych  na swój sposób próbuje obłaskawić przeszłość. Uchronić się przez wpadnięciem w studnię żalu i smutku. 

Jednak taki opis fabuły nie oddaje charakteru książki. Bo powieść jest jedną wielką tajemnicą. Albo kilkoma. Autor odkrywa je po kawałeczku, jakby odkrywał rąbek obrazka, a czytelnik ma zgadywać, co na nim jest. I kiedy już się wydaje, że wie, autor odkrywa kolejny kawałeczek i wszystkie domysły p.t. Jużjestempewnażewiemcosięstałozmamą biorą w łeb. A prawda powala czytelnika na kolana. Przynajmniej takiego jak ja. I dusi w gardle łzami, które siłą są wstrzymywane.

Świetna jest też forma powieści. Trzech narratorów-bohaterów w różnych częściach dodaje coś od siebie. Styl jest oszczędny w słowa. Bo nie potrzeba tu zbyt wielu słów, opisów. Wystarczy krótko i treściwie, żeby czytelnik poczuł te emocje. Nie ma też dialogów. Widzimy świat oczami bohaterów. I to wystarczy. Rozmowy są pewnie gdzieś w kuluarach. Ale nie mają tu znaczenia. Za to jest szczypta realizmu magicznego.

Rewelacyjna książka, od której nie mogłam się oderwać przez cały weekend, aż jej nie skończyłam. A jak skończyłam, to poczułam, że siedzę z wstrzymywanym oddechem.

Dziękuję panu Małeckiemu za emocje, jakich dawno żaden autor we mnie nie wywołał. Dziękuję za ucisk w gardle, za te hamowane łzy. Za tajemnice, które prawie do końca zostały tajemnicami, choć wcześniej wcale się nie wydawały takie tajemne, bo przecież to oczywiste, że...No okazał się całkiem nieoczywiste...I dziękuję za możliwość zajrzenia do świata osoby z porażeniem mózgowym i osoby, która oddała siebie baletowi.

Dawno nie pochłonęłam takiej wspaniałości!


wtorek, 22 września 2026

Dwa lata bez bibliotek!

 



Z bibliotek korzystałam praktycznie od początku podstawówki. Szkolnych,  miejskich, wojewódzkiej. Przez wiele lat to właśnie biblioteki były głównym źródłem książek, które czytałam.

Aż przyszedł czas nadmiaru, o którym pisałam już kilka lat temu. Potrafiłam mieć ponad 20 wypożyczonych książek jednocześnie. I wciąż kompulsywną chęć znoszenia kolejnych. Oczywiście nie było szans, żeby to wszystko przeczytać. Terminy zwrotu były nieubłagane, a we mnie rosło napięcie i frustracja. Zaczęłam czytać szybko, nieuważnie, przeskakiwałam strony, żeby tylko zorientować się o co chodzi w książce i chwytałam za kolejną.

Wreszcie powiedziałam: dość. Pewnego dnia oddałam wszystkie książki, karty biblioteczne schowałam głęboko do szuflady, stanęłam przed swoimi półkami pełnymi książek do przeczytania i zaczęłam nowe życie. Nowe czytelnicze życie w rytmie slow.

I tak minęły już dwa lata. Przez ten czas zdarzyło mi się wypożyczyć coś z biblioteki, zwłaszcza w wakacje nad morzem, ale to były pojedyncze przypadki. 

Co przez te dwa lata osiągnęłam? Co mi dał biblioteczny detoks? 

Nie zliczę, ile  własnych książek przez ten czas przeczytałam. Książek, które czekały latami, a przecież jeśli pojawiły się w moim domu to znaczy, że chciałam je poznać! 

Nauczyłam się czytać powoli. Jedną książkę na raz, a nie kilka jak wcześniej. To sprawia, że dużo lepiej skupiam się na treści, lepiej ją zapamiętuję. Przeczytałam dużo grubych, kilkuset stronicowych klasycznych powieści, które omijałam w bibliotekach, bo wiedziałam z góry, że nie dam rady przeczytać takiego tomiszcza w miesiąc. Nabrałam czytelniczej cierpliwości. Zdarzało się, że jedną powieść czytałam przez trzy czy cztery miesiące! Ba, mogłam sobie robić przerwę, odłożyć jedna pozycję na tydzień czy dwa i znów do niej wrócić. Przestałam czytać "na czas", na ilość. Dzięki slow readingowi zmniejszyła się ilość przeczytanych w ciągu roku lektur, ale na pewno zdecydowanie wzrosła jakość mojego czytania! 

