Rozmiar S.
Rok pierwszego wydania: 2023
Ocena: 4/6
Tym razem wątek historyczny jest dużo dłuższy i ciekawszy. Dopiero na setnej stronie przenosimy się z lat 1945-47 do roku 2006. Za to wg mnie wątek współczesny jest mocno przegadany. Dialogi często "o niczym", nic nie wnoszące do akcji sceny i opisy... Dłużyzny i nuda kazały mi nie raz przeskoczyć kilka stron. Im bliżej finału i rosnąca temperatura akcji, tym...coraz więcej podobnych scen do tych z pierwszej części. A już czytając opis przywiązywania Justyny do krzesła przez napastnika i jego długi, rzewny monolog na temat nieszczęśliwego dzieciństwa, miałam wrażenie, że wręcz cofnęłam się do wcześniejszego "Schroniska..." i scen z udziałem Marty....Jakby autorowi zabrakło nowych pomysłów.
Świetnym dodatkiem są tym razem zdjęcia starych pocztówek czy schronisk na początku każdego rozdziału.
Drugie "Schronisko..." trochę mnie rozczarowało, było nieco wtórne. Ten sam schemat, bardzo podobne sceny. Nawet dość wcześnie wyszło na jaw, kto tym razem jest czarną owcą, bo nawet nie mordercą.
Czy sięgnę po kolejne? Jeszcze nie wiem. Może w potrzebie krótkiej chwili relaksu i lekkiej powieści, bo przeczytanie każdego z tomów zabiera nie więcej niż 3 dni.
Rok pierwszego wydania: 1959
Ocena: 5/6
Wakacje osiągnęły półmetek, lato w pełnym rozkwicie, w związku z tym kolejny "Tomek" w czytaniu. Choć muszę przyznać, że kryzys czytelniczy trwa. Moja zmęczona głowa nadal nie chce nowych historii. Ale Szklarski pisał na tyle lekko i ciekawie, że udało mi się poznać trzecią już część cyklu, w podziale na wiele odcinków ;)
Tym razem Tomek przebywa z Sally i jej mamą w odwiedzinach u wujka dziewczynki, szeryfa Allana, w Stanach Zjednoczonych. Mieszkają na farmie na pograniczu z Meksykiem. Już na pierwszych stronach powieści Tomek galopuje po stepie i natrafia na młodego Indianina, z którym wdaje się w bójkę na śmierć i życie, by za chwilę zyskać wiernego przyjaciela.
Na farmę szeryfa straż indiańska przyprowadza Czarną Błyskawicę, wodza plemienia Apaczów, które zbuntowało się przeciwko zamknięciu w rezerwacie. Czarna Błyskawica jest podejrzany o namawianie Indian do buntu i zamieszek. Tomek z pomocą bosmana Nowickiego i Sally uwalniają Czerwonoskórego i ułatwiają mu ucieczkę. W zamian wódz indiański deklaruje mu dozgonną wdzięczność i mianuje swoim białym bratem. Tomek dostaje nawet indiańskie imię!
Gdy Sally zostaje porwana przez nieznanych sprawców, Czarna Błyskawica wywiązuje się z danego słowa i przybywa na pomoc Tomkowi. Wraz z czerwonoskórymi wojownikami chłopiec wchodzi na wojenną ścieżkę przeciwko Indianom Pueblo. Jednak bosman Nowicki wpada w tarapaty, zaatakowany przez zbuntowanego Palącego Promienia i jego towarzyszy. W nierównej walce bosman zabija jednego z Czerwonoskórych. Zgodnie ze zwyczajami Indian, w ramach zemsty za to, że nie chce poślubić wdowy po zmarłym i zająć się czwórką jego dzieci, ma zginąć na palu męczarni.
Oj dużo się dzieje w tym tomie! Pościgi, porwania, śmierć czająca się za rogiem, nocne przeprawy przez góry, napady...Akcja nie traci tempa nawet na chwilę. Dzięki temu powieść czyta się bez znużenia, z dużym zaciekawieniem. Ogromnym atutem było dla mnie bogactwo informacji na temat życia Indian, ich zwyczajów, opisy strojów, domostw, rytuałów. O dziwo, ten tom jest ubogi w encyklopedyczne opisy fauny i flory, których dużo było w poprzednich. Podobnie patriotyczne, moralizatorskie wtręty pojawiają się sporadycznie.
Jak na razie każda z kolejnych części cyklu jest dużo lepsza od poprzednich. Ciekawe, czy trend ten zostanie zachowany.
Z Biblionetką związałam się prawie 20 lat temu. To było odkrycie życia! Skarbnica tytułów, recenzji książek. Arcyciekawe rozmowy o książkach, niesamowici ludzie, którzy mnóstwo czytają, piszą o tym, co przeczytali, dyskutują na forum.
Na początku tylko przeglądałam recenzje książek, które chciałam przeczytać (i już wtedy łapałam się na tym, jak bardzo sugeruję się ocenami biblionetkowymi). Potem przyszedł czas na polecanki, na rosnące z roku na rok listy pozycji, które MUSZĘ przeczytać, bo...ktoś to poleca, bo komuś się podobało, bo wypada to znać.
