Z Biblionetką związałam się prawie 20 lat temu. To było odkrycie życia! Skarbnica tytułów, recenzji książek. Arcyciekawe rozmowy o książkach, niesamowici ludzie, którzy mnóstwo czytają, piszą o tym, co przeczytali, dyskutują na forum.
Na początku tylko przeglądałam recenzje książek, które chciałam przeczytać (i już wtedy łapałam się na tym, jak bardzo sugeruję się ocenami biblionetkowymi). Potem przyszedł czas na polecanki, na rosnące z roku na rok listy pozycji, które MUSZĘ przeczytać, bo...ktoś to poleca, bo komuś się podobało, bo wypada to znać.
Stałam się maniaczką list, osobą uzależnioną od tworzenia książkowych list wszelkiego rodzaju. Klasyka do przeczytania, must read, młodzieżówki, książki z moich półek itd itd. Tworzyłam listy, odhaczałam przeczytane pozycje, kasowałam listy, które z czasem zaczynały być wyrzutem sumienia i za chwilę tworzyłam nowe...Wiele z nich było inspirowanych podobnymi listami innych uczestników Biblionetki.
Oczywiście podstawowym działaniem na Biblionetce było ocenianie książek. Nie pamiętam już, ile ocen wystawiłam w ciągu tych lat, na pewno kilkaset, może ponad tysiąc? Nie raz zaglądałam do serwisu trzymając w ręce nowy nabytek, żeby sprawdzić, czy na pewno tego nie czytałam (zdarzało się, że owszem, czytałam, i nie pamiętam nic a nic...Ale ocena jest! Czasem nawet wysoka!)
Kolejnym etapem wtajemniczenia było forum, godziny spędzone na czytaniu zaległych, długaśnych wątków, setki kolejnych tytułów, które trafiały do mojego puchnącego wciąż schowka (w którymś momencie miałam w nim około 200 książek "do przeczytania"!). Bieżące dyskusje, rady, podpowiedzi...
Kilka lat temu po raz pierwszy trafiłam na spotkanie łódzkich Biblionetek w realu. To kolejny owoc tego portalu. Znajomości, rozmowy, można powiedzieć, że i przyjaźń, która zainspirowała mnie do szeroko pojętej twórczości, w tym powrotu do dziergania.
I nagle-ciach! Rok temu nastąpiła awaria, wielkie bum! i Biblionetka po prostu zniknęła... Nie podniosła się po tej katastrofie do dziś...
Pierwsze tygodnie były dla mnie strasznie trudne! Jak to? Co ja będę czytać? Mimo, że czasami ilość biblionetkowych informacji mnie przytłaczała, to jednak prawie codziennie tam zaglądałam i czytałam kolejne recenzje, wątki na forum. A teraz co???
I moje wszystkie listy, oceny! Mój schowek! Wszystko przepadło! Skąd teraz będę wiedzieć czy daną książkę czytałam czy nie, czy mi się podobała czy nie??? Skąd będę wiedziała, co chcę przeczytać??? Próbowałam odtwarzać jakoś moje listy, póki pamięć mnie nie zawodzi do końca (ale niewiele pamiętałam, bo przecież po to zapisywałam w Biblionetce, żeby nie obciążać pamięci...), próbowałam z innych źródeł czerpać nowe inspiracje.
Początek był naprawdę trudny. Patrząc z perspektywy-to było jak odwyk od uzależnienia.
Część Biblionetkowiczów stworzyła grupę dyskusyjną dzięki internetowemu komunikatorowi. Ale nagle przekonałam się, że to osoby, które znają się ze zlotów, ze spotkań lokalnych, a ja czuję się tam zupełnie obco, nie pasuję. Dokładnie takie samo odczucie pojawiło się na kolejnym łódzkim spotkaniu.
I tak stopniowo Biblionetka mnie opuszczała, a może to ja opuszczałam ją...Po szoku i poczuciu braku nastąpił czas oswajania się z tą sytuacją, zerkania czasem na inne książkowe portale, ale towarzystwo, które na nich pisze i ocenia, dość szybko mnie odstraszyło. Nie ta jakość, szkoda czasu.
Aż w końcu przyszedł etap wolności. Tak, wolności. Pewnego dnia poczułam, że mogę czytać, co chcę. Mogę iść do biblioteki i spontanicznie coś w niej wybrać. Wreszcie nie mam poczucia powinności przy wyborze lektur (bo jak to będzie wyglądało, jak się okaże, że spodobała mi się jakaś słaba książka...) Wreszcie nie mam wyrzutów sumienia i poczucia gorszości, bo nie znam powieści Tołstoja, a Dickens zwyczajnie mi się nie podoba (to poglądy zdecydowanie sprzeczne z tym, co czytałam na Biblionetce...).
Jestem zaskoczona, jak bardzo portal, który miał być dla mnie narzędziem i pomocą, zaczął mną rządzić i uzależnił mnie od swoich opinii. Jak dałam się omotać, oddałam swoją wolność i możliwość samodecydowania.
Dziś czuję się jak dwadzieścia lat temu. Zaczynam czytać (dopiero teraz, po roku!) spontanicznie, decydować sama, na co mam ochotę. Jeśli coś mnie nudzi-odkładam po kilkudziesięciu stronach bez wyrzutów sumienia. Jeśli coś mi się podoba-nie patrzę, że to akurat popularna literatura kobieca. Skończyły się setki inspiracji, rzeka tytułów przestała płynąć do mojej głowy, ucichło milion bodźców.
Poczułam czytelniczą lekkość. Wróciła radość. I spokój. Okazuje się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ;)