Czy tęsknię za bibliotekami? Za ich klimatem? Czasem tak. Zdarza się, że wstąpię do którejś z nich w drodze z pracy, ale kiedy stanę otoczona tyloma książkami, tytułami, czuję się przytłoczona. Nie wiem już, co miałabym wybrać. I stwierdzam szybko, że wszystko, czego potrzebuję, mam przecież w domu.

Nadal czeka na mnie pewnie ponad 200  nieprzeczytanych książek na domowych półkach. Dlatego nie planuję jeszcze powrotu do regularnych wizyt w bibliotekach. Sama jestem ciekawa, czy kiedyś do nich wrócę. Na razie dobrze mi z domowymi towarzyszkami.

piątek, 18 września 2026

"Miniaturzystka" Jessie Burton

 Rok pierwszego wydania: 2014

Ocena: 5/6



Tym razem zostałam zaskoczona bardzo pozytywnie. Początek książki wydawał mi się nijaki, a styl pisarki niezbyt przypadł mi do gustu (krótkie zdania w czasie teraźniejszym), ale dość szybko tajemniczy i mroczny klimat domu nad kanałem w Amsterdamie wciągnął mnie po uszy. Ba, musiałam zaprzestać czytania wieczorami, bo potem nie mogłam zasnąć!

Osiemnastoletnia Petronella właśnie została żoną prawie czterdziestoletniego Johannesa Brandta, jednego z największych kupców siedemnastowiecznego Amsterdamu. W progu nowego domu w zastępstwie małżonka wita ją mrukliwa, nieprzystępna szwagierka Marin, która, jak się wkrótce okaże, pełni niepodzielne rządy w gospodarstwie i kontrolę nad bratem. 

Mąż nie poświęca Nelli ani czasu, ani uwagi. Dziewczyna czuje się jakby była niewidzialna. Nie tak wyobrażała sobie nowe życie. Jako rekompensatę oziębłości, Johannes daje jej w prezencie ślubnym ogromną replikę ich wspólnego domu. Znaleziona w katalogu rzemieślników miniaturzystka, na zlecenie Nelli, ma ją wyposażyć w meble i figurki mieszkańców. Niebawem okazuje się, że tajemnicza kobieta zaczyna swoimi przesyłkami wyprzedzać dziwne i tragiczne wydarzenia, które wywracają życie rodziny Brandtów. Na jaw wychodzą coraz to nowe tajemnice, a Nella staje się zdecydowaną i odważną młodą kobietą, która próbuje ratować męża, jego interesy, życie Marin i bezpieczeństwo całej rodziny.

Oprócz wątku obyczajowego, kryminalnego, ważnym elementem powieści jest życie siedemnastowiecznego Amsterdamu. Styl życia bogatych kupców, sytuacja homoseksualistów, nazywanych sodomitami czy ciemnoskórych, traktowanych jak dzikusy.

To też opowieść o silnych kobietach, które w tamtych czasach nie miały prawa głosu, nie były samodzielne, praktycznie nie istniały jako odrębne jednostki. Na pierwszy plan wysuwa się Nella ze swoim bystrym umysłem, zdolnościami przedsiębiorcy, wielką tolerancją, wyrozumiałością i emocjami. Zaraz za nią jawi się Marin, kryjąca pod pancerzem siły i despotyzmu wielkie tajemnice. Towarzyszy im służąca Cornelia, zawsze wierna swoim paniom. Mężczyźni w tej powieści są słabi, mściwi, pazerni, ulegający żądzom, zaprzedający duszę mamonie.

Uwagę zwracają też obrazowe opisy budynków, kanałów i...zapachów, które Nella wszędzie czuje. Smród gnijącej wody i ryb miesza się z zapachem piżma czy orientalnych przypraw. 

Naprawdę zachwyciła mnie ta powieść. Daleka od naiwności, utartych schematów. Nie raz zaskoczył mnie zwrot akcji czy ujawnienie tajemnicy. Czytanie "Miniaturzystki" było wielką przyjemnością. Jednak jest to powieść smutna. Momentami przygnębiająca. Ale takie jest życie, a tym bardziej było w XVII wieku...Nie ma tu happy endu. Jest smutek, śmierć, rozpacz, samotność, bezradność, beznadzieja. To nadaje opowieści realizmu i dalekie jest od przesłodzenia, tak popularnego w literaturze współczesnej.

czwartek, 17 września 2026

Chusta



 Duża chusta na szydełku z dwóch motków włóczki akryl plus wełna. Jeden w kolorze miodowym, drugi wielokolorowy.