Stałam się maniaczką list, osobą uzależnioną od tworzenia książkowych list wszelkiego rodzaju. Klasyka do przeczytania, must read, młodzieżówki, książki z moich półek itd itd. Tworzyłam listy, odhaczałam przeczytane pozycje, kasowałam listy, które z czasem zaczynały być wyrzutem sumienia i za chwilę tworzyłam nowe...Wiele z nich było inspirowanych podobnymi listami innych uczestników Biblionetki.
Oczywiście podstawowym działaniem na Biblionetce było ocenianie książek. Nie pamiętam już, ile ocen wystawiłam w ciągu tych lat, na pewno kilkaset, może ponad tysiąc? Nie raz zaglądałam do serwisu trzymając w ręce nowy nabytek, żeby sprawdzić, czy na pewno tego nie czytałam (zdarzało się, że owszem, czytałam, i nie pamiętam nic a nic...Ale ocena jest! Czasem nawet wysoka!)
Kolejnym etapem wtajemniczenia było forum, godziny spędzone na czytaniu zaległych, długaśnych wątków, setki kolejnych tytułów, które trafiały do mojego puchnącego wciąż schowka (w którymś momencie miałam w nim około 200 książek "do przeczytania"!). Bieżące dyskusje, rady, podpowiedzi...
Kilka lat temu po raz pierwszy trafiłam na spotkanie łódzkich Biblionetek w realu. To kolejny owoc tego portalu. Znajomości, rozmowy, można powiedzieć, że i przyjaźń, która zainspirowała mnie do szeroko pojętej twórczości, w tym powrotu do dziergania.
I nagle-ciach! Rok temu nastąpiła awaria, wielkie bum! i Biblionetka po prostu zniknęła... Nie podniosła się po tej katastrofie do dziś...
Pierwsze tygodnie były dla mnie strasznie trudne! Jak to? Co ja będę czytać? Mimo, że czasami ilość biblionetkowych informacji mnie przytłaczała, to jednak prawie codziennie tam zaglądałam i czytałam kolejne recenzje, wątki na forum. A teraz co???
I moje wszystkie listy, oceny! Mój schowek! Wszystko przepadło! Skąd teraz będę wiedzieć czy daną książkę czytałam czy nie, czy mi się podobała czy nie??? Skąd będę wiedziała, co chcę przeczytać??? Próbowałam odtwarzać jakoś moje listy, póki pamięć mnie nie zawodzi do końca (ale niewiele pamiętałam, bo przecież po to zapisywałam w Biblionetce, żeby nie obciążać pamięci...), próbowałam z innych źródeł czerpać nowe inspiracje.
Początek był naprawdę trudny. Patrząc z perspektywy-to było jak odwyk od uzależnienia.
Część Biblionetkowiczów stworzyła grupę dyskusyjną dzięki internetowemu komunikatorowi. Ale nagle przekonałam się, że to osoby, które znają się ze zlotów, ze spotkań lokalnych, a ja czuję się tam zupełnie obco, nie pasuję. Dokładnie takie samo odczucie pojawiło się na kolejnym łódzkim spotkaniu.
I tak stopniowo Biblionetka mnie opuszczała, a może to ja opuszczałam ją...Po szoku i poczuciu braku nastąpił czas oswajania się z tą sytuacją, zerkania czasem na inne książkowe portale, ale towarzystwo, które na nich pisze i ocenia, dość szybko mnie odstraszyło. Nie ta jakość, szkoda czasu.
Aż w końcu przyszedł etap wolności. Tak, wolności. Pewnego dnia poczułam, że mogę czytać, co chcę. Mogę iść do biblioteki i spontanicznie coś w niej wybrać. Wreszcie nie mam poczucia powinności przy wyborze lektur (bo jak to będzie wyglądało, jak się okaże, że spodobała mi się jakaś słaba książka...) Wreszcie nie mam wyrzutów sumienia i poczucia gorszości, bo nie znam powieści Tołstoja, a Dickens zwyczajnie mi się nie podoba (to poglądy zdecydowanie sprzeczne z tym, co czytałam na Biblionetce...).
Jestem zaskoczona, jak bardzo portal, który miał być dla mnie narzędziem i pomocą, zaczął mną rządzić i uzależnił mnie od swoich opinii. Jak dałam się omotać, oddałam swoją wolność i możliwość samodecydowania.
Dziś czuję się jak dwadzieścia lat temu. Zaczynam czytać (dopiero teraz, po roku!) spontanicznie, decydować sama, na co mam ochotę. Jeśli coś mnie nudzi-odkładam po kilkudziesięciu stronach bez wyrzutów sumienia. Jeśli coś mi się podoba-nie patrzę, że to akurat popularna literatura kobieca. Skończyły się setki inspiracji, rzeka tytułów przestała płynąć do mojej głowy, ucichło milion bodźców.
Poczułam czytelniczą lekkość. Wróciła radość. I spokój. Okazuje się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ;)
W ramach wyrabiania zalegających od lat włóczek i sznurków. Zrobiona szydełkiem nr 4. Uchwyt gotowy.
To była jedna z pierwszych zrobionych przeze mnie toreb. Miała gotowe uszy do noszenia na ramieniu. Ale jest zrobiona z resztek włóczki i jest bardzo miękka, duża i niewygodna na ramię.
Znów zostały mi resztki sznurka, sztywnego, więc dostała nowe krótkie uchwyty i będzie idealna na zakupy.