poniedziałek, 7 września 2026

"Dziewczyna z wrzosowisk" Lucinda Riley

 Rok pierwszego wydania: 1994

Ocena: 3/6



Pięć lat temu czytałam "Dziewczynę na klifie" tej samej autorki. Pozostały mi po niej mgliste wspomnienia klimatu północnej Anglii, Irlandii i mrocznych klifów. To zaważyło nad moim odruchem w bibliotece - sięgnęłam na stolik po kolejną powieść z piękną okładką, barwionymi brzegami i obietnicą wrzosowisk. Nie spodziewałam się po niej zbyt wiele, więc i nie poczułam dużego rozczarowania ;)

To typowe babskie czytadło, z pogranicza romansu i powieści obyczajowej. Proste, ckliwe, łatwe do szybkiego przeczytania i zapomnienia. Czasem i takie jest wskazane, żeby w weekend zresetować głowę. 

Lata 70-te XX wieku. 17-letnia Leah dorastała w małej wiosce w Yorkshire, w cieniu pięknej koleżanki i sąsiadki Mirandy. Gdy w domu tej drugiej pojawia się nieznany dotąd kuzyn Brett, łatwo się domyślić budzącej się miłości, zawiści i zdrady. Po latach to właśnie Leah zostaje znaną modelką, zaś Miranda matką nieślubnego dziecka, polującą na bogatego księcia z bajki. Drogi Leah i Bretta znów przecinają się na chwilę, jednak nic tu nie jest takie proste i oczywiste ;)

Lata 40-te XX wieku. Dawid i Róża stracili rodziców w czasie wojny. Sami trafili do obozu w Treblince, z którego udało im się uciec wraz z przyjaciółką Anią. Wydarzenia te wycisnęły piętno na całym przyszłym życiu nie tylko ich, ale i ich dzieci...

Co mnie raziło w tej powieści? Ogrom blichtru, pieniędzy, luksusu. Po wojnie Dawid szybko staje się jednym z najbogatszych ludzi na świecie, uboga Leah nagle staje się bogatą modelką, która kupuje dom rodzicom, Ross niby nie ma pieniędzy na naprawę przeciekającego dachu, ale jej adoptowana córka ubiera się w najmodniejsze, markowe ciuchy, a domu zatrudniona jest służąca...Być może to znak szczególny lat 90-tych, wtedy tego przepychu, błyskotek i szalonej kasy mnóstwo było w serialach, filmach i książkach...

I wrzosowiska! Gdzie te obiecane wrzosowiska? Są najdroższe hotele, kluby, jachty, ale wrzosowisk nie ma prawie wcale!

Co mnie zachęciło do czytania na tyle, że nie rzuciłam książki w kąt, choć kilka razy miałam na to ochotę? Autorka nieźle poplątała losy bohaterów i splotła je ze sobą w zaskakujący warkocz.

środa, 26 sierpnia 2026

"Na wsi wesele" Maria Dąbrowska

 Rok pierwszego wydania: 1955

Ocena: 4/6



Początek lat 50-tych XX wieku. Czas powojennych przemian społeczno-politycznych w Polsce. "Po wojnie życie się zaczęło piorunem odmieniać. Nastały nowe porządki i obyczaje, które niełatwo było nawet zrozumieć, a co dopiero do nich się przyzwyczaić. Przyszły też nowe strachy, ludzie tygodniami źle spali, ręce im przy robocie latały od tych rozpowiadanych strachów. A życie tymczasem szło swoim trybem, zawsze innym, jak się człowiek spodziewa. Wieś leżała o 45 kilometrów od Warszawy, ale głucha była, zapadnięta w borki, laski, zagaje, od kolei daleko. A tu raptem po miasteczkach okolicznych fabryki jakieś zaczęły powstawać, opodal nową kolej budowano, o parę kilometrów od Pawłowic wielką cegielnia stanęła na odbudowę Warszawy."

Przy okazji ślubu i wesela siedemnastoletniej Zuzi Jasnocianki do domu we wsi  zjeżdża bliższa i dalsza rodzina. Jej członkowie żyją w różnych warunkach. Niektórzy już od kilku lat mieszkają w Warszawie czy Wrocławiu, po wojnie pobierali nauki, mają zawód, pracują w fabrykach czy zakładach państwowych, mieszkają w nowoczesnych mieszkaniach pełnych wygód. Inni zostali na wsi, po wojnie dostali w przydziale więcej morgów po zlikwidowanych dworach i gospodarują mądrze, by móc żyć lepiej niż dotychczas. Jeszcze inni - mieszkańcy wiosek, w których nigdy nie było dworu, więc i ziemi nie było skąd dostać, zatrzymali się jakby wiele lat temu, o czym świadczy ich sposób mówienia czy stroje. 

Wszyscy oni dyskutują przy okazji przygotowań do wesela, gotowania, zbijania ław czy czyszczenia podłóg. A jednym z głównych tematów jest niepokój i nieufność wobec powstających spółdzielni.

Lubię prozę Marii Dąbrowskiej. Jej styl, piękne opisy. A tu wiejskie wesele oddała że szczegółami. Przyjemna, ciekawa lektura.

wtorek, 25 sierpnia 2026

"Uśmiech Giocondy" Aldous Huxley

 Rok pierwszego wydania: 1921

Ocena: 4/6



Książka zawiera dwa opowiadania: "Uśmiech Giocondy oraz "I odtąd już zawsze byli szczęśliwi".

Oba lekkie, jak na Huxleya, ale jednak z drugim dnem. 

Pierwsze z nich to krótki kryminał, ze zdradami i niespełnioną miłością w tle. Jednak końcówka przypomniała mi klimat kafkowski: bezsilność wobec absurdalnych oskarżeń, brak możliwości wybronienia się wobec nieprawdziwych, a jednak możliwych dowodów. 

Drugie to ciekawy obrazek wycinka społeczeństwa angielskiego w czasie I wojny światowej. Z jednej strony doświadczeni na froncie francuskim młodzi ludzie, mający za sobą traumatyczne przeżycia, z drugiej-wykształceni mieszkańcy prowincji, których życie obraca się wokół tenisa, czytania filozofów i "wojennych problemów" w prowadzeniu gospodarstwa domowego.

Krótka lektura, a jednak pozostająca w głowie.

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Mimozami jesień się zaczyna...

Lato minęło nie wiadomo kiedy. Bardzo kapryśne i zmienne było w tym roku. Upalny czerwiec zaskakiwał ekstremalnymi temperaturami, a po nim lipiec przyszedł z zimnem i deszczem. Sierpień za to przeplatał jedno i drugie. 

Niewiele czytałam tego lata. Ot kilka młodzieżówek, ze dwa kryminały. Zabrakło sił, czasu, mocy przerobowych na czytanie. Cóż, czasem przychodzi taki okres w życiu, kiedy głowa zajęta trudnymi sprawami nie mieści już historii spisanych na papierze. Za to odpoczywa medytując nad kolejną robótką. Stąd lato owocne było w bluzeczki i torby.

Niezauważalnie wieczory stały się coraz dłuższe. I zimne. Rankami w ogródku pachnie już jesienią. Wieczorami trzeba zapalać lampy i zakładać cieplejsze bluzy. 

Coraz częściej myślę, jakie książki wpisują się w ten jesienny klimat. Na co mam ochotę. W przyrodzie następuje okres wyciszenia, spokoju. Pasuje mi do niego klasyka. Długie powieści, pełne barwnych opisów, powolnej akcji, ciekawych bohaterów. Moje półki nadal pełne są nieprzeczytanej klasyki. Kilka lat temu doszłam do wniosku, że to ten rodzaj literatury, który lubię chyba najbardziej. I nawet jeśli zrobię sobie przerwę, chętnie do niej wracam.

W tym roku, przy okazji licytacji Książek od Koguta, dostałam w prezencie wiele tomików z serii Z kolibrem. To malutkie książeczki, które zawierają dużo dobrej klasyki. Do tej pory stoją na półce i czekają na swoją kolej. Może właśnie teraz to ich czas, osnuty babim latem? Już nie letni, lekki i beztroski, a jeszcze nie do końca jesienny, cichy i melancholijny? 



piątek, 21 sierpnia 2026

Letnia bluzeczka w niebieskościach

 


Bluzeczka wg mojego pomysłu. Rozmiar M.
Zużyłam 1 motek włóczki Drops Safran chabrowej i 3 motki bawełny maceryzowanej melanż. Druty nr 3 i 3.5. 


Bluzeczka stary róż

 


Włóczka Drops Paris, zużyłam 4 motki. Druty nr 5, ściągacz druty 3.5. 

Rozmiar S.

niedziela, 16 sierpnia 2026

"Schronisko, które przetrwało" Sławek Gortych

 Rok pierwszego wydania: 2023

Ocena: 4/6


Tak, jak planowałam po pierwszej części "Schroniska...", przyszła kolej na drugą. Tym razem główną bohaterką jest przyjaciółka Marty, Justyna Skała, kierowniczka schroniska Odrodzenie. I to właśnie tego miejsca historię poznajemy przy okazji. Spotykamy też bohaterów z wcześniejszej powieści.

Tym razem wątek historyczny jest dużo dłuższy i ciekawszy. Dopiero na setnej stronie przenosimy się z lat 1945-47 do roku 2006. Za to wg mnie  wątek współczesny jest mocno przegadany. Dialogi często "o niczym", nic nie wnoszące do akcji sceny i opisy...  Dłużyzny i nuda kazały mi nie raz przeskoczyć kilka stron. Im bliżej finału i rosnąca temperatura akcji, tym...coraz więcej podobnych scen do tych z pierwszej części. A już czytając opis przywiązywania Justyny do krzesła przez napastnika i jego długi, rzewny monolog na temat nieszczęśliwego dzieciństwa, miałam wrażenie, że wręcz cofnęłam się do wcześniejszego "Schroniska..." i scen z udziałem Marty....Jakby autorowi zabrakło nowych pomysłów.

Świetnym dodatkiem są tym razem zdjęcia starych pocztówek czy schronisk na początku każdego rozdziału.

Drugie "Schronisko..." trochę mnie rozczarowało, było nieco wtórne. Ten sam schemat, bardzo podobne sceny. Nawet dość wcześnie wyszło na jaw, kto tym razem jest czarną owcą, bo nawet nie mordercą. 

Czy sięgnę po kolejne? Jeszcze nie wiem. Może w potrzebie krótkiej chwili relaksu i lekkiej powieści, bo przeczytanie każdego z tomów zabiera nie więcej niż 3 dni. 

piątek, 7 sierpnia 2026

"Tomek na wojennej ścieżce" Alfred Szklarski

 Rok pierwszego wydania: 1959

Ocena: 5/6



Wakacje osiągnęły półmetek, lato w pełnym rozkwicie, w związku z tym kolejny "Tomek" w czytaniu. Choć muszę przyznać, że kryzys czytelniczy trwa. Moja zmęczona głowa nadal nie chce nowych historii. Ale Szklarski pisał na tyle lekko i ciekawie, że udało mi się poznać trzecią już część cyklu, w podziale na wiele odcinków ;)

Tym razem Tomek przebywa z Sally i jej mamą w odwiedzinach u wujka dziewczynki, szeryfa Allana, w Stanach Zjednoczonych. Mieszkają na farmie na pograniczu z Meksykiem. Już na pierwszych stronach powieści Tomek galopuje po stepie i natrafia na młodego Indianina, z którym wdaje się w bójkę na śmierć i życie, by za chwilę zyskać wiernego przyjaciela.

Na farmę szeryfa straż indiańska przyprowadza Czarną Błyskawicę, wodza plemienia Apaczów, które zbuntowało się przeciwko zamknięciu w rezerwacie. Czarna Błyskawica jest podejrzany o namawianie Indian do buntu i zamieszek. Tomek z pomocą bosmana Nowickiego i Sally uwalniają Czerwonoskórego i ułatwiają mu ucieczkę. W zamian wódz indiański deklaruje mu dozgonną wdzięczność i mianuje swoim białym bratem. Tomek dostaje nawet indiańskie imię!

Gdy Sally zostaje porwana przez nieznanych sprawców, Czarna Błyskawica wywiązuje się z danego słowa i przybywa na pomoc Tomkowi. Wraz z czerwonoskórymi wojownikami chłopiec wchodzi na wojenną ścieżkę przeciwko Indianom Pueblo. Jednak bosman Nowicki wpada w tarapaty, zaatakowany przez zbuntowanego Palącego Promienia i jego towarzyszy. W nierównej walce bosman zabija jednego z Czerwonoskórych. Zgodnie ze zwyczajami Indian, w ramach zemsty za to, że nie chce poślubić wdowy po zmarłym i zająć się czwórką jego dzieci,  ma zginąć na palu męczarni.

Oj dużo się dzieje w tym tomie! Pościgi, porwania, śmierć czająca się za rogiem, nocne przeprawy przez góry, napady...Akcja nie traci tempa nawet na chwilę. Dzięki temu powieść czyta się bez znużenia, z dużym zaciekawieniem. Ogromnym atutem było dla mnie bogactwo informacji na temat życia Indian, ich zwyczajów, opisy strojów, domostw, rytuałów. O dziwo, ten tom jest ubogi w encyklopedyczne opisy fauny i flory, których dużo było w poprzednich. Podobnie patriotyczne, moralizatorskie wtręty pojawiają się sporadycznie.

Jak na razie każda z kolejnych części cyklu jest dużo lepsza od poprzednich. Ciekawe, czy trend ten zostanie zachowany.

środa, 5 sierpnia 2026

Rok bez Biblionetki....

 


Z Biblionetką związałam się prawie 20 lat temu. To było odkrycie życia! Skarbnica tytułów, recenzji książek. Arcyciekawe rozmowy o książkach, niesamowici ludzie, którzy mnóstwo czytają, piszą o tym, co przeczytali, dyskutują na forum.

 Na początku tylko przeglądałam recenzje książek, które chciałam przeczytać (i już wtedy łapałam się na tym, jak bardzo sugeruję się ocenami biblionetkowymi). Potem przyszedł czas na polecanki, na rosnące z roku na rok listy pozycji, które MUSZĘ przeczytać, bo...ktoś to poleca, bo komuś się podobało, bo wypada to znać. 

Stałam się maniaczką list, osobą uzależnioną od tworzenia książkowych list wszelkiego rodzaju. Klasyka do przeczytania, must read, młodzieżówki, książki z moich półek itd itd. Tworzyłam listy, odhaczałam przeczytane pozycje, kasowałam listy, które z czasem zaczynały być wyrzutem sumienia i za chwilę tworzyłam nowe...Wiele z nich było inspirowanych podobnymi listami innych uczestników Biblionetki.

Oczywiście podstawowym działaniem na Biblionetce było ocenianie książek. Nie pamiętam już, ile ocen wystawiłam w ciągu tych lat, na pewno kilkaset, może ponad tysiąc? Nie raz zaglądałam do serwisu trzymając w ręce nowy nabytek, żeby sprawdzić, czy na pewno tego nie czytałam (zdarzało się, że owszem, czytałam, i nie pamiętam nic a nic...Ale ocena jest! Czasem nawet wysoka!)

Kolejnym etapem wtajemniczenia było forum, godziny spędzone na czytaniu zaległych, długaśnych wątków, setki kolejnych tytułów, które trafiały do mojego puchnącego wciąż schowka (w którymś momencie miałam w nim około 200 książek "do przeczytania"!). Bieżące dyskusje, rady, podpowiedzi...

Kilka lat temu po raz pierwszy trafiłam na spotkanie łódzkich Biblionetek w realu. To kolejny owoc tego portalu. Znajomości, rozmowy, można powiedzieć, że i przyjaźń, która zainspirowała mnie do szeroko pojętej twórczości, w tym powrotu do dziergania.

I nagle-ciach! Rok temu nastąpiła awaria, wielkie bum! i Biblionetka po prostu zniknęła... Nie podniosła się po tej katastrofie do dziś...

Pierwsze tygodnie były dla mnie strasznie trudne! Jak to? Co ja będę czytać? Mimo, że czasami ilość biblionetkowych informacji mnie przytłaczała, to jednak prawie codziennie tam zaglądałam i czytałam kolejne recenzje, wątki na forum. A teraz co???

I moje wszystkie listy, oceny! Mój schowek! Wszystko przepadło! Skąd teraz będę wiedzieć czy daną książkę czytałam czy nie, czy mi się podobała czy nie??? Skąd będę wiedziała, co chcę przeczytać??? Próbowałam odtwarzać jakoś moje listy, póki pamięć mnie nie zawodzi do końca (ale niewiele pamiętałam, bo przecież po to zapisywałam w Biblionetce, żeby nie obciążać pamięci...), próbowałam z innych źródeł czerpać nowe inspiracje. 

Początek był naprawdę trudny. Patrząc z perspektywy-to było jak odwyk od uzależnienia. 

Część Biblionetkowiczów stworzyła grupę dyskusyjną dzięki internetowemu komunikatorowi. Ale nagle przekonałam się, że to osoby, które znają się ze zlotów, ze spotkań lokalnych,  a ja czuję się tam zupełnie obco, nie pasuję. Dokładnie takie samo odczucie pojawiło się na kolejnym łódzkim spotkaniu.

I tak stopniowo Biblionetka mnie opuszczała, a może to ja opuszczałam ją...Po szoku i poczuciu braku nastąpił czas oswajania się z tą sytuacją, zerkania czasem na inne książkowe portale, ale towarzystwo, które na nich pisze i ocenia, dość szybko mnie odstraszyło. Nie ta jakość, szkoda czasu.

Aż w końcu przyszedł etap wolności. Tak, wolności. Pewnego dnia poczułam, że mogę czytać, co chcę. Mogę iść do biblioteki i spontanicznie coś w niej wybrać. Wreszcie nie mam poczucia powinności przy wyborze lektur (bo jak to będzie wyglądało, jak się okaże, że spodobała mi się jakaś słaba książka...) Wreszcie nie mam wyrzutów sumienia i poczucia gorszości, bo nie znam powieści Tołstoja, a Dickens zwyczajnie mi się nie podoba (to poglądy zdecydowanie sprzeczne z tym, co czytałam na Biblionetce...).

Jestem zaskoczona, jak bardzo portal, który miał być dla mnie narzędziem i pomocą, zaczął mną rządzić i uzależnił mnie od swoich opinii. Jak dałam się omotać, oddałam swoją wolność i możliwość samodecydowania.

Dziś czuję się jak dwadzieścia lat temu. Zaczynam czytać (dopiero teraz, po roku!) spontanicznie, decydować sama, na co mam ochotę. Jeśli coś mnie nudzi-odkładam po kilkudziesięciu stronach bez wyrzutów sumienia. Jeśli coś mi się podoba-nie patrzę, że to akurat popularna literatura kobieca. Skończyły się setki inspiracji, rzeka tytułów przestała płynąć do mojej głowy, ucichło milion bodźców.

Poczułam czytelniczą lekkość. Wróciła radość. I spokój. Okazuje się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ;) 

sobota, 1 sierpnia 2026

Sukienka "mrożone owoce"

 

100% bawełna, druty nr 3.5. Prawe oczka z reglanem.

Zużyłam 3 motki włóczki.



Torba w szarościach

 

W ramach wyrabiania zalegających od lat  włóczek i sznurków. Zrobiona szydełkiem nr 4. Uchwyt gotowy. 

Torba shopperka z odzysku

 

To była jedna z pierwszych zrobionych przeze mnie toreb. Miała gotowe uszy do noszenia na ramieniu. Ale jest zrobiona z resztek włóczki i jest bardzo miękka, duża i niewygodna na ramię. 

Znów zostały mi resztki sznurka, sztywnego, więc dostała nowe krótkie uchwyty i będzie idealna na zakupy. 

Torba w czerwieni z gotowym dnem

 




Torba ze sznurka, ślicznego, kolorowego, sztywnego, ale łatwego w pracy. Dno z eko skóry sprawia, że bez problemu można ją postawić. Szydełko nr 4.




sobota, 25 lipca 2026

"Dlaczego kobiety uprawiają ogrody" Alice Vincent

 Rok pierwszego wydania: 2025

Ocena: 2/6



Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie warto kupować nowości, gdyż są zwykle świetnie reklamowaną lekturą jednorazową, a czasem niestrawną i niemożliwą do skończenia. I że nie można oceniać książki po okładce. Ani po opisie na tejże. Rok temu popełniłam wszystkie te błędy jednocześnie. Zauroczyła mnie piękna okładka i grafika na jej wewnętrznej stronie. Zachęcił opis. I kupiłam. Przebrnęłam przez sto stron...I odłożyłam ją na półkę z myślą, że może nie wpasowuje się w mój chwilowy nastrój? Mimo, że zaczęłam ją czytać latem, kiedy ogród kusi swymi kolorami, co powinno sprzyjać czytaniu o ogrodach, jakby nie patrzeć... Przeleżakowała na półce rok i dałam jej drugą szansę, liczyłam, że tym razem ją skończę. Niestety nie dam chyba rady...

Opis na okładce obiecuje wzruszające opowieści kobiet, mające mnie oczarować. Opowieści o ich ogrodach i powodach, dla których je założyły i uprawiają. Niestety w środku znalazłam przede wszystkim neurotyczne opowieści autorki o jej przemocowych związkach, rozstaniach, presji na posiadanie dziecka itd. Jeśli już oddaje głos innym kobietom, to są to mocno streszczone historie, z reguły smutne, bo okazuje się, że ogród ma głównie koić ból duszy. 

Spodziewałam się ogrodów. Pięknych opisów roślin, rozmów w cieniu drzew, zachodów słońca, kropelek rosy. Spodziewałam się pięknej opowieści o kobietach. Siostrzanego ciepła, porozumienia dusz. Przede wszystkim rozmów. Nic z tego nie dostałam.

Książka jest zwyczajnie nudna. Chaotyczna. Bez polotu. Ani styl, ani język kompletnie nie porywają. Nie raz miałam wrażenie, że czytam jakiś feministyczny bełkot pseudoliteracki. Miałam wrażenie, że autorka nie miała co robić w czasie pandemii i po niej i żeby się czymś zająć, zaczęła pisać jakieś notatki. Które potem o dziwo ktoś wydał. Gdyby wycisnąć tekst, z 340 stron zostałoby może kilka kartek.

Wielkie rozczarowanie....A szkoda, bo z tego tematu można by zrobić naprawdę piękną opowieść.

piątek, 24 lipca 2026

"Schronisko, które przestało istnieć" Sławek Gortych

 Rok pierwszego wydania: 2022

Ocena: 5/6



Po raz kolejny tego lata mogę powiedzieć: dawno nie sięgałam po kryminał! Bardzo dawno! Ale to lato rządzi się swoimi prawami i czasem warto zrobić odstępstwo od reguły. Tym bardziej, że jakiś czas temu o "Schronisku..." było dość głośno, ma wiele dobrych recenzji i zbierało nagrody jako książka roku. Tym bardziej, że zbiegiem różnych okoliczności "Schronisko..." znalazło się w moim domu i kusiło, by jednak dać mu szansę. Więc dałam. I nie żałuję swojej decyzji.

Max, młody stomatolog, ma do wykorzystania zaległy urlop. Mimo ponurej listopadowej aury postanawia jechać w Karkonosze, do nieczynnego schroniska Pod śnieżnymi kotłami, które niedawno kupił jego ulubiony wujek. Niestety, kilka tygodni wcześniej mężczyzna zginął w wypadku, spadł w przepaść robiąc zdjęcie. Max nie może sobie wybaczyć, że nie miał czasu wcześniej odwiedzić wujka. 

W opuszczonym schronisku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Okazuje się, że wujek dostał przed śmiercią pocztówkę z pogróżkami. Podobną korespondencję odebrał też właściciel innego schroniska. Czy rzeczywiście we wrześniu wydarzył się w górach nieszczęśliwy wypadek? Czy komuś zależało na tym, żeby Artur zginął? Max zaczyna robić swoje dochodzenie, a atmosfera stopniowo się zagęszcza. Adrenalina rośnie ;)

W międzyczasie wychodzą na jaw rodzinne tajemnice, które mnożą w głowie Maxa kolejne zagadki. 

We współczesną akcję kryminalną wpleciona jest ciekawie opowiedziana okołowojenna historia Karkonoszy, w której splatały się losy Czechów, Niemców i Polaków.

Rzeczywiście powieść wciąga. Nie jest to kryminał podobny do dziesiątki innych wydanych w ostatnim miesiącu. Widać, że autor pasjonuje się historią tego regionu, ma szeroką wiedzę, którą dzieli się z czytelnikami. "Schronisko..." spodobało mi się na tyle, że zamówiłam w bibliotece kolejny tom.

czwartek, 23 lipca 2026

"Myszy i ludzie" John Steinbeck

 Rok pierwszego wydania: 1937

Ocena: 6/6



Wreszcie trafiłam na powieść, która znów mnie zachwyciła, wchłonęła i przywróciła chęć na czytanie! Po raz kolejny Steinbeck okazał się niezawodny!

"Myszy i ludzie" to książeczka dość krótka, ot 120 stron. Ale jaka intensywna, jaka emocjonalna, jaka treściwa!

Lata 30-te XX wieku, wielki kryzys gospodarczy w Stanach. "Kilka mil na południe od Soledad rzeka Salinas zbliża się do wzgórz, a jej nurt nabiera głębi i zielonkawej barwy". George i Lennie wspólnie wędrują od farmy do farmy "za pracą". Przywódcą tego duetu jest George, a wielki, silny, ale upośledzony Lennie jak małe dziecko podąża za nim i słucha go we wszystkim. Nieświadomy swojej siły gigant ciągle pakuje się w jakieś poważne kłopoty i obaj muszą uciekać z kolejnych farm. Marzą o posiadaniu kawałka własnej ziemi, by móc być niezależnymi, pracować dla siebie. Lenny ma w głowie jedno: George obiecał mu, że będzie mógł dbać o króliki. Bo Lenny bardzo lubi głaskać wszystko, co miłe, miękkie, aksamitne i przyjemne w dotyku. Niestety, to upodobanie po raz kolejny prowadzi do tragedii...

Steinebck stworzył niesamowitą atmosferę, aż iskrzącą się od narastającego napięcia. Dość szybko czytelnik spodziewa się, że coś się stanie, tylko nie wiadomo co. Jakaś tragedia wisi w powietrzu. George też się jej spodziewa, dlatego uczy Lenniego, gdzie ma się schować i na niego czekać, kiedy znów coś nabroi...

Powoli Steinbeck staje się jednym z moich ulubionych pisarzy.